Leon Foksiński. Uczestnik Marszu Śmierci

Urodzony 23.06.1919 r. w Bestwinie pow. bielski, syn Franciszka i Anny z d. Bolek, zamieszkały w tej miejscowości. Mając szesnaście lat – w 1935 r., rozpoczął pracę zarobkową jako pomocnik a następnie samodzielny pracownik w cegielni. Podczas okupacji hitlerowskiej, w styczniu 1940 r. wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec – Brandenburg Hawel. W lipcu 1941 r. uciekł z miejsca przymusowego zatrudnienia i wrócił do Bestwiny, gdzie w październiku tegoż roku jako uciekinier został aresztowany przez policję niemiecką.
Marsz śmierci z Auschwitz Leon Foksiński. Uczestnik Marszu Śmierci
Marsz śmierci z Auschwitz / Screen z teledysku zespołu Attack

Wpierw umieszczony w areszcie gestapo w Bielsku (obecna ul. Matejki), a stamtąd w transporcie zbiorowym przewieziony do KL Auschwitz, zarejestrowany w obozowej ewidencji jako więzień „wychowawczy” nr E-7208.

Jako więzień KL Auschwitz - skierowany został do podobozu w Mikuszowicach k/Bielska i tam zatrudniony przy regulacji rzeki Białki. Zwolniony po czterech miesiącach, niemal natychmiast przesłany został przez Arbeitsamt na przymusowe roboty w Leopczycach (obecna nazwa Głubczyce). Z tego przymusowego zatrudnienia znowu uciekł i podjął pracę w hucie „Bobrek”. Przez nieporozumienie zaistniałe z przełożonym, aresztowany w czerwcu 1944 r. i przewieziony do KL Auschwitz, skąd bez zatrzymywania go w tym obozie, odesłany został do więzienia śledczego w Mysłowicach. Po śledztwie w mysłowickim więzieniu, przewieziony w połowie września do więzienia w Bytomiu, a po kilku tygodniach przetransportowany do więzienia w Gliwicach.

Dnia 19.01.1945 r. gdy wojska rosyjskie zbliżały się od Krakowa w kierunku Śląska, brał udział w marszu ewakuacyjnym więźniów. Wraz z innymi współwięźniami z więzienia w Gliwicach, dołączony został do kolumny ewakuacyjnej więźniów wyprowadzonej z KL Auschwitz. W trakcie pokonywania wyznaczonej przez SS trasy marszu ewakuacyjnego, 29.01.1945 r. przy sprzyjających okolicznościach (z noclegu w okolicach Głuchołazy pow. nyski) udała się Leonowi Foksińskiemu ucieczka. Niestety, już następnego dnia tj. 30.01.1945 r. zatrzymany przez żandarmów i wraz z kolegą (współwięźniem z ucieczki) przymuszeni przez Arbeitsamt – do pracy w miejscowości zatrzymania – w Głuchołazach. Po kilku tygodniach przewieziony do Bremen, do Hanoweru, do prac polowych w Ramlingen - gdzie 21.04.1945 r. doczekał się wyzwolenia. Do kraju wrócił w połowie grudnia 1945 r.

 

Marsz śmierci

Do dosyć uproszczonego biogramu, dołączam istotne informacje, o marszu ewakuacyjnym więźniów w styczniu 1945 r. z Gliwic przez Rybnik, o czym opowiedział Leon Foksiński - świadek i uczestnik tych wydarzeń, i co zostało dosyć dokładne opisane przez Jana Delowicza w książce „Śladami krwi”.
Otóż, z więzienia w Gliwicach, załadowano więźniów do odkrytych wagonów – węglarek, a następnie przewieziono z Gliwic do stacji Rzędówka, gdzie na bocznicy kolejowej pociąg ten stał przez całą noc z dnia 22 na 23.01.1945 r. Dodam, że z Gliwic do Rzędówki w linii prostej odległość nie wynosi więcej jak ok. 20 kilometrów, zaś odległość z Rzędówki do Rybnika w linii prostej wynosi 6 km.

Po „wyładowaniu” więźniów z wagonów, przy akompaniamencie przekleństw, ordynarnych wyzwisk, kopniaków i uderzeń drewnianymi drągami lub czym popadło, formowano szeregi po pięć więźniów w rzędzie i pochód ten ruszył bocznymi drogami poprzez wioskę Kamień w stronę Rybnika. W okolicach Kamienia – Dębicze na dużej przyleśnej polanie, konwojujący więźniów SS-mani utworzyli coś w rodzaj półkola i wydawszy więźniom polecenie rozwiązania szeregów, tak chaotycznie rozproszonym kazali biec w owo półkole pod obłudnym pretekstem, że w lesie są partyzanci i mogą okazać chęć strzelania do zauważonych skupisk konwojowanych więźniów. Tymczasem, sami konwojenci otworzyli ostrzał z broni maszynowej do biegnących. 

Skutki dla więźniów okazały się makabryczne. Polana pokryła się setkami martwych ciał w pasiakach. Jakby mało było SS-manom dokonanego bestialstwa – ich krwiożercze instynkty kazały sprawdzać autentyczność śmierci tak wielkiej ilości więźniów. Podchodzili więc do leżących bezwładnie ciał i kopniakiem w twarz sprawdzali, czy śmierć więźnia jest faktyczna a nie pozorowana, zaś dających oznaki życia dobijano pojedynczymi strzałami.

Po tym masowym morderstwie na terenie Kamienia, konwojenci wydali polecenie do ponownego formowania kolumny z pozostałych więźniów i kontynuowano marsz - poprowadzono więźniów do szosy Rybnik – Katowice – w kierunku Paruszowca (przedmieścia Rybnika), a stamtąd ok. 3 km leśną drogą i brzegiem rzeki Ruda przez Wielopole na teren sportowo-rekreacyjny „Ruda”, znajdujący się na północnych peryferiach Rybnika.

Przez cały czas, posuwającej się kolumnie towarzyszyły głośne przekleństwa konwojentów i strzały do skrajnie wyczerpanych więźniów, którzy nie mieli siły iść dalej. W ten sposób zakrwawione zwłoki leżały wzdłuż trasy przemarszu - w przydrożnych rowach i pod drzewami. Na trasie ewakuacyjnej wiodącej przez Paruszowiec zebrano co najmniej 21 zwłok więźniów i pochowano na cmentarzu Zakładu Umysłowo Chorych w Rybniku.

Na teren noclegu w Rybniku więźniowie przybyli o zmierzchu. Krańcowo wyczerpanych, głodnych i zmarzniętych (według Foksińskiego był 15-20 stopniowy mróz) więźniów wpędzono częściowo do sali restauracyjnej przy stadionie sportowym. Większość natomiast nocowała na płycie stadionu pod gołym niebem w szatniach, albo pod dachem niewielkiej trybuny, nakrywając się szmatami – nazywającymi się kiedyś kocami. W czasie noclegu na stadionie konwojenci strzelali do skulonych, marznących więźniów, próbujących ogrzać się własnymi ciałami, przyciskając się jeden do drugiego.

Około 300 więźniów stłoczono w drewnianych szopach przystani wioślarskiej znajdującej się przy stawie - kąpielisku „Ruda”. Szopa była zbita dosyć prymitywnie z desek, które pod wpływem słońca i po wysuszeniu się drewna spowodowała szpary na stykach jednej deski z drugą. Przez owe szpary mróz „wdzierał” się bez przeszkód do wnętrza. Nadto, szopa nie była zamknięta, więc stłoczeni w niej więźniowie nie mieli szans na przeżycie - zamarzli w ciągu nocy.

 

Ucieczka

Według opisu Jana Delowicza, kilkunastu więźniów mimo czujnej uwagi konwojentów, zdołało zbiec w lasy paruszowieckie i znaleźć schronienie u Polaków zamieszkujących okoliczne miejscowości. Oto zapisane fragmenty z książki Delowicza:

[…] Między innymi Franciszek Baron i Roman Pierchała z Rybnika wspólnie uratowali 2 więźniów, którzy ukryli się w lesie. Byli to polscy Żydzi, a jeden z nich pochodził z Łodzi. Nocą do okna domu Katarzyny i Józefa Fyrgutów w Kamieniu zapukał więzień, który - gdy wpuszczono go do środka - powiedział, że uciekł z Rybnika. Ukryto go w słomie na strychu obory. Nazywał się Karl Grün i był wiedeńczykiem. Tej samej nocy, około 23:00, również Stanisława i Jan Zychowie, mieszkańcy przysiółka Młyny, usłyszeli stukanie w okno. Gdy otworzyli drzwi wejściowe, do wnętrza budynku weszło trzech mężczyzn w pasiakach. Byli to ojciec i jego dwaj synowie. Więzień ten powiedział w języku polskim, że uciekli z Rybnika. Gdy ogrzali się i zaspokoili głód, Jan Zych jeszcze tej samej nocy zaprowadził ich do stodoły w folwarku „Spendlowiec”, gdzie pracował, a już wcześniej ukryto więźniów zbiegłych podczas strzelaniny w lesie. Do domu Gertrudy Brzeziny w Kamieniu na Świerkach dotarł rano więzień ubrany w pasiak. Od niego (mówił po polsku) Gertruda oraz jej córki Marta i Elżbieta dowiedziały się, że uciekł z Rybnika. Zjadłszy podany mu posiłek, opuścił dom Brzezinów […].
O godzinie 6:00 dnia 23 stycznia, nastąpił wymarsz kolumny z Rybnika. Najtragiczniejsza w skutkach była noc więźniów umieszczonych w owej szopie przystani wioślarskiej. Znajdowały się tam same zamarznięte szkielety ludzkie - w pozycji stojącej, jeden przy drugim. Kilkudziesięciu innych więźniów którzy z osłabienia i zimna nie mogli iść dalej, SS-mani zamordowali przy ul. Gliwickiej - na mostku rzeczki Młynówki do której następnie zrzucili zwłoki. Niektóre z ofiar dawały jeszcze oznaki życia. Nie było jednak szans na uratowanie się, gdyż przydusiły je następne zrzucane do wody ciała pomordowanych. Kilka zwłok przyprószonych śniegiem leżało wzdłuż płotu na wysokości stadionu, ale po jego zewnętrznej stronie. 

 

Egzekucja

Jest w książce Jana Delowicza i inny bardzo ważny opis dotyczący znanych w Rybniku gestapowców Sopali i Mańki: 

[…] 23 stycznia, pomiędzy godziną 16:00 a 17:00, do sali restauracji „Wypoczynek” na Rudzie dwaj umundurowani gestapowcy, Georg Mańka i Sopalla, przyprowadzili około 35 więźniów, zbiegłych w czasie strzelaniny na terenie przysiółka Młyny. Przyszli oni pieszo z Kamienia przez Paruszowiec, a stamtąd obecną ul. Wyzwolenia i ul. Gliwicką dotarli do restauracji. Więźniów tych ustawiono przed północną ścianą szczytową (od strony Wielopola). Potem Mańka dwom więźniom dał polecenie wyjścia na zewnątrz. Tam na skarpie, w prawo od schodów prowadzących z tej sali na ul. Gliwicką, kazał im położyć się na brzuchu, głową do ul. Gliwickiej. Następnie dwa razy strzelił. Obaj zabici zostali strzałami w kark. Sopalla zaś w tym czasie pilnował w sali pozostałych więźniów.

Dokonawszy egzekucji, Mańka wrócił do sali i zawołał: „Zu zwei!” Na zewnątrz wyszła kolejna dwójka więźniów, których zastrzelił w ten sam sposób jak poprzednich. Gdy już zamordował 8 więźniów, reszta nie chciała wychodzić z sali, wiedząc, co ich czeka. W odpowiedzi na odmowę Mańka otworzył do nich ogień z pistoletu maszynowego. Wszyscy więźniowie padli na podłogę, a na ścianie pełno było otworów po kulach karabinowych. Wybite również zostały szyby w oknach. Po tej masakrze Mańka wyszedł bez słowa z sali na zewnątrz, ku zwłokom wcześniej zastrzelonych 8 więźniów. Po chwili padł strzał. Przed budynkiem restauracji, obok zwłok więźniów, leżał na plecach ich morderca i całe usta miał zakrwawione. Był martwy, a w zaciśniętej dłoni trzymał pistolet, który zabrał mu gestapowiec Sopalla. Potem sprawdzał on, który z więźniów jeszcze żyje. Każdego, który zdradzał oznaki życia, dobijał strzałem w czoło. W ten sposób Sopalla zamordował 8 żyjących jeszcze więźniów, którym wcześniej udało się uniknąć śmiertelnej kuli, oraz dobił kilku rannych, którzy jęczeli z bólu. Z rozbitych czaszek mózg spływał na podłogę. Wszyscy byli młodzi; wiekiem nie przekraczali 40 lat. (Po wojnie na podłodze owej sali, na pół zburzonej w wyniku działań frontowych, znajdowały się ciemne plamy zakrzepłej krwi, około 1 m. średnicy).

Po dokonaniu tej zbrodni gestapowiec opuścił salę. Zwłoki drugiego Niemca zaś pozostały w miejscu jego śmierci. Po upływie dwóch godzin, około 18:00, jeden z leżących w sali więźniów zaczął głośno jęczeć. Był polskim Żydem. W tym momencie do sali weszło 2 innych gestapowców, z których jeden zastrzelił jęczącego. Przyprowadzili też oni kolejnych 6 więźniów. Wszyscy byli młodzi, mieli około 30 lat.
 

Gdy weszli do sali, kazano im stanąć w szeregu pod ścianą, naprzeciw drzwi wejściowych, w odległości pół metra jeden od drugiego. Potem obaj zaczęli wyjmować pistolety z kabur. Wtedy więźniowie, zdając sobie sprawę z tego, co ich czeka, zaczęli prosić hitlerowców w języku polskim, aby darowali im życie, gdyż mają rodziny, dzieci. Niemcy jednak nie okazali litości i wszystkich zamordowali strzałami w czoło. Potem odeszli w stronę miasta.

W tym samym dniu widziano również, jak jeden z gestapowców ścigał przed stadionem więźnia biegnącego od centrum Rybnika. Umundurowany był na czarno i na głowie miał czapkę polową z daszkiem. Przed nim zaś, w odległości około 100 m, uciekał 18-letni chłopak. Zmierzał on w kierunku nie zamarzniętych stawów na Rudzie. Gdy dotarł do jednego z nich, bez zastanowienia wszedł do wody (drugi od ul. Gliwickiej). Chciał wpław przedostać się na drugą stronę, gdzie był las, a w nim ocalenie. Wcześniej jednak na brzeg stawu przybiegł gestapowiec, który natychmiast zaczął doń strzelać i po kilku strzałach trafił go w plecy. Więzień pogrążył się w wodzie i już się nie wynurzył. Gestapowiec jeszcze przez chwilę stał na brzegu, a potem zawrócił w stronę miasta.

Nazajutrz, krótko przed południem, przed siedzibę gestapo w Rybniku zajechał wojskowy samochód ciężarowy w kolorze zielonym, cały kryty blachą. Gdy kierowca zameldował swój przyjazd, pijani gestapowcy wyszli z budynku i otworzyli tylne drzwi samochodu. Na podłodze leżało ciało Georga Mańki. Obejrzawszy zwłoki, wrócili do budynku, a samochód odjechał w nieznanym kierunku. […]

[…] Po wyzwoleniu, na stadionie w Rybniku, który był jednym z miejsc noclegu więźniów, odbyła się msza żałobna w ich intencji. Wzięli w niej tłumnie udział miejscowi i okoliczni mieszkańcy. Mszę celebrował ks. Maksymilian Goszyc. Po mszy wszyscy udali się na cmentarz Zakładu Umysłowo Chorych. Tam nastąpiło uroczyste odsłonięcie pomnika. Na zbiorowej mogile ustawiono drewniany krzyż, a harcerze z rybnickiego Hufca złożyli przyrzeczenie.

Spoczywają na wieki, na wiecznie polskiej ziemi rybnickiej. A było ich 385, ludzi miłujących życie i swobodę, a których zamordowali w Rybniku zbrodniarze, dla których śmierć i mord były rzemiosłem, przed którym pochodnie Nerona stanowią drobne barbarzyństwo. Pamięci ich społeczeństwo Rybnika ofiarowało pomnik - dokument hitlerowskiego ludobójstwa i dowód wspaniałej ofiary, złożonej przez byłych więźniów politycznych na ołtarzu Ojczyzny.[…].

Po masowych morderstwach więźniów w Rybniku, kolumna ewakuacyjna ruszyła dalej – w kierunku Raciborza, a stamtąd przez Głubczyce, Prudnik do Głuchołaz. 

Powołam się kolejny raz na relację Leona Foksińskiego znajdującego się w tej kolumnie ewakuacyjnej:
[…] „28 stycznia doszliśmy w okolice Głuchołaz. Tam zaprowadzono nas do jakiegoś dworu, gdzie spędziliśmy noc w stodole. Było nas już wtedy bardzo mało, ok. 600 osób.”
[…] „W ciągu 10 dni transportu ewakuacyjnego zaledwie 4 razy podano nam posiłek – i to tylko same kartofle. Nie dostaliśmy jednak niczego do picia, więc pragnienie zaspakajaliśmy śniegiem”.

Z Głuchołaz, „oświęcimski” transport „przez Rzędówkę” rozdzielał się w taki sposób, że część więźniów prowadzono dalszą drogą przez Świdnicę, Strzegom do KL Gross-Rosen, natomiast druga grupa skierowana została w kierunku zachodnim – do Wałbrzycha.

Niewiele więźniów przeżyło ów transport – poza tymi, którym jak Leonowi Foksińskiemu udało się z tego transportu szczęśliwie uciec. Odsyłam jednak zainteresowanego czytelnika do książki Jana Delowicza „ŚLADAMI KRWI”, gdzie bardzo szczegółowo opisane są poszczególne fragmenty marszu oraz zeznania świadków o tej tragedii – spowodowanej przez złoczyńców z pod znaku „SS”.
 


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

POLECANE
Płonie Pałac Stolbergów we Wrocławiu z ostatniej chwili
Płonie Pałac Stolbergów we Wrocławiu

Płonie Pałac Stolbergów we Wrocławiu

Wypadek w Lubuskiem. Poszkodowany 4-letni chłopiec z ostatniej chwili
Wypadek w Lubuskiem. Poszkodowany 4-letni chłopiec

We wsi Białobłocie, w gm. Deszczno (Lubuskie) 4-letni chłopiec został ciężko ranny po tym, jak wpadł pod kosiarkę zamontowaną na ciągniku rolniczym.

Wielka szkoda. Adam Buksa zabrał głos po meczu z Holandią z ostatniej chwili
"Wielka szkoda". Adam Buksa zabrał głos po meczu z Holandią

"Holendrzy prowadzili grę, natomiast my mieliśmy bardzo dobre sytuacje, również po stracie drugiej bramki. Wielka szkoda, że kończymy ten mecz z zerowym dorobkiem punktowym" - powiedział piłkarz reprezentacji Polski Adam Buksa po przegranej z Holandią 1:2 w mistrzostwach Europy.

Niech odpowie na proste pytania. Szydło apeluje do Tuska z ostatniej chwili
"Niech odpowie na proste pytania". Szydło apeluje do Tuska

W ostatnich dniach media społecznościowe obiegły zdjęcia, na których widać ciemnoskórych mężczyzn w różnych miastach Polski. Po tym fakcie rozpętała się burza.

To nie mój król. Skandal pod Pałacem Buckingham z ostatniej chwili
"To nie mój król". Skandal pod Pałacem Buckingham

Król Karol III jest przywódcą, który stara się rządzić w sposób innowacyjny. Często więc zrywa z długoletnimi tradycjami, zaskakując swoich poddanych. Niestety nie wszyscy z nich pałają sympatią do brytyjskiego monarchy.

Pasjonujący mecz Polaków. Było tak blisko! z ostatniej chwili
Pasjonujący mecz Polaków. Było tak blisko!

Polacy rozegrali pasjonujący mecz z Holandią. Nie da się ukryć, że nasi zawodnicy dali z siebie wszystko i już dawno nie przejawiali takiej inicjatywy. 

Byłem nieznośny. Niecodzienne wyznanie gwiazdy Świata według Kiepskich z ostatniej chwili
"Byłem nieznośny". Niecodzienne wyznanie gwiazdy "Świata według Kiepskich"

Andrzej Grabowski, którego najlepiej kojarzymy z serialu "Świat według Kiepskich" podzielił się niecodziennym wyznaniem.

Atak hakerski na TVP w czasie meczu Polaków z ostatniej chwili
Atak hakerski na TVP w czasie meczu Polaków

Telewizja Polska padła ofiarą ataku hakerskiego. Atak został przeprowadzony ok. godz. 15 – podało TVP Info na swoim profilu w mediach społecznościowych. Kibice nie mogli obejrzeć początku transmisji meczu reprezentacji w Internecie. Usługę przywrócono.

Miller grzmi po wyborach do PE. To jest ostatni dzwonek z ostatniej chwili
Miller grzmi po wyborach do PE. "To jest ostatni dzwonek"

Za nami wybory do Parlamentu Europejskiego. Nie wszyscy są zadowoleni z ich wyniku. Były premier i lider SLD Leszek Miller nie przebierał w słowach, nawiązując do porażki Lewicy. Ta zdobyła zaledwie 6,3 proc., zajmując piąte miejsce w układzie sił. Uplasowała się tym samym za Koalicją Obywatelską, Prawem i Sprawiedliwością, Konfederacją oraz Trzecią Drogą.

Gol! Polska prowadzi z Holandią z ostatniej chwili
Gol! Polska prowadzi z Holandią

Polska prowadzi z Holandią 1:0 w 16. minucie meczu piłkarskich mistrzostw Europy. Bramkę zdobył Adam Buksa.

REKLAMA

Leon Foksiński. Uczestnik Marszu Śmierci

Urodzony 23.06.1919 r. w Bestwinie pow. bielski, syn Franciszka i Anny z d. Bolek, zamieszkały w tej miejscowości. Mając szesnaście lat – w 1935 r., rozpoczął pracę zarobkową jako pomocnik a następnie samodzielny pracownik w cegielni. Podczas okupacji hitlerowskiej, w styczniu 1940 r. wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec – Brandenburg Hawel. W lipcu 1941 r. uciekł z miejsca przymusowego zatrudnienia i wrócił do Bestwiny, gdzie w październiku tegoż roku jako uciekinier został aresztowany przez policję niemiecką.
Marsz śmierci z Auschwitz Leon Foksiński. Uczestnik Marszu Śmierci
Marsz śmierci z Auschwitz / Screen z teledysku zespołu Attack

Wpierw umieszczony w areszcie gestapo w Bielsku (obecna ul. Matejki), a stamtąd w transporcie zbiorowym przewieziony do KL Auschwitz, zarejestrowany w obozowej ewidencji jako więzień „wychowawczy” nr E-7208.

Jako więzień KL Auschwitz - skierowany został do podobozu w Mikuszowicach k/Bielska i tam zatrudniony przy regulacji rzeki Białki. Zwolniony po czterech miesiącach, niemal natychmiast przesłany został przez Arbeitsamt na przymusowe roboty w Leopczycach (obecna nazwa Głubczyce). Z tego przymusowego zatrudnienia znowu uciekł i podjął pracę w hucie „Bobrek”. Przez nieporozumienie zaistniałe z przełożonym, aresztowany w czerwcu 1944 r. i przewieziony do KL Auschwitz, skąd bez zatrzymywania go w tym obozie, odesłany został do więzienia śledczego w Mysłowicach. Po śledztwie w mysłowickim więzieniu, przewieziony w połowie września do więzienia w Bytomiu, a po kilku tygodniach przetransportowany do więzienia w Gliwicach.

Dnia 19.01.1945 r. gdy wojska rosyjskie zbliżały się od Krakowa w kierunku Śląska, brał udział w marszu ewakuacyjnym więźniów. Wraz z innymi współwięźniami z więzienia w Gliwicach, dołączony został do kolumny ewakuacyjnej więźniów wyprowadzonej z KL Auschwitz. W trakcie pokonywania wyznaczonej przez SS trasy marszu ewakuacyjnego, 29.01.1945 r. przy sprzyjających okolicznościach (z noclegu w okolicach Głuchołazy pow. nyski) udała się Leonowi Foksińskiemu ucieczka. Niestety, już następnego dnia tj. 30.01.1945 r. zatrzymany przez żandarmów i wraz z kolegą (współwięźniem z ucieczki) przymuszeni przez Arbeitsamt – do pracy w miejscowości zatrzymania – w Głuchołazach. Po kilku tygodniach przewieziony do Bremen, do Hanoweru, do prac polowych w Ramlingen - gdzie 21.04.1945 r. doczekał się wyzwolenia. Do kraju wrócił w połowie grudnia 1945 r.

 

Marsz śmierci

Do dosyć uproszczonego biogramu, dołączam istotne informacje, o marszu ewakuacyjnym więźniów w styczniu 1945 r. z Gliwic przez Rybnik, o czym opowiedział Leon Foksiński - świadek i uczestnik tych wydarzeń, i co zostało dosyć dokładne opisane przez Jana Delowicza w książce „Śladami krwi”.
Otóż, z więzienia w Gliwicach, załadowano więźniów do odkrytych wagonów – węglarek, a następnie przewieziono z Gliwic do stacji Rzędówka, gdzie na bocznicy kolejowej pociąg ten stał przez całą noc z dnia 22 na 23.01.1945 r. Dodam, że z Gliwic do Rzędówki w linii prostej odległość nie wynosi więcej jak ok. 20 kilometrów, zaś odległość z Rzędówki do Rybnika w linii prostej wynosi 6 km.

Po „wyładowaniu” więźniów z wagonów, przy akompaniamencie przekleństw, ordynarnych wyzwisk, kopniaków i uderzeń drewnianymi drągami lub czym popadło, formowano szeregi po pięć więźniów w rzędzie i pochód ten ruszył bocznymi drogami poprzez wioskę Kamień w stronę Rybnika. W okolicach Kamienia – Dębicze na dużej przyleśnej polanie, konwojujący więźniów SS-mani utworzyli coś w rodzaj półkola i wydawszy więźniom polecenie rozwiązania szeregów, tak chaotycznie rozproszonym kazali biec w owo półkole pod obłudnym pretekstem, że w lesie są partyzanci i mogą okazać chęć strzelania do zauważonych skupisk konwojowanych więźniów. Tymczasem, sami konwojenci otworzyli ostrzał z broni maszynowej do biegnących. 

Skutki dla więźniów okazały się makabryczne. Polana pokryła się setkami martwych ciał w pasiakach. Jakby mało było SS-manom dokonanego bestialstwa – ich krwiożercze instynkty kazały sprawdzać autentyczność śmierci tak wielkiej ilości więźniów. Podchodzili więc do leżących bezwładnie ciał i kopniakiem w twarz sprawdzali, czy śmierć więźnia jest faktyczna a nie pozorowana, zaś dających oznaki życia dobijano pojedynczymi strzałami.

Po tym masowym morderstwie na terenie Kamienia, konwojenci wydali polecenie do ponownego formowania kolumny z pozostałych więźniów i kontynuowano marsz - poprowadzono więźniów do szosy Rybnik – Katowice – w kierunku Paruszowca (przedmieścia Rybnika), a stamtąd ok. 3 km leśną drogą i brzegiem rzeki Ruda przez Wielopole na teren sportowo-rekreacyjny „Ruda”, znajdujący się na północnych peryferiach Rybnika.

Przez cały czas, posuwającej się kolumnie towarzyszyły głośne przekleństwa konwojentów i strzały do skrajnie wyczerpanych więźniów, którzy nie mieli siły iść dalej. W ten sposób zakrwawione zwłoki leżały wzdłuż trasy przemarszu - w przydrożnych rowach i pod drzewami. Na trasie ewakuacyjnej wiodącej przez Paruszowiec zebrano co najmniej 21 zwłok więźniów i pochowano na cmentarzu Zakładu Umysłowo Chorych w Rybniku.

Na teren noclegu w Rybniku więźniowie przybyli o zmierzchu. Krańcowo wyczerpanych, głodnych i zmarzniętych (według Foksińskiego był 15-20 stopniowy mróz) więźniów wpędzono częściowo do sali restauracyjnej przy stadionie sportowym. Większość natomiast nocowała na płycie stadionu pod gołym niebem w szatniach, albo pod dachem niewielkiej trybuny, nakrywając się szmatami – nazywającymi się kiedyś kocami. W czasie noclegu na stadionie konwojenci strzelali do skulonych, marznących więźniów, próbujących ogrzać się własnymi ciałami, przyciskając się jeden do drugiego.

Około 300 więźniów stłoczono w drewnianych szopach przystani wioślarskiej znajdującej się przy stawie - kąpielisku „Ruda”. Szopa była zbita dosyć prymitywnie z desek, które pod wpływem słońca i po wysuszeniu się drewna spowodowała szpary na stykach jednej deski z drugą. Przez owe szpary mróz „wdzierał” się bez przeszkód do wnętrza. Nadto, szopa nie była zamknięta, więc stłoczeni w niej więźniowie nie mieli szans na przeżycie - zamarzli w ciągu nocy.

 

Ucieczka

Według opisu Jana Delowicza, kilkunastu więźniów mimo czujnej uwagi konwojentów, zdołało zbiec w lasy paruszowieckie i znaleźć schronienie u Polaków zamieszkujących okoliczne miejscowości. Oto zapisane fragmenty z książki Delowicza:

[…] Między innymi Franciszek Baron i Roman Pierchała z Rybnika wspólnie uratowali 2 więźniów, którzy ukryli się w lesie. Byli to polscy Żydzi, a jeden z nich pochodził z Łodzi. Nocą do okna domu Katarzyny i Józefa Fyrgutów w Kamieniu zapukał więzień, który - gdy wpuszczono go do środka - powiedział, że uciekł z Rybnika. Ukryto go w słomie na strychu obory. Nazywał się Karl Grün i był wiedeńczykiem. Tej samej nocy, około 23:00, również Stanisława i Jan Zychowie, mieszkańcy przysiółka Młyny, usłyszeli stukanie w okno. Gdy otworzyli drzwi wejściowe, do wnętrza budynku weszło trzech mężczyzn w pasiakach. Byli to ojciec i jego dwaj synowie. Więzień ten powiedział w języku polskim, że uciekli z Rybnika. Gdy ogrzali się i zaspokoili głód, Jan Zych jeszcze tej samej nocy zaprowadził ich do stodoły w folwarku „Spendlowiec”, gdzie pracował, a już wcześniej ukryto więźniów zbiegłych podczas strzelaniny w lesie. Do domu Gertrudy Brzeziny w Kamieniu na Świerkach dotarł rano więzień ubrany w pasiak. Od niego (mówił po polsku) Gertruda oraz jej córki Marta i Elżbieta dowiedziały się, że uciekł z Rybnika. Zjadłszy podany mu posiłek, opuścił dom Brzezinów […].
O godzinie 6:00 dnia 23 stycznia, nastąpił wymarsz kolumny z Rybnika. Najtragiczniejsza w skutkach była noc więźniów umieszczonych w owej szopie przystani wioślarskiej. Znajdowały się tam same zamarznięte szkielety ludzkie - w pozycji stojącej, jeden przy drugim. Kilkudziesięciu innych więźniów którzy z osłabienia i zimna nie mogli iść dalej, SS-mani zamordowali przy ul. Gliwickiej - na mostku rzeczki Młynówki do której następnie zrzucili zwłoki. Niektóre z ofiar dawały jeszcze oznaki życia. Nie było jednak szans na uratowanie się, gdyż przydusiły je następne zrzucane do wody ciała pomordowanych. Kilka zwłok przyprószonych śniegiem leżało wzdłuż płotu na wysokości stadionu, ale po jego zewnętrznej stronie. 

 

Egzekucja

Jest w książce Jana Delowicza i inny bardzo ważny opis dotyczący znanych w Rybniku gestapowców Sopali i Mańki: 

[…] 23 stycznia, pomiędzy godziną 16:00 a 17:00, do sali restauracji „Wypoczynek” na Rudzie dwaj umundurowani gestapowcy, Georg Mańka i Sopalla, przyprowadzili około 35 więźniów, zbiegłych w czasie strzelaniny na terenie przysiółka Młyny. Przyszli oni pieszo z Kamienia przez Paruszowiec, a stamtąd obecną ul. Wyzwolenia i ul. Gliwicką dotarli do restauracji. Więźniów tych ustawiono przed północną ścianą szczytową (od strony Wielopola). Potem Mańka dwom więźniom dał polecenie wyjścia na zewnątrz. Tam na skarpie, w prawo od schodów prowadzących z tej sali na ul. Gliwicką, kazał im położyć się na brzuchu, głową do ul. Gliwickiej. Następnie dwa razy strzelił. Obaj zabici zostali strzałami w kark. Sopalla zaś w tym czasie pilnował w sali pozostałych więźniów.

Dokonawszy egzekucji, Mańka wrócił do sali i zawołał: „Zu zwei!” Na zewnątrz wyszła kolejna dwójka więźniów, których zastrzelił w ten sam sposób jak poprzednich. Gdy już zamordował 8 więźniów, reszta nie chciała wychodzić z sali, wiedząc, co ich czeka. W odpowiedzi na odmowę Mańka otworzył do nich ogień z pistoletu maszynowego. Wszyscy więźniowie padli na podłogę, a na ścianie pełno było otworów po kulach karabinowych. Wybite również zostały szyby w oknach. Po tej masakrze Mańka wyszedł bez słowa z sali na zewnątrz, ku zwłokom wcześniej zastrzelonych 8 więźniów. Po chwili padł strzał. Przed budynkiem restauracji, obok zwłok więźniów, leżał na plecach ich morderca i całe usta miał zakrwawione. Był martwy, a w zaciśniętej dłoni trzymał pistolet, który zabrał mu gestapowiec Sopalla. Potem sprawdzał on, który z więźniów jeszcze żyje. Każdego, który zdradzał oznaki życia, dobijał strzałem w czoło. W ten sposób Sopalla zamordował 8 żyjących jeszcze więźniów, którym wcześniej udało się uniknąć śmiertelnej kuli, oraz dobił kilku rannych, którzy jęczeli z bólu. Z rozbitych czaszek mózg spływał na podłogę. Wszyscy byli młodzi; wiekiem nie przekraczali 40 lat. (Po wojnie na podłodze owej sali, na pół zburzonej w wyniku działań frontowych, znajdowały się ciemne plamy zakrzepłej krwi, około 1 m. średnicy).

Po dokonaniu tej zbrodni gestapowiec opuścił salę. Zwłoki drugiego Niemca zaś pozostały w miejscu jego śmierci. Po upływie dwóch godzin, około 18:00, jeden z leżących w sali więźniów zaczął głośno jęczeć. Był polskim Żydem. W tym momencie do sali weszło 2 innych gestapowców, z których jeden zastrzelił jęczącego. Przyprowadzili też oni kolejnych 6 więźniów. Wszyscy byli młodzi, mieli około 30 lat.
 

Gdy weszli do sali, kazano im stanąć w szeregu pod ścianą, naprzeciw drzwi wejściowych, w odległości pół metra jeden od drugiego. Potem obaj zaczęli wyjmować pistolety z kabur. Wtedy więźniowie, zdając sobie sprawę z tego, co ich czeka, zaczęli prosić hitlerowców w języku polskim, aby darowali im życie, gdyż mają rodziny, dzieci. Niemcy jednak nie okazali litości i wszystkich zamordowali strzałami w czoło. Potem odeszli w stronę miasta.

W tym samym dniu widziano również, jak jeden z gestapowców ścigał przed stadionem więźnia biegnącego od centrum Rybnika. Umundurowany był na czarno i na głowie miał czapkę polową z daszkiem. Przed nim zaś, w odległości około 100 m, uciekał 18-letni chłopak. Zmierzał on w kierunku nie zamarzniętych stawów na Rudzie. Gdy dotarł do jednego z nich, bez zastanowienia wszedł do wody (drugi od ul. Gliwickiej). Chciał wpław przedostać się na drugą stronę, gdzie był las, a w nim ocalenie. Wcześniej jednak na brzeg stawu przybiegł gestapowiec, który natychmiast zaczął doń strzelać i po kilku strzałach trafił go w plecy. Więzień pogrążył się w wodzie i już się nie wynurzył. Gestapowiec jeszcze przez chwilę stał na brzegu, a potem zawrócił w stronę miasta.

Nazajutrz, krótko przed południem, przed siedzibę gestapo w Rybniku zajechał wojskowy samochód ciężarowy w kolorze zielonym, cały kryty blachą. Gdy kierowca zameldował swój przyjazd, pijani gestapowcy wyszli z budynku i otworzyli tylne drzwi samochodu. Na podłodze leżało ciało Georga Mańki. Obejrzawszy zwłoki, wrócili do budynku, a samochód odjechał w nieznanym kierunku. […]

[…] Po wyzwoleniu, na stadionie w Rybniku, który był jednym z miejsc noclegu więźniów, odbyła się msza żałobna w ich intencji. Wzięli w niej tłumnie udział miejscowi i okoliczni mieszkańcy. Mszę celebrował ks. Maksymilian Goszyc. Po mszy wszyscy udali się na cmentarz Zakładu Umysłowo Chorych. Tam nastąpiło uroczyste odsłonięcie pomnika. Na zbiorowej mogile ustawiono drewniany krzyż, a harcerze z rybnickiego Hufca złożyli przyrzeczenie.

Spoczywają na wieki, na wiecznie polskiej ziemi rybnickiej. A było ich 385, ludzi miłujących życie i swobodę, a których zamordowali w Rybniku zbrodniarze, dla których śmierć i mord były rzemiosłem, przed którym pochodnie Nerona stanowią drobne barbarzyństwo. Pamięci ich społeczeństwo Rybnika ofiarowało pomnik - dokument hitlerowskiego ludobójstwa i dowód wspaniałej ofiary, złożonej przez byłych więźniów politycznych na ołtarzu Ojczyzny.[…].

Po masowych morderstwach więźniów w Rybniku, kolumna ewakuacyjna ruszyła dalej – w kierunku Raciborza, a stamtąd przez Głubczyce, Prudnik do Głuchołaz. 

Powołam się kolejny raz na relację Leona Foksińskiego znajdującego się w tej kolumnie ewakuacyjnej:
[…] „28 stycznia doszliśmy w okolice Głuchołaz. Tam zaprowadzono nas do jakiegoś dworu, gdzie spędziliśmy noc w stodole. Było nas już wtedy bardzo mało, ok. 600 osób.”
[…] „W ciągu 10 dni transportu ewakuacyjnego zaledwie 4 razy podano nam posiłek – i to tylko same kartofle. Nie dostaliśmy jednak niczego do picia, więc pragnienie zaspakajaliśmy śniegiem”.

Z Głuchołaz, „oświęcimski” transport „przez Rzędówkę” rozdzielał się w taki sposób, że część więźniów prowadzono dalszą drogą przez Świdnicę, Strzegom do KL Gross-Rosen, natomiast druga grupa skierowana została w kierunku zachodnim – do Wałbrzycha.

Niewiele więźniów przeżyło ów transport – poza tymi, którym jak Leonowi Foksińskiemu udało się z tego transportu szczęśliwie uciec. Odsyłam jednak zainteresowanego czytelnika do książki Jana Delowicza „ŚLADAMI KRWI”, gdzie bardzo szczegółowo opisane są poszczególne fragmenty marszu oraz zeznania świadków o tej tragedii – spowodowanej przez złoczyńców z pod znaku „SS”.
 



Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

Polecane
Emerytury
Stażowe