[Tylko u nas] „Rozśpiewane pod bombami schrony”. Powstanie Warszawskie oczami Mirona Białoszewskiego

„1 sierpnia we wtorek 1944 roku było niesłonecznie, mokro, nie było za bardzo ciepło. W południe chyba wyszedłem na Chłodną (moja ulica wtedy, numer 40) i pamiętam, że było dużo tramwajów, samochodów, ludzi i że zaraz po wyjściu na rogu Żelaznej uświadomiłem sobie datę — 1 sierpnia — i pomyślałem sobie chyba słowami: «1 sierpnia —święto słoneczników»”. 
 [Tylko u nas] „Rozśpiewane pod bombami schrony”. Powstanie Warszawskie oczami Mirona Białoszewskiego
/ pixabay

Tak rozpoczyna się „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” napisany przez Mirona Białoszewskiego prawie ćwierć wieku po Powstaniu. Autor opisuje w nim sierpień i wrzesień 1944 roku z perspektywy cywila, ukrywającego się w ruinach, walczącego o przetrwanie, ukrywającego się w piwnicach przed niemieckimi nalotami bądź udającego się „w miasto” w poszukiwaniu wody. 1 sierpnia 1944 roku pisarz miał 22 lata. Nie należał do żadnej organizacji podziemnej, nie konspirował, nie walczył. Jego „Pamiętnik” upamiętnia dramat ludności cywilnej Warszawy i stanowi hołd dla 200 tysięcy jej poległych mieszkańców. 

 

„Gadałem. Nie mogłem pisać”


Autor „Pamiętnika” powie po latach, że choć o Powstaniu bez przerwy po wojnie mówił, to nie był w stanie o nim napisać, nie mógł znaleźć właściwego języka na opowiedzenie o swoich przeżyciach. Aż w końcu dotarło do niego, że nie musi go szukać, ma po prostu opowiedzieć – tak jak było, prostym językiem, bez zbędnych ornamentów, ale i bez uproszczeń. „Nie trzeba było być aż poetą, żeby troiło się w głowie. A jeżeli mało piszę o wrażeniach. I zwyczajnym językiem wszystko. Tak jakby nigdy nic. Albo nie wchodzę w siebie prawie, czyli jestem jakby od wierzchu. To tylko dlatego, że inaczej się nie da. Że zresztą tak to siebie się czuło. I w ogóle to jest jedyny sposób, zresztą nie sztucznie wykombinowany, ale jedyny właśnie naturalny. Przekazania tego wszystkiego. Przez dwadzieścia lat nie mogłem o tym pisać. Chociaż tak chciałem. I gadałem. O Powstaniu. Tylu ludziom. Różnym. Po ileś razy. I ciągle myślałem, że mam to Powstanie opisać, ale jakoś przecież opisać. A nie wiedziałem przecież, że właśnie te gadania przez dwadzieścia lat — bo to jest największe przeżycie mojego życia, takie zamknięte — że właśnie te gadania, ten to sposób nadaje się jako jedyny do opisania Powstania” – stwierdza Białoszewski.


O samej „Godzinie W” pisze: „Więc weszliśmy do Ireny. Było przed piątą. Rozmawiamy, nagle strzelanina. Potem tak jakby broń grubsza. Słychać działa. I w ogóle różne rodzaje. Aż krzyk: —Hurraaa... — Powstanie — od razu powiedzieliśmy sobie, tak jak i wszyscy w Warszawie. Dziwne. Bo tego słowa nie używało się przedtem w życiu. Tylko z historii, z książek. Już nudziło. A tu raptem... jest, i to takie z «hurraaa» i tłumem na łubudu. To «hurraaa» i łubudu to było zdobycie Sądów od Ogrodowej. Padał deszcz. Pilnowaliśmy, co tylko da się widzieć. Okna Ireny wychodziły na drugie podwórze z czerwonym murkiem na końcu, i za tym murkiem szło aż do Ogrodowej jeszcze jedno podwórze, z tartakiem, szopą, z kupą desek, z wózkami. Patrzymy, a tu ktoś chyba w niemieckiej tygrysce, w furażerce, z opaską przeskakuje przez ten czerwony murek z tamtego podwórza na nasze. Skoczył na nasz śmietnik z klapą. Z klapy na stołek. Ze stołka na asfalt. — Pierwszy powstaniec! — krzyknęliśmy”.


„Dzień upływał na wydobywaniu zasypanych, gaszeniu pożarów. Na ostrzegawczy krzyk o nadlatujących samolotach, wszyscy zbiegli do piwnicy. Panował w niej wielki tłok. Słychać było odgłosy lecących samolotów, padających bomb, jęki przerażonych ludzi oraz ich modlitwę. Nagle coś uderzyło w budynek. Ludzie wydostali się na zewnątrz i na widok zniszczeń w popłochu zaczęli uciekać w stronę ulicy Ogrodowej. Stamtąd też nadchodziły tłumy ludzi. W pewnym momencie zamieszanie się powiększyło, zaczęto znosić trupy. Okazało się, że zbombardowano szkołę na Lesznie. Wśród zabitych był syn pani Górskiej” – wspomina piąty dzień Powstania. „Narrator wraz z innymi wyruszył na poszukiwanie wody. W trakcie wędrówki wśród ruin spotkali kobietę, która niosła w wiadrze zupę jagodową, to utkwiło mu w pamięci. Ponieważ rozpoczął się nalot, musiał kluczyć wśród ruin. Ktoś krzyknął, że woda tryska z rozerwanej rury. Wszyscy rzucili się w tamtą stronę. Narrator wrócił na Miodową, dumny ze swego czynu - zdobył wodę. Zapadła noc, ciszę zakłócał huk dział” – dodaje kilka dni później.

 

„Wszyscy razem skazani na jedną historię”


Zofia Stefanowska w swoim opracowaniu na temat „Pamiętnika” podkreśla jego unikalny walor drobiazgowych opisów codzienności Powstania, z jej grozą, ale i… prozą. „Najważniejszym może czynnikiem, który nadaje «Pamiętnikowi» Białoszewskiego wartość dokumentu doświadczeń zbiorowych, jest odtworzenie tego, co on sam nazywa «materią życiową tamtego życia». Podstawowe, powtarzalne sytuacje ludzkie: «Wyobrażanie sobie, co może być albo co na pewno będzie za chwilę, zajmowało chyba połowę myślenia. Reszta szła na załatwianie bieżących spraw, różnych, a to jedzeniowych, a to położeniowych się, nakryciowych. Ile i z jaką dokładnością mówi się w «Pamiętniku» o tych sprawach! Żywność, woda (problemy dramatycznie ogromniejące w miarę jak zbliżał się koniec każdej z osobna powstańczej dzielnicy), technika gotowania, mycie się, sposób zagospodarowania schronu, jego oświetlenie. Powstańcze wychodki, ze Starego Miasta i ze Śródmieścia, po tej i tam tej stronie Alej, epopeja prymarnych ludzkich potrzeb w warunkach, w których ich zaspokojenie wymaga heroizmu i kiedy już rozstrzygnąć nie sposób, co jest heroizmem z własnej decyzji, co zaś heroizmem wymuszonym na całej ludności oblężonego miasta. Nikt tak dokładnie, z takim poczuciem wagi opisywanego zjawiska, nie powiedział o życiu codziennym w schronach, a więc o tym, co było udziałem wszystkich, cywilnych i wojskowych mieszkańców powstańczej Warszawy” – pisze Stefanowska.


Doświadczeniem życia codziennego w Powstaniu była nie tylko walka o przeżycie i załatwienie codziennych spraw, ale także wszechobecna śmierć. „Bo stałym elementem życia codziennego schronów i najbardziej podstawową z podstawowych sytuacji było przeżywanie śmierci. Jest to w Pamiętniku cała dziedzina wiedzy narastającej pod wpływem doświadczeń własnych i cudzych, wiedzy na temat rodzajów śmierci, typologii obstrzału i bombardowania, techniki działań artyleryjskich i lotniczych poznanej od strony bombardowanych, nie bombardujących. I jest też wiedza o osłonach przeciw artyleryjskich i przeciwlotniczych, o architekturze kamienic warszawskich ocenianej z tego właśnie, osłonowego punktu widzenia, o wartości filarów, framug, żelazobetonu. Do tej wiedzy należy zaufanie do tzw. kleinowskich sklepień, wątek kilkakrotnie wracający w «Pamiętniku». Jest wreszcie filozofia wyboru między większym a mniejszym niebezpieczeństwem jako jedyny sposób obrony” – analizuje Stefanowska.


Białoszewski utrwala na kartach „Pamiętnika” kontrasty – patos i groteskę, przerażenie i śmiech, rozpacz i nadzieję, huk i ciszę. „Rytm zagrożeń i ocaleń (a jest to przecież stale rytm, bo następstwo dyktowane porą dnia, rozkładem lotów bombowców, seryjnością działania artylerii) to rytm przeżyć zbiorowych: zbiorowego przerażenia, zbiorowej ulgi. Nawet gdy jest to ocalenie pojedynczego człowieka wskutek trafnej intuicji czy szczęśliwego przypadku, fakt taki wpisuje się we wspólną biografię ludzi, którzy, jeśli przeżyli, to właśnie dzięki wielu trafnym intuicjom i szczęśliwym przypadkom. «Wszyscy razem skazani na jedną historię» — mówi Białoszewski. Słyszalnym znakiem utożsamiającej jedności sytuacyjnej są chóralne modlitwy i pieśni, «Pod Twoją obronę»  śpiewana przez schrony jak potężny kanon, którego głosy włączają się kolejno w miarę jak w podziemnej wędrówce słuchacz mija piwnicę za piwnicą” – wskazuje analityk literatury.
Białoszewski dołącza do tych chóralnych modlitw walczącej Warszawy układając słowa własnej litanii:


Od bomb i samolotów - wybaw nas, Panie,
Od czołgów i goliatów - wybaw nas, Panie,
Od pocisków i granatów - wybaw nas, Panie,
Od miotaczy min - wybaw nas, Panie,
Od pożarów i spalenia żywcem - wybaw nas, Panie,
Od rozstrzelania - wybaw nas, Panie,
Od zasypania - wybaw nas, Panie...

 

Ile dobroci! Po prostu dobroci


„Rozśpiewane pod bombami schrony — to statyczna wizja powstańczej Warszawy. Na nią nakłada się druga — gorączkowej ludzkiej ruchliwości: «ludzie musieli zmieniać teren i uznawać coś za gorsze czy lepsze», „moda na pędzenie była cały czas wszędzie», „Pęd! W ogóle. Wszystkie stwory w przerażeniu pędzą, chowają się, pędzą dalej». Obok Warszawy zastygniętej w grozie schronów, Warszawa ogarnięta paniką: «Ludzie lecieli i lecieli. Potokiem. Ze zbombardowanych domów. Uciekali na Wolę». I zaraz: «Ludzie wzdłuż murów lecą po naszej stronie Chłodnej do Elektoralnej i dalej. Tacy jak wczoraj. Ci sami. Uciekają z Woli»” – cytuje Stefanowska.


Powstanie utrwalone przez Białoszewskiego na kartach „Pamiętnika” to nie tylko ból, groza i śmierć. Nie brakuje opisów ludzkiej odwagi, bohaterstwa, solidarności. Pisarz utrwala wzruszające sceny ewangelicznej dobroci, jakich jest świadkiem w środku wojennego piekła. „Za Twardą podwórzami i dziurami przeszliśmy z Pańskiej aż na Sienną. I to na drugą stronę Siennej. Na podwórza tych dwóch czy trzech domów w nowym stylu przedwojennym. Tych, co ocalały i stoją. Jeden z nich dobrze znaliśmy, bo tu się urządzało u Teika literackie wieczory. W podwórzu, tym od Teika, przy dziurze w murze na Złotą usiedliśmy, zziajani. Słońce jeszcze świeciło. Było gorąco. Jakieś kobiety wyniosły wiadro z kawą, czy kilka wiader, i rozdawały wszystkim. Były rozczulająco dobre, pogodne. One właśnie chyba powiedziały nam, że tylko Złotą wracać. Że to plota o Złotej, że nie można. Na podwórzu, i tym, i tym od Złotej, było dużo rozkopanej ziemi, rowy, ogródki, roślinki, tynk. Wszystko pomieszane. W słońcu. I jeszcze w tej kawie z wiader. Mój Boże! Ile w tej Warszawie było wtedy dobroci. Po prostu dobroci. Ile!” – pisze.


„Pamiętnik” to nie jedyny zapis przeżyć Mirona Białoszewskiego z sierpnia i września 1944 roku. W słynnym wierszu „Chrystus Powstania” zwróci się do Zbawiciela:

 

Na ramionach usnął ci ogień
kołysze go w brąz płonące miasto
dwa stosy masz zamiast powiek
ale jest krzyż z gorących oddechów

Idź przez mur do czerwonych arkad
między popiół tłumu
i przemieniaj na wargach
ogromne liście płomieni w wino

Barykady jak Góry Oliwne
szumią okruchami kości –
dłoń po dłoni wywlecz
spod ziemi bruków i odpuść

Wstąp w Jordan kanałów –
w szlamie zielonym jak wieczność
szukaj nieżywych włosów:
w Imię Ojca… i Ducha…

 

Agnieszka Żurek


 


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe