Marcin Królik: Beksiński pod księżycem

O czym w Boże Narodzenie rozmyśla człowiek na rozdrożu? To proste, o innych ludziach na rozdrożu.
 Marcin Królik: Beksiński pod księżycem
pixabay.com

O czym w Boże Narodzenie rozmyśla człowiek na rozdrożu? To proste, o innych ludziach na rozdrożu, z którymi siłą rzeczy odczuwa naturalną solidarność. Myśli też o tym, jak to dobrze, że istnieją różne rozdroża i że to jego nie jest jeszcze w sumie takie najgorsze. Słabe to, wiem - takie podnoszenie się na duchu kosztem innych. Dla mnie przynajmniej kilka razy w życiu Boże Narodzenie nadeszło, a jak było z Tomaszem Beksińskim? Co czuł w Wigilię dokładnie dwadzieścia lat temu, podejmując kolejną, tym razem udaną, próbę samobójczą? Czy w ogóle pozostał przytomny na tyle długo, by wzbudzić w sobie jakąkolwiek refleksję?

Tak, młody Beksiński czasami do mnie wraca. Im jestem starszy, tym bardziej dochodzę do wniosku, że mamy ze sobą wiele wspólnego i że prawdopodobnie byśmy się polubili, gdybyśmy kiedykolwiek się spotkali. Nie, nie mówię o skłonnościach samobójczych - raczej o pewnym dojmującym poczuciu dekadencji, z którym ja po prostu nauczyłem się sobie ciut lepiej radzić. Poza tym, co by nie mówić, Beksiński był poniekąd moim przewodnikiem po świecie kultury, gdy do niego wchodziłem. W latach dziewięćdziesiątych co prawda nie słuchałem za dużo radia, ale za to oglądałem sporo filmów, które on spolszczył. Mieliśmy podobny nieco makabryczny gust. Dzieliliśmy też przekonanie, że prawdziwe życie musi być gdzie indziej, i szukaliśmy go w popkulturze.

Chyba nawet pamiętam informację o jego śmierci. Towarzyszyło jej zaskoczenie, że ktoś tak znany  - a w każdym razie znany mnie jako fanowi nocnych seansów filmowych - mógł posunąć się do czegoś aż tak potwornego. Czegoś tak… znanego mi z doświadczenia. Co innego roić sobie o tym w przypływach pozerskiej nastoletniej rozpaczy, pobawić się tym jak monstrum z taniego horroru, a co innego zostać skonfrontowanym z niedającą się w żaden sposób odwołać, ostateczną rzeczywistością. I z pytaniem, tym odwiecznym pytaniem: dlaczego? Co, do ciężkiej cholery, poszło nie tak?

Wtedy zbyt dużo o Beksińskim nie wiedziałem. Był dla mnie po prostu nazwiskiem wymienianym przy napisach końcowych. Tak naprawdę zarówno jego życiem, jak i innymi dokonaniami niż translatorskie - dość przecież licznymi - zacząłem się interesować dopiero przy okazji filmu "Ostatnia rodzina", który tuż przed Wigilią wyemitowała TVP Kultura. Oglądałem go trzy lata temu w kinie i do dziś uważam, że była to jedna z najlepszych polskich premier 2016 roku. W moim prywatnym rankingu przebiła nawet "Wołyń", na który też poszedłem do kina, ale szybko tej wycieczki pożałowałem. Z całym szacunkiem dla ofiar tej zbrodni: cicha, kameralna scena w przedpokoju, w której bandyta zaciukał bezbronnego Zdzisława Beksińskiego, wywarła na mnie milion razy większe wrażenie i skłoniła do refleksji o złu.

Film, choć opowiada o całej rodzinie Beksińskich, w gruncie rzeczy głównym bohaterem czyni właśnie Tomasza. To jego postać najbardziej fascynuje i skupia na sobie uwagę, a co za tym idzie - skłania do dowiedzenia się czegoś więcej o pierwowzorze. Tu jednak eksploratora może spotkać rozczarowanie, bo Dawid Ogrodnik solidnie swoją interpretację Beksińskiego przedobrzył, grając go tak neurotycznie, że gdy sięgniemy po materiały z prawdziwym Beksińskim - na przykład dostępny w internecie odcinek "Wieczoru z wampirem" z jego udziałem lub archiwalne nagrania jego audycji radiowych - doznajemy nielichego dysonansu.

A ujmując wprost: Ogrodnik Beksińskiego najzwyczajniej skrzywdził, zrobił z niego totalnego wariata, wręcz zjeba, który jedynie jakimś niepojętym cudem (może dzięki sławie tatusia?) zdołał przez blisko dwie dekady utrzymać się w roli prezentera. I niby z jednej strony można by to jakoś usprawiedliwiać wymogami dramaturgicznymi - w końcu sztuka to ekstrakt z życia pozbawiony elementów nudy - lecz we mnie w trakcie oglądania narastał coraz silniejszy sprzeciw. Nie tylko zresztą we mnie, bo przecież od początku funkcjonowało sporo kontrowersji wokół sposobu przedstawienia Beksińskich.

Kim więc Tomasz Beksiński był naprawdę? Z pewnością kimś o wiele więcej niż demolującym kuchnię rodziców psycholem. Nawiasem mówiąc ta scena w filmie za pierwszym razem znacznie bardziej mną trzepnęła niż teraz w telewizji. W historii polskiej kultury przełomu wieków zapisze się na pewno jako znakomity, niekiedy stosujący nieortodoksyjne rozwiązania tłumacz filmowy i pasjonat muzyki, którą w ciągu lat swojej pracy zawodowej prezentował na falach wielu rozgłośni, choć zapewne najbardziej zostanie zapamiętany z Trójki - trochę ze względu na kultowy status jej samej, a trochę też za sprawą własnej charyzmy, dzięki której jego nocne audycje, a raczej słowno-muzyczne celebracje, przyciągały rzesze słuchaczy. W sumie szkoda, że się wtedy nie załapałem.

W Trójce zresztą zaczynał. Debiutował w 1982 roku w programie Marka Niedźwiedzkiego. Zostało to pokazane w "Ostatniej rodzinie", gdzie Niedźwiedzki zagrał sam siebie. Pamiętam, jak wspominałem tę scenkę, kiedy pierwszy raz zasiadałem przed mikrofonem w studiu Polskiego Radia 24 i zapaliła się czerwona lampka. Beksiński utrzymał się w eterze przez siedemnaście lat, po drodze stając się niemal żywą legendą, a ile mnie jest pisane? Odpowiedź uzyskałem niestety już czternaście miesięcy później. Cóż, może już wtedy rozsądniej byłoby zajmować się kulturą niż polityką.

Po raz ostatni można go było usłyszeć 11 grudnia 1999 roku. Tamto wydanie "Trójki pod księżycem" - zarówno w całości, jak i we fragmentach - też można znaleźć w sieci. Najbardziej oczywiście poruszają słowa, że słyszymy się być może ostatni raz. Czy już wtedy wiedział? Czy miał to zaplanowane, łącznie z jakże wymowną datą? Podobne uczucie towarzyszy mi także przy lekturze jego ostatniego felietonu z magazynu "Tylko Rock" zatytułowanego "Fin de siecle" i opublikowanego już po jego śmierci niczym list pożegnalny. Tak z pewnością brzmią zamykające ów tekst złowieszcze słowa: "Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać." Mnie to w każdym razie porusza.

Lecz o Beksińskim myślę w jeszcze jednym specyficznym kontekście. Nieprzypadkowo pojawiają się tu odniesienia do księżyca. I wcale nie chodzi o tytuł zagospodarowywanego przez Beksińskiego pasma, ani nawet o to, że księżyc niektórym kojarzy się z wariactwem bądź z przemianą w dzikiego wilkołaka. Nie, tu raczej idzie o właściwości tego ciała niebieskiego, które - jak powszechnie wiadomo - ma to do siebie, że potrafi świecić tylko światłem odbitym. Samo jest ciemnym, zimnym i martwym kamulcem, krążącym w kosmicznej pustce, jednak kiedy padnie nań promień słońca, zaczyna ożywać i wzbudzać hipnotyczny zachwyt. Coś o tym wiem.

Właściwie tak sprawy mają się też z Beksińskim. Sam przecież nic nie stworzył. W przeciwieństwie do ojca nie namalował żadnego obrazu, nie skomponował ani jednej piosenki jak jego idole, ani nic nigdy nie napisał, nie licząc felietonów i garści juwenalnych prób jeszcze z Sanoka. We wszystkim, co zrobił, bazował na dorobku innych twórców. Z niego lepił własne dzieło. Absorbował ich blask i oddawał go w formie i barwie przefiltrowanej przez swoją wrażliwość. Czerpiąc od innych, był w stanie zbudować coś zupełnie unikalnego, co przyciągało do niego tak wielu ludzi. Twórczością innych opowiadał swoją własną historię. Chowając się za innymi, był jednocześnie na pierwszym planie.

A wracając na koniec do filmu: mnie osobiście najbardziej porusza w nim nie moment odnalezienia przez ojca zwłok Tomka, lecz poprzedzająca go ponura wędrówka Zdzisława przez grudniowy śnieg do sąsiedniego bloku, w którym jego syn miał swoją kryptę. Patrzymy na to, wiedząc, że on wie, co na niego czeka. Wie, a mimo to idzie. Idzie, tak jak szedł zawsze. Pozostaje tylko żałować, że dla Tomasza Beksińskiego Boże Narodzenie nie nadeszło. Nie tylko tym razem, ale być może w ogóle nigdy. Tak, są tacy ludzie. Często można ich poznać po tym, że kroczą księżycowymi ścieżkami - różnie rozumianymi. Coś o tym wiem.

Marcin Królik

Ankieta
Czy Amy Coney Barrett powstrzyma neomarksistów?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Amy Coney Barrett powstrzyma neomarksistów?
Tygodnik

Opinie

Popkultura