Prof. Simon Bulmer: Powiększa się armia przeciwników niemieckiej hegemonii

Dominacja Niemiec w instytucjach unijnych tak szybko się nie skończy. Oprócz przewagi ekonomicznej główny problem z dominacją Berlina polega dziś na tym, że idzie w parze z ideologicznym uciskiem - mówi prof. Simon Bulmer, brytyjski politolog i niemcoznawca, w rozmowie z Wojciechem Osińskim.
Olaf Scholz Prof. Simon Bulmer: Powiększa się armia przeciwników niemieckiej hegemonii
Olaf Scholz / Michael Kappeler / fotobaza.pap.pl

O zbyt daleko idącej przewadze Niemiec w UE publicyści nie dyskutują od dziś. Ciekawe wydaje się jednak pytanie: czy RFN - jak twierdzą jej władze -  przejęła nieoficjalne przywództwo w Europie „mimowolnie”? Czy ta dominacja w instytucjach unijnych została im w istocie „narzucona”?

Niemieccy politycy twierdzą, że RFN przejęła tę rolę „mimowolnie”, choć jednocześnie przyznają, iż w obliczu „nieuchronnego” przebiegu wydarzeń kiedyś musiała to uczynić. Prezydent Frank-Walter Steinmeier powiedział rzeczywiście jakiś czas temu, że Niemcy tej przywódczej roli w Europie same sobie nie wybrały. Jego zdaniem zawdzięczają ją temu, że w niepewnych czasach kryzysowych pozostały jedyne jako niezmiennie stabilne. Abstrahując już od tego, że powody, z jakich Niemcy pozostawały „stabilne”, głowa państwa RFN skrzętnie pomija, to należy z pewnością zauważyć jedno: Niemcy nie tylko od lat grają w Unii pierwsze skrzypce i nawet jeśli sami określają się mianem „pacyfistów”, nie wychodzą z roli hegemona Europy.

Budowanie dobrych stosunków z Moskwą dylematem Berlina

Czy mógłby pan wskazać dokładny okres, w którym Niemcy faktycznie przejęły przywództwo w Europie?

Trudno wskazać dokładną datę przejęcia przez Niemcy nieformalnego przywództwa w Europie, choć wiadomo, że nie nastąpiło ono z miesiąca na miesiąc. Prawdopodobnie należy się nawet cofnąć do 2005 r., kiedy Francja i Holandia odrzuciły Konstytucję UE w referendach, wywołując poważny kryzys we Wspólnocie. Potem nastąpiła najpierw dwuletnia faza „konsternacji”, zanim Niemcy – podczas swojego przewodnictwa w UE w pierwszym półroczu 2007 r. – przygotowali raport na temat „możliwych przyszłych rozwiązań”, co z kolei utorowało drogę do przyjęcia traktatu lizbońskiego. Nie wchodząc w szczegóły, odrzucenie przez Paryż unijnej konstytucji zadało cios niezachwianemu dotąd filarowi UE, jakim była oś niemiecko-francuska. Następnym wydarzeniem, przygotowującym grunt pod „mimowolne” przywództwo Niemiec w UE, był zapoczątkowany w 2009 r. kryzys strefy euro.

Kiedy nad Grecją zawisło widmo bankructwa, Berlin już całkiem świadomie przejął inicjatywę w szukaniu rozwiązania tego problemu. Opierało się to na przekonaniu, że gospodarkę niemiecką czekają tłuste lata, co dla polityków jak Wolfgang Schäuble stanowiło silny argument do zarządzania polityką europejskich finansów. Przy czym należy też przyznać, że niektóre państwa wspierały wtedy rząd federalny i popychały go wręcz do podjęcia samodzielnych działań antykryzysowych. Z czasem niektórym partnerom w Europie ta niemiecka dominacja zaczęła się jednak coraz mniej podobać.

Chyba najpóźniej wtedy, gdy Niemcy przestały ukrywać, że chcą budować swoją dominację w UE na „poprawnych” stosunkach z Rosją.

Jak pokazuje dziś działania Rosji na Ukrainie, budowanie dobrych stosunków z Moskwą wpędziło Berlin w pewien dylemat. Za rządów CDU i SPD nie chciano zrozumieć, że Rosja nie zrezygnuje ze stosowania dotychczasowych metod uprawiania polityki. Niemcy już w 2014 r. nie wiedziały, jak mają się zachować po aneksji Krymu. Ostatnie skrawki wiarygodności straciły jednak rok później, kiedy kanclerz Angela Merkel, już w pełni świadoma swojej władzy w Europie, zawiesiła konwencję dublińską, otwierając granice i inicjując kryzys migracyjny. Rzesze migrantów zalewających Europę Zachodnią pogłębiły kontrowersyjne opinie o przywódczej roli Niemiec w UE. Powracające niczym mantra zdanie „Wir schaffen das” („Damy radę”) utwierdziło wielu europejskich polityków w przekonaniu, że rząd niemiecki rozmijał się z rzeczywistością i że rola lidera RFN w tej kwestii została już przyjęta, i to nie „mimowolnie”, lecz aktywnie i apodyktycznie, za plecami partnerów. Decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii była wyraźnym wyrazem odrzucenia formy przywództwa narzuconego przez Berlin. Odejście tak silnego gracza ze Wspólnoty paradoksalnie wzmocniło niemiecką dominację w instytucjach unijnych, gdyż na niemieckie barki spadło więcej odpowiedzialności. Tymczasem Niemcy, zamiast przemyśleć, dlaczego Brytyjczycy postanowili się wycofać z wzniosłego niegdyś projektu, zaczęły wzmacniać swoją przywódczą funkcję w oparciu o koncepcję coraz głębszej integracji europejskiej.

Dziś Emmanuel Macron i Olaf Scholz po raz kolejny występują w zgodnym tandemie. Czy Berlin podzieli się znów swoją dominacją z Paryżem?

Mimo silnej roli w ONZ i potencjału militarnego Francja jest już dziś tylko cieniem swojej dawnej potęgi. Wskaźniki ekonomiczne nie wyglądają najlepiej, a niezadowolenie społeczne rośnie. To już nie będzie ten sam niemiecko-francuski tandem. Może trudno to sobie dziś wyobrazić, ale jeszcze za prezydentury Jacques’a Chiraca Francja oceniała forsowaną przez socjaldemokratyczne Niemcy integrację w UE jako wielki błąd. Odrzuceniem w 2005 r. unijnej konstytucji Paryż pokazał, że wątpi w niemieckie apele o dalsza integrację. Jednocześnie ten opór osłabił pozycję Francuzów w Brukseli, której lewicowo-liberalni urzędnicy ostatnią nadzieję na utrzymanie status quo upatrywali w Niemczech. Bo akurat w tym kontekście trzeba przyznać rację prezydentowi Steinmeierowi - niemieckie elity pozostały w swoich poglądach „stabilne”. Co ciekawe, te ówczesne podskórne niemiecko-francuskie animozje odbijały się też w rozwoju gospodarczym obu krajów. Niemcy w pewnym sensie wykorzystały brak pokory Francji do osłabienia jej pozycji na rynkach finansowych. Obniżenie francuskich obligacji państwowych przez agencje ratingowe było wtedy symptomem zwiastującym, kto niebawem przejmie niepodzielne przywództwo w Europie.

Niemcy od lat wykorzystują w Europie swoją przewagę polityczną i ekonomiczną

Czyli Niemcy nie chciały się już z nikim podzielić swoją dominacją?

Tak, choć temu kryzysowi w niemiecko-francuskich stosunkach towarzyszył też brak alternatywnych partnerów dla Niemiec. Włochy miały i mają wystarczająco wiele własnych problemów, mój kraj również. Pomiędzy Polską a Niemcami nie układa się najpomyślniej, przy czym nie chodzi jedynie o insynuacje dotyczące polskich reform, lecz także o pojawiające się często na linii Berlin-Warszawa różnice zdań w kwestii relacji z Rosją. Słowem: pogarszające się stosunki Niemiec z innymi państwami UE paradoksalnie wzmocniły ich hegemonię, choć nie ociepliły oczywiście ich wizerunku.

Polska nie zgadza się z niemiecką dominacją w Unii, choć nie zamierza opuścić Wspólnoty. Pytanie tylko: na ile np. państwa Grupy Wyszehradzkiej są w ogóle jeszcze w stanie ograniczyć rosnącą siłę Niemiec w instytucjach unijnych? Czy to w ogóle możliwe?

Faktem jest, że Niemcy od lat bez większych zahamowań wykorzystują w Europie swoją przewagę polityczną i ekonomiczną. O tym świadczy choćby wieloletni upór, z jakim środowiska decyzyjne w RFN dążyły do sfinalizowania projektu Nord Stream 2. Nic nie jest na zawsze, ale odrzucenie przez Francję konstytucji unijnej, kryzys strefy euro, fala

Imigrantów, pandemia i wojna na wschodzie wzmocniły hegemonię Niemiec, które tym samym odebrały unijnym instytucjom autorytet i stosowne narzędzia, jakimi mogłyby same zarządzać kryzysami. Zanim powstały takie inicjatywy jak Grupa Wyszehradzka, w Unii brakowało alternatywy dla hegemonii Berlina. Po francuskim buncie nikt się nie kwapił do podzielenia się z Niemcami dominacją, co stworzyło pewien klimat przyzwolenia na niemieckie przywództwo. Ale to Niemcy same stopniowo wykorzystały sytuację dla swoich potrzeb, zdawszy sobie sprawę z rosnącej przewagi.

Silna waluta euro oraz rosnąca potęga eksportowa dostarczają Niemcom kolejnych argumentów do wypełnienia tej roli…

To prawda, właściwie od okresu rządów Schrödera Niemcy odnotowywały corocznie nadwyżki i coraz mniejsze długi. Wzmocniły swoją dominację, uzależniając gospodarki innych państw od swojego eksportu. Choć z drugiej strony wiele państw UE chwali sobie też stosunki handlowe z RFN. Niemcy uchodzą za partnera godnego zaufania. Co więcej - za dostarczyciela najwyższej próby towarów.

Czy niemieckie towary mają być nagrodą za akceptację politycznych skutków dominacji Berlina?

Jeszcze raz: inne państwa członkowskie Unii latami na to pozwalały. Jeśli dobrze pamiętam, to np. były szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski w listopadzie 2011 r. w Berlinie wskazywał wręcz na „konieczność” niemieckiej dominacji w Europie. Stwierdził, że mniej obawia się niemieckiego przywództwa niż niemieckiej „bezczynności”. Można uznać, że tego rodzaju wypowiedzi umacniały tylko niemiecki rząd w przekonaniu, że ta rola im się należy. Ale trzeba też przyznać, że nie wszystkim niemieckim politykom ona się podoba. O tym, że ta rola jest w pewnym stopniu mimowolna, świadczą głosy sprzeciwiające się zbyt dużej odpowiedzialności Niemiec za procesy zachodzące w UE. Ale koniec końców decyzje będzie podejmować i tak kanclerz Olaf Scholz. Przy czym w przeszłości nie interesowały go ani opinie zarządu Bundesbanku, ani sędziów Trybunału Konstytucyjnego w sprawie polityki pieniężnej EBC. Kiedy był ministrem finansów i wicekanclerzem w rządzie Merkel, wolał je ignorować. Przy czym akurat w kwestiach finansów oraz strefy euro wiodącą rolę Niemcy przyjęły już od początku istnienia wspólnej waluty. Nikt jej im nie narzucił, do głównych architektów strefy euro należą głównie niemieccy politycy i oni z pełną świadomością chcieli nadawać w tej sprawie ton. Choć na pewno wtedy jeszcze nie myśleli o uwspólnotowieniu długów. Ale dziś, już w pełni świadomi swojej rozbudowanej hegemonii, mogą wprowadzać rozmaite „konieczne” zmiany.

Niektórzy twierdzą, że dzięki ożywieniu osi Paryż-Berlin prezydent Francji ograniczy niemiecką hegemonię.

Obecna prezydencja RFN w Unii oraz postawa niemieckiej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen są wyraźnymi sygnałami, że w najbliższej przyszłości Niemcy nie oddadzą swoich wpływów w kluczowych instytucjach unijnych. Poza tym wbrew głośnym zapewnieniom Macrona pozycja Francji w UE jest coraz słabsza.

Mnożą się krytyczne głosy

Z jednej strony mówi się o rosnącej hegemonii, z drugiej - o pewnej „opieszałości” kanclerza Olafa Scholza, który woli „przeczekać” kryzys, zanim podejmie decyzję. Pozycję „wyczekującą” przyjął także w pierwszych miesiącach wojny na Ukrainie. W jakim stopniu ta strategia przyczyniła się do wzmocnienia niemieckiej hegemonii w Europie?

Na początku kryzysu w strefie euro to „wyczekiwanie” było uzasadnione tym, że Niemcy jako największy kredytodawca nie chciały od razu przelewać środków państwom, które być może nie chcą spełniać stawianych im warunków. Na pewno zwlekanie niemieckiego rządu z podjęciem niektórych decyzji jest też obliczone na to, by inne państwa miały czas oswoić się z przywódczą rolą Niemiec. To „świadome czekanie” ma być skutecznym narzędziem wymuszania na innych państwach afirmacji decyzji Berlina. Jedno jest pewne: nie dadzą sobie odebrać roli lidera. I ta bezwzględna „soft power” jest oczywiście zauważana w innych krajach, gdzie w niektórych kręgach określa się Niemcy mianem „Czwartej Rzeszy”. Nie zawsze było też łatwo rozegrać Niemcom swoją dominację, choćby w przypadku unii bankowej. W Niemczech mnożą się zresztą głosy krytyczne, zarzucające Berlinowi „dyktatorskie” zapędy. W okresie kryzysu euro wybitny socjolog Jürgen Habermas mocno skrytykował ówczesnego ministra finansów Wolfganga Schäublego, który w mediach stosował politykę zastraszania, zapowiadając nieuchronność wyrzucenia Grecji ze wspólnoty walutowej w razie nieprzestrzegania przez nią nowych reguł „zaciskania pasa”.

Wróćmy do kryzysu migracyjnego, jakże aktualnego również w tych dniach. W tej kwestii nie zauważamy „opieszałości”. Przepisy zostały ostatnio nieco zaostrzone, ale w obliczu kryzysu migracyjnego Merkel i Scholz podejmowali swoje decyzje często pochopnie, wbrew napomnieniom doradców i ekspertów.

Oni nie kierowali się wyłącznie pobudkami „humanitarnymi”. Liczyli na to, że napływający imigranci zasilą niemiecką gospodarkę, zamiast obciążać kasę państwa. Kolejne miesiące oczywiście boleśnie zweryfikowały te pierwotne założenia. Jednocześnie niemiecka dominacja w Unii jest już tak rozbudowana, że rządzący w Berlinie nie zauważają swojego osamotnienia w tej sprawie. Niemcy zapomnieli o pewnej niepisanej zasadzie: aby utrzymać hegemonię, trzeba być pewnym wsparcia innych państw. Odkąd wiedzą, że tak nie jest, zaczęli brnąć w nieracjonalne zapewnienia o konieczności europejskiej integracji.

Czy Niemcy zdobędą się kiedyś na odrobinę refleksji?

Z racji swojego położenia geograficznego i wkładu w cywilizację europejską Niemcy mają pewne prawo do odegrania szczególnej roli w Unii Europejskiej. A jednak powiększa się armia przeciwników niemieckiej hegemonii. Dlaczego? Na pewno nie z zazdrości. Oprócz przewagi ekonomicznej główny problem z dominacją Berlina polega dziś na tym, że firmowana tam polityka charakteryzuje się już także ideologicznym uciskiem.

Rozmawiał: Wojciech Osiński [korespondent Polskiego Radia w Berlinie]

Simon Bulmer: Brytyjski politolog oraz historyk ekonomii i myśli politycznej, niemcoznawca. Wykładowca Uniwersytetu w Sheffield. Autor wielu publikacji o roli Niemiec w Europie i na świecie.


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

POLECANE
Incydent z udziałem polskiego samolotu MiG-29 pilne
Incydent z udziałem polskiego samolotu MiG-29

W środę po południu, w trakcie wykonywania lotu szkolnego na samolocie MiG-29 w okolicy Kurowa Braniewskiego doszło do utraty zbiornika paliwa. Zbiornik był pusty, spadł kilkaset metrów od zabudowań - przekazało w środę wieczorem Dowództwo Generalne RSZ. Jak dodano, nikt nie odniósł obrażeń.

Samuel Pereira: Ile razy można się dać nabrać? Wiadomości
Samuel Pereira: Ile razy można się dać nabrać?

Zauważyliście, że macie więcej w kieszeni, w polskich sklepach jest taniej i jest lepiej w każdym polskim domu? Nie? Nie odnotowaliście tego? Niewdzięcznicy. Premier Donald Tusk w kampanii wyborczej, przedstawiając „100 konkretów”, mówił wprost, że doprowadzą one „do tego, że ludzie w Polsce będą mieli więcej w kieszeni, będzie taniej w polskich sklepach i będzie lepiej w każdym polskim domu”. Tak mówił, a gdy Tusk coś obiecuje, to tak się dzieje, wiemy to co najmniej od 2007 roku, gdy obiecał obniżenie podatków. Co prawda ostatecznie je podwyższył, ale przecież ważniejsze jest, że odsunął Prawo i Sprawiedliwość. Bo to jest najważniejsze, prawda? Takie można przynajmniej odnieść wrażenie, obserwując ślepe oddanie wyborców koalicji rządzącej swoim politykom.

Róża Thun zapowiada kredyty na wymuszaną w ramach Zielonego Ładu termomodernizację [WIDEO] polityka
Róża Thun zapowiada kredyty na wymuszaną w ramach Zielonego Ładu termomodernizację [WIDEO]

– Izolacja domów oszczędza nam mnóstwo pieniędzy i zapewne będą na to zorganizowane kredyty po to, żeby mobilizować nas wszystkich, abyśmy domy izolowali i wydawali mniej pieniędzy – przekonywała Róża Thun w Radiu ZET.

Będą kolejne sankcje na Rosję gorące
Będą kolejne sankcje na Rosję

Ambasadorowie krajów członkowskich UE dali w środę zielone światło sankcjom, które mają zostać nałożone na osoby powiązane ze śmiercią Aleksieja Nawalnego; decyzję tę ostatecznie zatwierdzą w poniedziałek ministrowie spraw zagranicznych – poinformował PAP unijny dyplomata.

Mocne ostrzeżenie ze strony prezydenta Andrzeja Dudy polityka
Mocne ostrzeżenie ze strony prezydenta Andrzeja Dudy

– Czasy zimnej wojny wracają; Rosja znów jest imperialna, Rosja grozi, że napadnie, Rosja grozi, że wystrzeli rakiety – powiedział w środę prezydent Andrzej Duda. Zaapelował, aby zwiększyć wydatki krajów NATO na obronność do 3 proc. PKB, tak jak to było właśnie podczas zimnej wojny.

Słabnąca gospodarczo Rosja szuka finansowania w Chinach tylko u nas
Słabnąca gospodarczo Rosja szuka finansowania w Chinach

Słabnąca gospodarczo Rosja szuka nowych możliwości finansowania wojny. Temu podporządkowane są zmiany kadrowe na Kremlu oraz wizyta w Pekinie. Wpływ Chin na Rosję musi być monitorowany. Nie powinno to umykać uwadze Polaków. Ryzyko dotyczy również nas…

Zaskoczenie w Wielkiej Brytanii: Wiadomo, kiedy będą wybory parlamentarne z ostatniej chwili
Zaskoczenie w Wielkiej Brytanii: Wiadomo, kiedy będą wybory parlamentarne

Rishi Sunak, premier Wielkiej Brytanii, zapowiedział wybory parlamentarne na 4 lipca – donosi Sky News.

Tragiczny pożar na Pomorzu: Nie żyje matka i jej 6-letnie dziecko z ostatniej chwili
Tragiczny pożar na Pomorzu: Nie żyje matka i jej 6-letnie dziecko

W w środę w pożarze w Tczewskich Łąkach zginęły matka i jej 6-letnia córka. Przyczyna pożaru jest nieznana, na miejscu pracują służby.

Rolnicy kończą protest w Sejmie: Zmieniamy jego formę z ostatniej chwili
Rolnicy kończą protest w Sejmie: Zmieniamy jego formę

Rolnicy ze Związku Rolniczego „Orka” zdecydowali o zakończeniu protestu w Sejmie. – Zmieniamy jego formę – podkreślili podczas konferencji prasowej.

Umorzenie sprawy Tomasza Lisa. Jest komentarz eksperta z ostatniej chwili
Umorzenie sprawy Tomasza Lisa. Jest komentarz eksperta

Mecenas Bartosz Lewandowski odniósł się do środowego artykułu Wirtualnej Polski dotyczącego byłego redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa.

REKLAMA

Prof. Simon Bulmer: Powiększa się armia przeciwników niemieckiej hegemonii

Dominacja Niemiec w instytucjach unijnych tak szybko się nie skończy. Oprócz przewagi ekonomicznej główny problem z dominacją Berlina polega dziś na tym, że idzie w parze z ideologicznym uciskiem - mówi prof. Simon Bulmer, brytyjski politolog i niemcoznawca, w rozmowie z Wojciechem Osińskim.
Olaf Scholz Prof. Simon Bulmer: Powiększa się armia przeciwników niemieckiej hegemonii
Olaf Scholz / Michael Kappeler / fotobaza.pap.pl

O zbyt daleko idącej przewadze Niemiec w UE publicyści nie dyskutują od dziś. Ciekawe wydaje się jednak pytanie: czy RFN - jak twierdzą jej władze -  przejęła nieoficjalne przywództwo w Europie „mimowolnie”? Czy ta dominacja w instytucjach unijnych została im w istocie „narzucona”?

Niemieccy politycy twierdzą, że RFN przejęła tę rolę „mimowolnie”, choć jednocześnie przyznają, iż w obliczu „nieuchronnego” przebiegu wydarzeń kiedyś musiała to uczynić. Prezydent Frank-Walter Steinmeier powiedział rzeczywiście jakiś czas temu, że Niemcy tej przywódczej roli w Europie same sobie nie wybrały. Jego zdaniem zawdzięczają ją temu, że w niepewnych czasach kryzysowych pozostały jedyne jako niezmiennie stabilne. Abstrahując już od tego, że powody, z jakich Niemcy pozostawały „stabilne”, głowa państwa RFN skrzętnie pomija, to należy z pewnością zauważyć jedno: Niemcy nie tylko od lat grają w Unii pierwsze skrzypce i nawet jeśli sami określają się mianem „pacyfistów”, nie wychodzą z roli hegemona Europy.

Budowanie dobrych stosunków z Moskwą dylematem Berlina

Czy mógłby pan wskazać dokładny okres, w którym Niemcy faktycznie przejęły przywództwo w Europie?

Trudno wskazać dokładną datę przejęcia przez Niemcy nieformalnego przywództwa w Europie, choć wiadomo, że nie nastąpiło ono z miesiąca na miesiąc. Prawdopodobnie należy się nawet cofnąć do 2005 r., kiedy Francja i Holandia odrzuciły Konstytucję UE w referendach, wywołując poważny kryzys we Wspólnocie. Potem nastąpiła najpierw dwuletnia faza „konsternacji”, zanim Niemcy – podczas swojego przewodnictwa w UE w pierwszym półroczu 2007 r. – przygotowali raport na temat „możliwych przyszłych rozwiązań”, co z kolei utorowało drogę do przyjęcia traktatu lizbońskiego. Nie wchodząc w szczegóły, odrzucenie przez Paryż unijnej konstytucji zadało cios niezachwianemu dotąd filarowi UE, jakim była oś niemiecko-francuska. Następnym wydarzeniem, przygotowującym grunt pod „mimowolne” przywództwo Niemiec w UE, był zapoczątkowany w 2009 r. kryzys strefy euro.

Kiedy nad Grecją zawisło widmo bankructwa, Berlin już całkiem świadomie przejął inicjatywę w szukaniu rozwiązania tego problemu. Opierało się to na przekonaniu, że gospodarkę niemiecką czekają tłuste lata, co dla polityków jak Wolfgang Schäuble stanowiło silny argument do zarządzania polityką europejskich finansów. Przy czym należy też przyznać, że niektóre państwa wspierały wtedy rząd federalny i popychały go wręcz do podjęcia samodzielnych działań antykryzysowych. Z czasem niektórym partnerom w Europie ta niemiecka dominacja zaczęła się jednak coraz mniej podobać.

Chyba najpóźniej wtedy, gdy Niemcy przestały ukrywać, że chcą budować swoją dominację w UE na „poprawnych” stosunkach z Rosją.

Jak pokazuje dziś działania Rosji na Ukrainie, budowanie dobrych stosunków z Moskwą wpędziło Berlin w pewien dylemat. Za rządów CDU i SPD nie chciano zrozumieć, że Rosja nie zrezygnuje ze stosowania dotychczasowych metod uprawiania polityki. Niemcy już w 2014 r. nie wiedziały, jak mają się zachować po aneksji Krymu. Ostatnie skrawki wiarygodności straciły jednak rok później, kiedy kanclerz Angela Merkel, już w pełni świadoma swojej władzy w Europie, zawiesiła konwencję dublińską, otwierając granice i inicjując kryzys migracyjny. Rzesze migrantów zalewających Europę Zachodnią pogłębiły kontrowersyjne opinie o przywódczej roli Niemiec w UE. Powracające niczym mantra zdanie „Wir schaffen das” („Damy radę”) utwierdziło wielu europejskich polityków w przekonaniu, że rząd niemiecki rozmijał się z rzeczywistością i że rola lidera RFN w tej kwestii została już przyjęta, i to nie „mimowolnie”, lecz aktywnie i apodyktycznie, za plecami partnerów. Decyzja Brytyjczyków o wyjściu z Unii była wyraźnym wyrazem odrzucenia formy przywództwa narzuconego przez Berlin. Odejście tak silnego gracza ze Wspólnoty paradoksalnie wzmocniło niemiecką dominację w instytucjach unijnych, gdyż na niemieckie barki spadło więcej odpowiedzialności. Tymczasem Niemcy, zamiast przemyśleć, dlaczego Brytyjczycy postanowili się wycofać z wzniosłego niegdyś projektu, zaczęły wzmacniać swoją przywódczą funkcję w oparciu o koncepcję coraz głębszej integracji europejskiej.

Dziś Emmanuel Macron i Olaf Scholz po raz kolejny występują w zgodnym tandemie. Czy Berlin podzieli się znów swoją dominacją z Paryżem?

Mimo silnej roli w ONZ i potencjału militarnego Francja jest już dziś tylko cieniem swojej dawnej potęgi. Wskaźniki ekonomiczne nie wyglądają najlepiej, a niezadowolenie społeczne rośnie. To już nie będzie ten sam niemiecko-francuski tandem. Może trudno to sobie dziś wyobrazić, ale jeszcze za prezydentury Jacques’a Chiraca Francja oceniała forsowaną przez socjaldemokratyczne Niemcy integrację w UE jako wielki błąd. Odrzuceniem w 2005 r. unijnej konstytucji Paryż pokazał, że wątpi w niemieckie apele o dalsza integrację. Jednocześnie ten opór osłabił pozycję Francuzów w Brukseli, której lewicowo-liberalni urzędnicy ostatnią nadzieję na utrzymanie status quo upatrywali w Niemczech. Bo akurat w tym kontekście trzeba przyznać rację prezydentowi Steinmeierowi - niemieckie elity pozostały w swoich poglądach „stabilne”. Co ciekawe, te ówczesne podskórne niemiecko-francuskie animozje odbijały się też w rozwoju gospodarczym obu krajów. Niemcy w pewnym sensie wykorzystały brak pokory Francji do osłabienia jej pozycji na rynkach finansowych. Obniżenie francuskich obligacji państwowych przez agencje ratingowe było wtedy symptomem zwiastującym, kto niebawem przejmie niepodzielne przywództwo w Europie.

Niemcy od lat wykorzystują w Europie swoją przewagę polityczną i ekonomiczną

Czyli Niemcy nie chciały się już z nikim podzielić swoją dominacją?

Tak, choć temu kryzysowi w niemiecko-francuskich stosunkach towarzyszył też brak alternatywnych partnerów dla Niemiec. Włochy miały i mają wystarczająco wiele własnych problemów, mój kraj również. Pomiędzy Polską a Niemcami nie układa się najpomyślniej, przy czym nie chodzi jedynie o insynuacje dotyczące polskich reform, lecz także o pojawiające się często na linii Berlin-Warszawa różnice zdań w kwestii relacji z Rosją. Słowem: pogarszające się stosunki Niemiec z innymi państwami UE paradoksalnie wzmocniły ich hegemonię, choć nie ociepliły oczywiście ich wizerunku.

Polska nie zgadza się z niemiecką dominacją w Unii, choć nie zamierza opuścić Wspólnoty. Pytanie tylko: na ile np. państwa Grupy Wyszehradzkiej są w ogóle jeszcze w stanie ograniczyć rosnącą siłę Niemiec w instytucjach unijnych? Czy to w ogóle możliwe?

Faktem jest, że Niemcy od lat bez większych zahamowań wykorzystują w Europie swoją przewagę polityczną i ekonomiczną. O tym świadczy choćby wieloletni upór, z jakim środowiska decyzyjne w RFN dążyły do sfinalizowania projektu Nord Stream 2. Nic nie jest na zawsze, ale odrzucenie przez Francję konstytucji unijnej, kryzys strefy euro, fala

Imigrantów, pandemia i wojna na wschodzie wzmocniły hegemonię Niemiec, które tym samym odebrały unijnym instytucjom autorytet i stosowne narzędzia, jakimi mogłyby same zarządzać kryzysami. Zanim powstały takie inicjatywy jak Grupa Wyszehradzka, w Unii brakowało alternatywy dla hegemonii Berlina. Po francuskim buncie nikt się nie kwapił do podzielenia się z Niemcami dominacją, co stworzyło pewien klimat przyzwolenia na niemieckie przywództwo. Ale to Niemcy same stopniowo wykorzystały sytuację dla swoich potrzeb, zdawszy sobie sprawę z rosnącej przewagi.

Silna waluta euro oraz rosnąca potęga eksportowa dostarczają Niemcom kolejnych argumentów do wypełnienia tej roli…

To prawda, właściwie od okresu rządów Schrödera Niemcy odnotowywały corocznie nadwyżki i coraz mniejsze długi. Wzmocniły swoją dominację, uzależniając gospodarki innych państw od swojego eksportu. Choć z drugiej strony wiele państw UE chwali sobie też stosunki handlowe z RFN. Niemcy uchodzą za partnera godnego zaufania. Co więcej - za dostarczyciela najwyższej próby towarów.

Czy niemieckie towary mają być nagrodą za akceptację politycznych skutków dominacji Berlina?

Jeszcze raz: inne państwa członkowskie Unii latami na to pozwalały. Jeśli dobrze pamiętam, to np. były szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski w listopadzie 2011 r. w Berlinie wskazywał wręcz na „konieczność” niemieckiej dominacji w Europie. Stwierdził, że mniej obawia się niemieckiego przywództwa niż niemieckiej „bezczynności”. Można uznać, że tego rodzaju wypowiedzi umacniały tylko niemiecki rząd w przekonaniu, że ta rola im się należy. Ale trzeba też przyznać, że nie wszystkim niemieckim politykom ona się podoba. O tym, że ta rola jest w pewnym stopniu mimowolna, świadczą głosy sprzeciwiające się zbyt dużej odpowiedzialności Niemiec za procesy zachodzące w UE. Ale koniec końców decyzje będzie podejmować i tak kanclerz Olaf Scholz. Przy czym w przeszłości nie interesowały go ani opinie zarządu Bundesbanku, ani sędziów Trybunału Konstytucyjnego w sprawie polityki pieniężnej EBC. Kiedy był ministrem finansów i wicekanclerzem w rządzie Merkel, wolał je ignorować. Przy czym akurat w kwestiach finansów oraz strefy euro wiodącą rolę Niemcy przyjęły już od początku istnienia wspólnej waluty. Nikt jej im nie narzucił, do głównych architektów strefy euro należą głównie niemieccy politycy i oni z pełną świadomością chcieli nadawać w tej sprawie ton. Choć na pewno wtedy jeszcze nie myśleli o uwspólnotowieniu długów. Ale dziś, już w pełni świadomi swojej rozbudowanej hegemonii, mogą wprowadzać rozmaite „konieczne” zmiany.

Niektórzy twierdzą, że dzięki ożywieniu osi Paryż-Berlin prezydent Francji ograniczy niemiecką hegemonię.

Obecna prezydencja RFN w Unii oraz postawa niemieckiej szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen są wyraźnymi sygnałami, że w najbliższej przyszłości Niemcy nie oddadzą swoich wpływów w kluczowych instytucjach unijnych. Poza tym wbrew głośnym zapewnieniom Macrona pozycja Francji w UE jest coraz słabsza.

Mnożą się krytyczne głosy

Z jednej strony mówi się o rosnącej hegemonii, z drugiej - o pewnej „opieszałości” kanclerza Olafa Scholza, który woli „przeczekać” kryzys, zanim podejmie decyzję. Pozycję „wyczekującą” przyjął także w pierwszych miesiącach wojny na Ukrainie. W jakim stopniu ta strategia przyczyniła się do wzmocnienia niemieckiej hegemonii w Europie?

Na początku kryzysu w strefie euro to „wyczekiwanie” było uzasadnione tym, że Niemcy jako największy kredytodawca nie chciały od razu przelewać środków państwom, które być może nie chcą spełniać stawianych im warunków. Na pewno zwlekanie niemieckiego rządu z podjęciem niektórych decyzji jest też obliczone na to, by inne państwa miały czas oswoić się z przywódczą rolą Niemiec. To „świadome czekanie” ma być skutecznym narzędziem wymuszania na innych państwach afirmacji decyzji Berlina. Jedno jest pewne: nie dadzą sobie odebrać roli lidera. I ta bezwzględna „soft power” jest oczywiście zauważana w innych krajach, gdzie w niektórych kręgach określa się Niemcy mianem „Czwartej Rzeszy”. Nie zawsze było też łatwo rozegrać Niemcom swoją dominację, choćby w przypadku unii bankowej. W Niemczech mnożą się zresztą głosy krytyczne, zarzucające Berlinowi „dyktatorskie” zapędy. W okresie kryzysu euro wybitny socjolog Jürgen Habermas mocno skrytykował ówczesnego ministra finansów Wolfganga Schäublego, który w mediach stosował politykę zastraszania, zapowiadając nieuchronność wyrzucenia Grecji ze wspólnoty walutowej w razie nieprzestrzegania przez nią nowych reguł „zaciskania pasa”.

Wróćmy do kryzysu migracyjnego, jakże aktualnego również w tych dniach. W tej kwestii nie zauważamy „opieszałości”. Przepisy zostały ostatnio nieco zaostrzone, ale w obliczu kryzysu migracyjnego Merkel i Scholz podejmowali swoje decyzje często pochopnie, wbrew napomnieniom doradców i ekspertów.

Oni nie kierowali się wyłącznie pobudkami „humanitarnymi”. Liczyli na to, że napływający imigranci zasilą niemiecką gospodarkę, zamiast obciążać kasę państwa. Kolejne miesiące oczywiście boleśnie zweryfikowały te pierwotne założenia. Jednocześnie niemiecka dominacja w Unii jest już tak rozbudowana, że rządzący w Berlinie nie zauważają swojego osamotnienia w tej sprawie. Niemcy zapomnieli o pewnej niepisanej zasadzie: aby utrzymać hegemonię, trzeba być pewnym wsparcia innych państw. Odkąd wiedzą, że tak nie jest, zaczęli brnąć w nieracjonalne zapewnienia o konieczności europejskiej integracji.

Czy Niemcy zdobędą się kiedyś na odrobinę refleksji?

Z racji swojego położenia geograficznego i wkładu w cywilizację europejską Niemcy mają pewne prawo do odegrania szczególnej roli w Unii Europejskiej. A jednak powiększa się armia przeciwników niemieckiej hegemonii. Dlaczego? Na pewno nie z zazdrości. Oprócz przewagi ekonomicznej główny problem z dominacją Berlina polega dziś na tym, że firmowana tam polityka charakteryzuje się już także ideologicznym uciskiem.

Rozmawiał: Wojciech Osiński [korespondent Polskiego Radia w Berlinie]

Simon Bulmer: Brytyjski politolog oraz historyk ekonomii i myśli politycznej, niemcoznawca. Wykładowca Uniwersytetu w Sheffield. Autor wielu publikacji o roli Niemiec w Europie i na świecie.



Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

Polecane
Emerytury
Stażowe