Marek Budzisz: Zanim powstanie oś autorytarna w naszej części Europy.
25.02.2019 14:05

Komentarzy: 0
Udostępnij:
Wczoraj w Mołdawii odbyły się długo oczekiwane wybory parlamentarne, które jak powszechnie sądzono mogły przynieść zasadnicze zmiany w geopolitycznej orientacji kraju. Spodziewano się, że w razie triumfu prorosyjskich socjalistów, a niektóre sondaże wskazywały, że mogą nawet liczyć na samodzielną większość, Kiszyniów ostro skręci na Wschód, zwłaszcza, że prezydent Dodon, będący częstym gościem na Kremlu wprost o tym mówił.
Dziś już wiadomo, że socjaliści, którzy "witali się z gąską" będą musieli poradzić sobie z rozczarowaniem. Co prawda wybory wygrali (po policzeniu głosów w 97 % okręgów), bo zdobyli 31,67 % głosów, ale o triumfie nie ma co mówić, zwłaszcza, w sytuacji, kiedy będą mieć, wg. ostatnich informacji 33 - 34 miejsca w 100 osobowym parlamencie. Zaskoczeniem jest bardzo dobry, znacznie lepszy niźli w królestwie badań opinii publicznej, wynik proeuropejskiej koalicji ACUM (Teraz), która w głosowaniu powszechnym zajęła drugie miejsce i zdobyła 25,23 % głosów. Daje jej to, wraz z mandatami zdobytymi w okręgach jednomandatowych 26 posłów. Sporym zaskoczeniem jest też rezultat, który zanotowała rządząca Mołdawią Partia Demokratyczna oligarchy Vlada Plachotniuca, która ma 24,6 %, w głosowaniu powszechnym. Ten wynik jeszcze poprawiła w okręgach jednomandatowych i może liczyć na 31 deputowanych. Nieoficjalnie wiadomo, że do parlamentu weszło 3 - 4 "niezależnych" kandydatów związanych z obozem władzy, który dzięki temu może liczyć na 34 - 35 szabel. Ale do jej rezultatów należy też dodać wynik czwartej w wyścigu wyborczym formacji, nacjonalistycznego ugrupowania Szor, która zdobyła 8,4 % głosów i będzie miała 7 - 8 posłów. Formacja założona została przez biznesmena Ilana Szora, przeciw któremu toczy się dochodzenie. Zarzuca mu się udział w "kradzieży stulecia", kiedy to w 2014 roku, z mołdawskiego systemu bankowego wyparowało ponad 1 mld dolarów, co jak na ten niewielki i bardzo biedny kraj stanowi astronomiczną kwotę. Obserwatorzy mołdawskiej sceny politycznej, a tak tam się uprawia politykę, są przekonani, że deputowani formacji Szora, na "którego są kompromaty", będą lojalnie współpracowali z partią władzy.
Pierwsze wyniki spływające z okręgów jednomandatowych wskazują, że w miastach wygrywają socjaliści i przedstawiciele koalicji ACUM, ale na wsi, sytuacja wygląda inaczej. I tak np. Plachotniuc w jednym z takich, jak kiedyś Anglicy mówili "zgniłych okręgów" zdobył ponad 70 % głosów. Drugi powód, dla którego przedwcześnie jeszcze mówić o układzie sił jest tego rodzaju, że demokraci Plachotniuca, a przede wszystkim on sam, znani są z tego, że pozyskują głosy deputowanych szantażem i przekupstwem. Po ostatnich wyborach, kiedy formacja "władcy Mołdawii", jak niemal oficjalnie nazywa się lidera Demokratów, miała w parlamencie jedynie 17 deputowanych, dość szybko pozyskała ona tylu posłów, że mogła zbudować samodzielną i stabilną większość. I trzeci wreszcie powód, dla którego jeszcze zbyt wcześnie mówić o wynikach głosowania, to to, że może okazać się, iż pod byle pretekstem, wyniki wyborów w niektórych okręgach mogą zostać zakwestionowane przez komisję wyborczą i sądy. Rządzący Demokraci już zgłosili szereg naruszeń prawa wyborczego. Mołdawski system prawny jest nie tylko dogłębnie skorumpowany, ale również wprost kontrolowany przez obóz władzy. Dwa minione lata, kiedy trwała nieustająca wojna podjazdowa między prezydentem Dodonem, mającym konstytucyjnie niewielkie uprawnienia, a rządem, pokazały, że tamtejsi prawnicy są w stanie wnieść coś nowego do światowego dorobku prawnego. Otóż kiedy Dodon nie chciał podpisywać przedkładanych mu do podpisu ustaw, tamtejszy Sąd Konstytucyjny, na kilka dosłownie godzin, zawieszał jego pełnomocnictwa. Wówczas do gry wchodził spiker parlamentu, przejmując czasowo obowiązki głowy państwa, podpisywał dokumenty i kiedy było już po wszystkim, prezydent na powrót wracał do pracy. Początkowo wzbudzało to wielkie emocje i były nawet próby organizowania protestów ulicznych, ale wówczas Dodon wygłaszał pojednawcze przemówienie i sprawy wracały do normy. Takie zachowanie werbalnie opozycyjnego prezydenta dało wielu obserwatorom asumpt, to formułowania sądu, iż w gruncie rzeczy ten spór o kierunek w którym ma podążać Mołdawia, to jedno wielkie teatrum dla naiwnych. Bo w rzeczywistości Dodon i Plachotniuc to starzy koledzy, i ten pierwszy pomagał już nie raz temu drugiemu w trudnych politycznych rozgrywkach, związanych choćby z rozłamem w rządzącej wiele lat w Mołdawii partii komunistycznej, który był na rękę Plachotniucowi. I podobnie ma być teraz - spór o orientacje, o to czy Mołdawia winna zbliżyć się z Moskwą, jak tego chcą socjaliści i Dodon, czy iść w stronę Zachodu, jak mówią demokraci, jest dość pozorny. W istocie obydwie formacje już się potajemnie miały dogadać, czego dowodem jest to, że w trakcie kampanii kandydaci demokratów mówili sporo o czymś na kształt "trzeciej drogi", czyli o polityce wielowektorowej, woli współpracy zarówno z Zachodem, jak i ze Wschodem, zwłaszcza, że Zachód, czyli Unia Europejska, nie jest jakoś szczególnie zainteresowany integracją Mołdawii.
To jak przebiegało wczorajsze głosowanie też nie poprawi reputacji kraju i obozu władzy w oczach elit europejskich. Jak informują dziennikarze, w obwodach położonych przy granicy z samozwańczą republiką Naddniestrza zaobserwowano autobusy, które przywoziły ludzi, chcących oddać głos w wyborach w Mołdawii. Transport organizowała korporacja Szeryf z Tyraspola. Nie jest to jakaś mała firemka, ale największy działający w Naddniestrzu holding, który w 2016 roku wyniósł do władzy tamtejszego prezydenta Wadima Krasnosielskiego. Oświadczył on wczoraj publicznie, komentując liczne informacje o przewozie głosujących, że jego rząd nie ingeruje w przebieg wyborów, ale przecież, jak powiedział w "Naddniestrzu mieszkają też ludzie, którzy mają w kieszeniach paszporty Mołdawskie i oni mogą głosować". Niewątpliwie machinacje miały miejsce, trudno oszacować ich skalę i to czy mogły wpływać na wynik wyborów. Ale trzeba pamiętać, że Mołdawia to mały kraj i różnica między drugą w rankingu koalicją ACUM a trzecią Partią Demokratyczną to 8 tysięcy głosów, a w okręgach jednomandatowych, w których wygrywa się zwykłą większością znaczenie może mieć nawet przywiezienie kilkudziesięciu wyborców.
Nie do końca wiadomo, kto organizował "transport wyborców". Socjaliści i przedstawiciele ACUM oskarżają Demokratów, ci ostatni Socjalistów. Trzeba pamiętać kto kontroluje punkty graniczne - są to służby podległe rządowi, bez zgody których nikt nie mógłby przejechać granicy z Naddniestrzem. Wydaje się zatem, że to rządzący Demokraci, maczali w tym przedsięwzięciu palce.
Liderzy koalicji ACUM, Maja Sandu i Andriej Nastase już publicznie oświadczyli, że nie uznają wyników wyborów w okręgach położonych przy granicy i żądają ich powtórzenia. Wezwali także swoich zwolenników do wyjścia na ulice. Można przypuszczać, że marzy im się powtórzenie ormiańskiego scenariusza, gdzie w wyniku protestów ulicznych upadła partia rządząca. Oświadczyli też, że nie mają zamiaru rozmawiać z ludźmi Plachotniuca, ale temu akurat trudno się dziwić. Nie tylko dlatego, że ACUM oskarża Demokratów o to, że partia jest w gruncie rzeczy tylko przykrywką dla rządów skorumpowanej i w gruncie rzeczy kryminalnej, władzy jednego człowieka. Relacji nie poprawiły tez wydarzenia z czasów kampanii wyborczej, kiedy to zarówno Sandu, jak i Nastase, ale również szef ich komitetu wyborczego, oskarżyli władzę o to, że przez długi czas jej agenci chcieli ich zwyczajnie otruć. Na dowód tego, że nie są to gołosłowne twierdzenia pokazali wyniki badań krwi, przeprowadzone zarówno na miejscu, jak i w Niemczech, wskazujące na podwyższoną zawartość metali ciężkich, przede wszystkim rtęci.
Rządzący Demokraci oskarżają z kolei Moskwę o brutalna ingerencję w proces wyborczy. Chodzi o to, że na dwa dnie przed wyborami rosyjskie MSW poinformowało, że Plachotniuc jest oficjalnie oskarżony o udział w słynnym "mołdawskim Landromacie", procederze, polegającym na wytransferowaniu z Rosji, za pośrednictwem mołdawskich banków, jak się szacuje 22 mld dolarów. To nie pierwsze rosyjskie oskarżenie mołdawskiego oligarchy. Został on już zaocznie skazany za zlecenie zabójstwa jednego z biznesmanów z którym miał różnicę zdań na tle rozliczeń. Sprawa z Landromatem jest jednak znacznie większa. Również dlatego, że skonstruowany w Rosji i Mołdawii schemat wyprowadzania i prania podejrzanych pieniędzy nie działałby gdyby nie zaangażowanie banków z krajów Zachodu. Najmocniej w aferę zaangażowane były banki na Łotwie, gdzie do dymisji w związku z oskarżeniami musiał podać się prezes tamtejszego banku centralnego oraz estońskie filie duńskiego Danske Banku. W Estonii aresztowano już w tej sprawie 10 osób, prezes centrali banku podał się do dymisji a służby finansowe Unii Europejskiej rozpoczęły niedawno, jak informowały media, oficjalne dochodzenie. Danske Bank, poniósł takie straty reputacyjne, że zdecydował się sprzedać swe filie w krajach Bałtyckich i w Rosji. Do działania przystąpiły też władze niemieckie, i w ostatnich dniach przejęły w Bawarii kilka nieruchomości zakupione przez wyprowadzone przy użyciu Mołdawskiego Landromatu środki. Rosjanie aresztowali Aleksandra Korkina, jednego z organizatorów procederu i teraz, najprawdopodobniej, będą twierdzić, że stał za nim Plachotniuc, którego nazwisko pojawia się w zeznaniach. Rozpoczęli w tej sprawie oficjalne dochodzenie. Drugi z organizatorów Landromatu, były bankier Wiaczesław Płaton, po tym jak został aresztowany na Ukrainie i deportowany do kraju, siedzi w więzieniu w Kiszyniowie. I tu zaczynają się ciekawe historie. Otóż, jak poinformował jego adwokat, Płaton, przebywający w więzieniu w Kiszyniowie, został zaatakowany nożem przez dokwaterowanego mu do pojedynczej celi recydywistę. Władze dementują te informacje, ale adwokaci Płatona mówią, że nie są dopuszczani do swego klienta od początku lutego i obawiają się, że może on zostać po prostu zlikwidowany. Innymi słowy z punktu widzenia Demokratów cała sprawa może okazać się tykająca bombą. Moskwa może udowodnić Zachodowi, że stawiają na polityka, który współorganizował i uczestniczył w kryminalnych przedsięwzięciach. Co ciekawsze, na kilka dni przed wyborami kierujący rosyjską Radą Bezpieczeństwa generał Patruszew dość enigmatycznie mówił, że w Kiszyniowie, ale również na Ukrainie, może dojść do kolejnych Majdanów. Przeczucie, czy coś więcej?
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie tylko po to, abyśmy mogli wiedzieć z kim mamy w Mołdawii do czynienia. Z elitą nie tylko skorumpowaną, ale również uczestniczącą w wielu działaniach o kryminalnym charakterze. Mówienie w tym wypadku o jakiejś "orientacji geopolitycznej" jest swego rodzaju marzycielstwem, chodzi o utrzymanie władzy i eksploatowanie kraju, który ma się na własność.
Z punktu widzenia państw Unii Europejskiej wspieranie tego rodzaju reżimów, w imię polityki "powstrzymywania" Rosji jest działaniem irracjonalnym, a potencjalnie nawet groźnym. Amerykanie, którzy mają bogate doświadczenie współpracy z reżimami autorytarnymi, uprawiają w Kiszyniowie zupełnie inną politykę, której głównym celem są głównie kwestie dotyczące współpracy wojskowej. Na tym tle też może dojść do rozdźwięku między Unią w Waszyngtonem. Mołdawia jest krajem małym i można problemy tam pojawiające się lekceważyć. Jednak dochodzące ostatnio informacje z Ukrainy, którym trzeba będzie poświęcić osobny materiał, wskazują, że naruszenia demokratycznych procedur w czasie trwającej kampanii prezydenckiej mogą tam mieć miejsce na wielką skalę, a Ukraina może ewoluować, umownie całą sprawę ujmując "w stronę Mołdawii". A to z kolei stawia przed polskimi elitami trudny problem - czy w imię polityki powstrzymywania wpływów rosyjskich, godzić się na rządy skorumpowanej i w coraz większym stopniu autorytarnej ekipy, ekipy łamiącej elementarne procedury demokratyczne, czy przyjąć inny wariant postepowania. Warto o tym już teraz myśleć, bo w rosyjskich, ale nie tylko tamtejszych, mediach już lansowana jest koncepcja osi politycznej łączącej Białoruś z Ukrainą. Do takiej konstrukcji dołączyć może Mołdowa. A to zaś, może otworzyć drogę wpływom tureckim, a przede wszystkim chińskim. I może się okazać, że chcąc ochronić się przed ekspansjonizmem moskiewskim otworzyliśmy nie furtkę, ale bramę dla innych ekspansjonizmów, być może groźniejszych.
Pierwsze wyniki spływające z okręgów jednomandatowych wskazują, że w miastach wygrywają socjaliści i przedstawiciele koalicji ACUM, ale na wsi, sytuacja wygląda inaczej. I tak np. Plachotniuc w jednym z takich, jak kiedyś Anglicy mówili "zgniłych okręgów" zdobył ponad 70 % głosów. Drugi powód, dla którego przedwcześnie jeszcze mówić o układzie sił jest tego rodzaju, że demokraci Plachotniuca, a przede wszystkim on sam, znani są z tego, że pozyskują głosy deputowanych szantażem i przekupstwem. Po ostatnich wyborach, kiedy formacja "władcy Mołdawii", jak niemal oficjalnie nazywa się lidera Demokratów, miała w parlamencie jedynie 17 deputowanych, dość szybko pozyskała ona tylu posłów, że mogła zbudować samodzielną i stabilną większość. I trzeci wreszcie powód, dla którego jeszcze zbyt wcześnie mówić o wynikach głosowania, to to, że może okazać się, iż pod byle pretekstem, wyniki wyborów w niektórych okręgach mogą zostać zakwestionowane przez komisję wyborczą i sądy. Rządzący Demokraci już zgłosili szereg naruszeń prawa wyborczego. Mołdawski system prawny jest nie tylko dogłębnie skorumpowany, ale również wprost kontrolowany przez obóz władzy. Dwa minione lata, kiedy trwała nieustająca wojna podjazdowa między prezydentem Dodonem, mającym konstytucyjnie niewielkie uprawnienia, a rządem, pokazały, że tamtejsi prawnicy są w stanie wnieść coś nowego do światowego dorobku prawnego. Otóż kiedy Dodon nie chciał podpisywać przedkładanych mu do podpisu ustaw, tamtejszy Sąd Konstytucyjny, na kilka dosłownie godzin, zawieszał jego pełnomocnictwa. Wówczas do gry wchodził spiker parlamentu, przejmując czasowo obowiązki głowy państwa, podpisywał dokumenty i kiedy było już po wszystkim, prezydent na powrót wracał do pracy. Początkowo wzbudzało to wielkie emocje i były nawet próby organizowania protestów ulicznych, ale wówczas Dodon wygłaszał pojednawcze przemówienie i sprawy wracały do normy. Takie zachowanie werbalnie opozycyjnego prezydenta dało wielu obserwatorom asumpt, to formułowania sądu, iż w gruncie rzeczy ten spór o kierunek w którym ma podążać Mołdawia, to jedno wielkie teatrum dla naiwnych. Bo w rzeczywistości Dodon i Plachotniuc to starzy koledzy, i ten pierwszy pomagał już nie raz temu drugiemu w trudnych politycznych rozgrywkach, związanych choćby z rozłamem w rządzącej wiele lat w Mołdawii partii komunistycznej, który był na rękę Plachotniucowi. I podobnie ma być teraz - spór o orientacje, o to czy Mołdawia winna zbliżyć się z Moskwą, jak tego chcą socjaliści i Dodon, czy iść w stronę Zachodu, jak mówią demokraci, jest dość pozorny. W istocie obydwie formacje już się potajemnie miały dogadać, czego dowodem jest to, że w trakcie kampanii kandydaci demokratów mówili sporo o czymś na kształt "trzeciej drogi", czyli o polityce wielowektorowej, woli współpracy zarówno z Zachodem, jak i ze Wschodem, zwłaszcza, że Zachód, czyli Unia Europejska, nie jest jakoś szczególnie zainteresowany integracją Mołdawii.
To jak przebiegało wczorajsze głosowanie też nie poprawi reputacji kraju i obozu władzy w oczach elit europejskich. Jak informują dziennikarze, w obwodach położonych przy granicy z samozwańczą republiką Naddniestrza zaobserwowano autobusy, które przywoziły ludzi, chcących oddać głos w wyborach w Mołdawii. Transport organizowała korporacja Szeryf z Tyraspola. Nie jest to jakaś mała firemka, ale największy działający w Naddniestrzu holding, który w 2016 roku wyniósł do władzy tamtejszego prezydenta Wadima Krasnosielskiego. Oświadczył on wczoraj publicznie, komentując liczne informacje o przewozie głosujących, że jego rząd nie ingeruje w przebieg wyborów, ale przecież, jak powiedział w "Naddniestrzu mieszkają też ludzie, którzy mają w kieszeniach paszporty Mołdawskie i oni mogą głosować". Niewątpliwie machinacje miały miejsce, trudno oszacować ich skalę i to czy mogły wpływać na wynik wyborów. Ale trzeba pamiętać, że Mołdawia to mały kraj i różnica między drugą w rankingu koalicją ACUM a trzecią Partią Demokratyczną to 8 tysięcy głosów, a w okręgach jednomandatowych, w których wygrywa się zwykłą większością znaczenie może mieć nawet przywiezienie kilkudziesięciu wyborców.
Nie do końca wiadomo, kto organizował "transport wyborców". Socjaliści i przedstawiciele ACUM oskarżają Demokratów, ci ostatni Socjalistów. Trzeba pamiętać kto kontroluje punkty graniczne - są to służby podległe rządowi, bez zgody których nikt nie mógłby przejechać granicy z Naddniestrzem. Wydaje się zatem, że to rządzący Demokraci, maczali w tym przedsięwzięciu palce.
Liderzy koalicji ACUM, Maja Sandu i Andriej Nastase już publicznie oświadczyli, że nie uznają wyników wyborów w okręgach położonych przy granicy i żądają ich powtórzenia. Wezwali także swoich zwolenników do wyjścia na ulice. Można przypuszczać, że marzy im się powtórzenie ormiańskiego scenariusza, gdzie w wyniku protestów ulicznych upadła partia rządząca. Oświadczyli też, że nie mają zamiaru rozmawiać z ludźmi Plachotniuca, ale temu akurat trudno się dziwić. Nie tylko dlatego, że ACUM oskarża Demokratów o to, że partia jest w gruncie rzeczy tylko przykrywką dla rządów skorumpowanej i w gruncie rzeczy kryminalnej, władzy jednego człowieka. Relacji nie poprawiły tez wydarzenia z czasów kampanii wyborczej, kiedy to zarówno Sandu, jak i Nastase, ale również szef ich komitetu wyborczego, oskarżyli władzę o to, że przez długi czas jej agenci chcieli ich zwyczajnie otruć. Na dowód tego, że nie są to gołosłowne twierdzenia pokazali wyniki badań krwi, przeprowadzone zarówno na miejscu, jak i w Niemczech, wskazujące na podwyższoną zawartość metali ciężkich, przede wszystkim rtęci.
Rządzący Demokraci oskarżają z kolei Moskwę o brutalna ingerencję w proces wyborczy. Chodzi o to, że na dwa dnie przed wyborami rosyjskie MSW poinformowało, że Plachotniuc jest oficjalnie oskarżony o udział w słynnym "mołdawskim Landromacie", procederze, polegającym na wytransferowaniu z Rosji, za pośrednictwem mołdawskich banków, jak się szacuje 22 mld dolarów. To nie pierwsze rosyjskie oskarżenie mołdawskiego oligarchy. Został on już zaocznie skazany za zlecenie zabójstwa jednego z biznesmanów z którym miał różnicę zdań na tle rozliczeń. Sprawa z Landromatem jest jednak znacznie większa. Również dlatego, że skonstruowany w Rosji i Mołdawii schemat wyprowadzania i prania podejrzanych pieniędzy nie działałby gdyby nie zaangażowanie banków z krajów Zachodu. Najmocniej w aferę zaangażowane były banki na Łotwie, gdzie do dymisji w związku z oskarżeniami musiał podać się prezes tamtejszego banku centralnego oraz estońskie filie duńskiego Danske Banku. W Estonii aresztowano już w tej sprawie 10 osób, prezes centrali banku podał się do dymisji a służby finansowe Unii Europejskiej rozpoczęły niedawno, jak informowały media, oficjalne dochodzenie. Danske Bank, poniósł takie straty reputacyjne, że zdecydował się sprzedać swe filie w krajach Bałtyckich i w Rosji. Do działania przystąpiły też władze niemieckie, i w ostatnich dniach przejęły w Bawarii kilka nieruchomości zakupione przez wyprowadzone przy użyciu Mołdawskiego Landromatu środki. Rosjanie aresztowali Aleksandra Korkina, jednego z organizatorów procederu i teraz, najprawdopodobniej, będą twierdzić, że stał za nim Plachotniuc, którego nazwisko pojawia się w zeznaniach. Rozpoczęli w tej sprawie oficjalne dochodzenie. Drugi z organizatorów Landromatu, były bankier Wiaczesław Płaton, po tym jak został aresztowany na Ukrainie i deportowany do kraju, siedzi w więzieniu w Kiszyniowie. I tu zaczynają się ciekawe historie. Otóż, jak poinformował jego adwokat, Płaton, przebywający w więzieniu w Kiszyniowie, został zaatakowany nożem przez dokwaterowanego mu do pojedynczej celi recydywistę. Władze dementują te informacje, ale adwokaci Płatona mówią, że nie są dopuszczani do swego klienta od początku lutego i obawiają się, że może on zostać po prostu zlikwidowany. Innymi słowy z punktu widzenia Demokratów cała sprawa może okazać się tykająca bombą. Moskwa może udowodnić Zachodowi, że stawiają na polityka, który współorganizował i uczestniczył w kryminalnych przedsięwzięciach. Co ciekawsze, na kilka dni przed wyborami kierujący rosyjską Radą Bezpieczeństwa generał Patruszew dość enigmatycznie mówił, że w Kiszyniowie, ale również na Ukrainie, może dojść do kolejnych Majdanów. Przeczucie, czy coś więcej?
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie tylko po to, abyśmy mogli wiedzieć z kim mamy w Mołdawii do czynienia. Z elitą nie tylko skorumpowaną, ale również uczestniczącą w wielu działaniach o kryminalnym charakterze. Mówienie w tym wypadku o jakiejś "orientacji geopolitycznej" jest swego rodzaju marzycielstwem, chodzi o utrzymanie władzy i eksploatowanie kraju, który ma się na własność.
Z punktu widzenia państw Unii Europejskiej wspieranie tego rodzaju reżimów, w imię polityki "powstrzymywania" Rosji jest działaniem irracjonalnym, a potencjalnie nawet groźnym. Amerykanie, którzy mają bogate doświadczenie współpracy z reżimami autorytarnymi, uprawiają w Kiszyniowie zupełnie inną politykę, której głównym celem są głównie kwestie dotyczące współpracy wojskowej. Na tym tle też może dojść do rozdźwięku między Unią w Waszyngtonem. Mołdawia jest krajem małym i można problemy tam pojawiające się lekceważyć. Jednak dochodzące ostatnio informacje z Ukrainy, którym trzeba będzie poświęcić osobny materiał, wskazują, że naruszenia demokratycznych procedur w czasie trwającej kampanii prezydenckiej mogą tam mieć miejsce na wielką skalę, a Ukraina może ewoluować, umownie całą sprawę ujmując "w stronę Mołdawii". A to z kolei stawia przed polskimi elitami trudny problem - czy w imię polityki powstrzymywania wpływów rosyjskich, godzić się na rządy skorumpowanej i w coraz większym stopniu autorytarnej ekipy, ekipy łamiącej elementarne procedury demokratyczne, czy przyjąć inny wariant postepowania. Warto o tym już teraz myśleć, bo w rosyjskich, ale nie tylko tamtejszych, mediach już lansowana jest koncepcja osi politycznej łączącej Białoruś z Ukrainą. Do takiej konstrukcji dołączyć może Mołdowa. A to zaś, może otworzyć drogę wpływom tureckim, a przede wszystkim chińskim. I może się okazać, że chcąc ochronić się przed ekspansjonizmem moskiewskim otworzyliśmy nie furtkę, ale bramę dla innych ekspansjonizmów, być może groźniejszych.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Data publikacji: 25.02.2019 14:05
[Tylko u nas] Budzisz: Wielki Gazprom. Kolos na glinianych nogach. Potiomkinowska wioska
16.06.2020 22:02

Komentarzy: 0
Aleksandr Łukaszenka powiedział w trakcie „gospodarskiej wizyty” na Grodzieńszczyźnie, że „dzięki Bogu” i ropy naftowej i gazu ziemnego jest wystarczająco dużo na świecie, sprzedający konkurują ze sobą i Białoruś łatwo znajdzie alternatywę, wobec rosyjskich, dostaw. Jego słowa są reakcją na pojawiające się od kilku dni w białoruskich i rosyjskich mediach informacje, że Gazprom z początkiem nowego miesiąca „zakręci kurki z gazem”. Pierwotnie miała to być retorsja rosyjskiego giganta gazowego za zadłużenie Białorusi za zrealizowane dostawy wynoszące ponoć 165 mln dolarów.
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Marek Budzisz: Trzy scenariusze dla Rosji wobec podwójnego kryzysu
12.05.2020 22:52

Komentarzy: 0
Oddajmy głos samym Rosjanom, którzy od kilkunastu tygodni poszukują odpowiedzi na tak stawiane pytanie. Skłania ich do tego z jednej strony rozpoczęty i nagle przerwany przez pandemię proces przebudowy systemu władzy, u nas często w sposób dość uproszczony a przez to błędny, rozumiany wyłącznie jako zainstalowanie Władimira Putina na kolejną jedną a być może dwie kadencje, oraz nakładające się na siebie dwa kryzysy, pierwszy sektora węglowodorów, z budżetowego punktu widzenia kluczowego dla Rosji i drugi związany z zamrożeniem gospodarki z powodu pandemii Covid-19. Od razu trzeba ostudzić emocje, a może nadzieje, tych którzy spodziewają się albo upadku Rosji, albo poważnych wewnętrznych perturbacji. Nikt tego rodzaju rozwoju wydarzeń nie prognozuje, przynajmniej z grona poważnych analityków. Doświadczenie czasów jelcynowskich jest jeszcze silne, podobnie jak pamięć prosperity pierwszej dekady rządów Putina. Władza jest silna i nie uważa, aby otoczenie międzynarodowe ewoluowało w sposób dla Rosji niebezpieczny, co wymuszałoby jakieś nagłe ruchy czy przypominającą politykę Gorbaczowa strategię dostosowania. Umiejętne schodzenie „z linii strzału”, nie ryzykowanie wyścigu zbrojeń na które Rosja nie ma zasobów i zajmowanie pozycji wyczekującej, powinno, zdaniem rosyjskich elit, przynieść pozytywne dla Moskwy skutki. Przede wszystkim dlatego, że ich zdaniem kolektywny Zachód słabnie szybciej niźli Rosja. Ale czy rzeczywiście? Oddajmy głos rosyjskim ekspertom.
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Michał Bruszewski: Koronawirus osłabił Rosję ale jej nie zmienił
19.04.2020 02:03

Komentarzy: 0
Gdy cena za baryłkę ropy naftowej spada do rekordowo niskiej wartości a finalnie kartel naftowy musi zasiąść do stołu oznacza to, że w Moskwie szykują się kłopoty. Kryzys naftowy połączony z pandemią koronawirusa to dla wielu ekspertów oczywiste trzęsienie ziemi, które za chwile wprowadzi cara i bojarów w powtórny okres Wielkiej Smuty. Nie odkryjemy potwierdzenia lub zaprzeczenia tezy, że Władimir Putin po spotkaniu z zakażonym koronawirusem lekarzem nie zachorował a samoizolacja była tylko jego dobrą wolą. Możemy jednak dyskutować o przyszłości Rosji w kontekście pandemii koronawirusa. Perorującym jakoby kryzys miał odmienić Rosję warto zadać pytanie kto za to na samym końcu zapłaci?
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Budzisz: Oddajemy pole Putinowi – nie ma nas na Wschodzie z naszą opowieścią o historii
28.01.2020 21:39

Komentarzy: 0
W swym jerozolimskim wystąpieniu Władimir Putin wspomniał o białoruskiej wsi Chatyń. Dało to niektórym polskim komentatorom asumpt do snucia przypuszczeń, że jedynym powodem dla którego rosyjski prezydent wplótł ten wątek do swego wystąpienia jest fonetyczne podobieństwo nazwy wioski do Katynia. W takiej interpretacji intencją Putina miałoby być sianie zamętu pojęciowego na użytek niedokształconej zachodniej publiczności. Zapewne wbrew intencjom, ci którzy tak twierdzili dali świadectwo własnej ignorancji, a przynajmniej braku wiedzy na temat toczącej się w tzw. przestrzeni poradzieckiej debacie historycznej.
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Marek Budzisz: Opowiedzmy światu wstydliwą historię antysemityzmu w ZSRR. Oto przykłady
21.01.2020 21:25

Komentarzy: 0
9 maja 2018, w wielkiej manifestacji, jaka przeszła ulicami Moskwy w związku z obchodami uroczystości tzw. nieśmiertelnego pułku, wziął udział, idąc zresztą na czele pochodu, izraelski premier Binjamin Netanjahu. Niósł on, podobnie jak wszyscy jej uczestnicy wizerunek jednego z bohaterów II wojny światowej. W jego przypadku był to konterfekt Wolfa Wileńskiego. Jako, że w dyplomacji nic nie dzieje się przypadkowo, a w rosyjskiej szczególnie, warto poświęcić nieco uwagi losom tego weterana.
Czytaj więcej