Marcin Królik: Być jak Lee Child, być jak Marek Nowakowski

Co by było, gdyby Nowakowski urodził się w Chicago, Los Angeles albo Nowym Jorku? Mówiono by na niego nie „Marek”, lecz „Mark”, a jego bohater nie miałby na imię Benek, tylko Ben. Czujecie tę moc? Czujecie, jak to światowo brzmi? Od razu chce się czytać!


Jeden zmarł pięć lat temu. Odszedł kompletnie zapomniany, jeśli nie liczyć szeroko pojętej prawicy, do sympatyzowania z którą popchnęła go surowa ocena polskiej rzeczywistości po okrągłym stole. Prawica, pomimo coraz bardziej sprzyjających jej wiatrów, w 2014 roku była jednak wciąż w kulturowej i medialnej defensywie, toteż i nie dziwota, że poza jej obiegiem ograniczono się jedynie do lakonicznych notek informacyjnych. Dzisiaj autor „Księcia nocy” doznaje spóźnionej pośmiertnej rehabilitacji. Mówi się i pisze o nim w mediach, a chyba rok temu Iskry wydały zbiór najlepszych jego opowiadań.

Drugi tworzy, choć może bardziej adekwatne byłoby określenie „produkuje”, bestsellerowe kryminały, tłumaczone na wiele języków i sprzedawane w milionowych nakładach. Stanowi kwintesencję wszystkiego, czym tabuny polskich (i zapewne nie tylko polskich) grafomanów snujących się po internecie pragnęłyby być, ale nigdy nie będą. Raz przemknął przez nasz kraj w ramach promocji swojej powieści „Nocna runda”. Z tej okazji udzielił kilku wywiadów, w których z asertywnością charakteryzującą ludzi sukcesu przechwalał się, że wie, co kręci czytelników, i że po wyrzuceniu z telewizji żona dała mu rok na rozpoczęcie kariery, co w różnych wariantach – u Deana Koontza było to, zdaje się, pięć lat – już słyszeliśmy.

Lubię obu. Choć oczywiście każdego z innych powodów. Childa czytuję – tak, przyznaję się – gdy chcę odpocząć od trudnych spraw. Przy okazji muszę się przyznać, że w kryminałach i sensacji – których to gatunków, przynajmniej w wersji książkowej, jakoś nigdy szczególnie nie poważałem – zacząłem tak naprawdę gustować dzięki pracy w radiu. I proszę się tutaj absolutnie nie dopatrywać żadnego drugiego dna albo ukrytych sugestii, że marzyło mi się ukatrupienie kogoś. Po prostu potrzebowałem odskoczni. A że z fantastyki wyrosłem i mój akcent przesunął się ku realizmowi – tak, zdaję sobie sprawę z umowności tego pojęcia w odniesieniu do rzeczonej literatury – kryminały przyszły jak znalazł.

Nowakowskiego „liznąłem” w szkole i później, nieco szerzej, na polonistyce. W podręczniku do klasy maturalnej były fragmenty „Raportu o stanie wojennym”. Na studiach omawialiśmy jeszcze kilka innych rzeczy, lecz już dokładnie nie pamiętam co. Dla siebie Nowakowskiego odkryłem dopiero po jego śmierci. Sięgnąłem wówczas – zupełnie na chybił trafił – po „Dwa dni z aniołem” i... wsiąkłem na dłużej. Zachwycił mnie minimalizm formy przy równoczesnej bystrości spojrzenia i prymat artyzmu nad obecnym tam pierwiastkiem publicystycznym. W różnych okresach twórczości Nowakowskiego różnie z proporcjami tych czynników bywało, ale niezmiennie stanowiły rdzeń jego pisarstwa.

A skąd tak nagle wzięło mnie na tego typu zestawienia? Poniekąd chyba wynika to z moich powracających co jakiś czas dywagacji o napięciu między eskapizmem i zaangażowaniem. Child i Nowakowski w pewnym sensie symbolizują te przeciwstawne aspekty mojej duszy. Są jak gdyby obrazem toczącego się w niej konfliktu. Podczas gdy jeden kładzie nacisk na rozrywkę i wręcz ostentacyjnie odżegnuje się od czegokolwiek ponad nią, drugi całą swoją postawą – tak twórczą, jak i życiową – wskazuje, że literatura ma rację bytu jedynie wtedy, gdy nie zamyka się na rzeczywistość i nie zatraca na nią wrażliwości.

Przy czym – żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie idzie mi tu o jakiś postulat programowego zaangażowania pisarza w komentowanie i analizowanie świata wokół niego. Na przykład w takim ujęciu, jak swojego czasu formułowali to niektórzy lewicowi krytycy, dla których nawet kolor skarpet czy to, co jadłeś na śniadanie – o twórczości już nie wspominając – jest polem walki o lepszy świat. Pamiętam zresztą taką dyskusję wiele lat temu we Wrocławiu, w której Jerzy Sosnowski bronił autonomii pisarza – i literatury w ogóle – przed zakusami pragnącej wciągnąć ją za wszelką cenę do wojny Kingi Dunin.

Nowakowski z pewnością taki nie był. Choć może po części był, bo jednak – z racji na czas, w jakim debiutował, tudzież środowisko tzw. pokolenia „Współczesności”, w jakim się wtedy obracał – wyczulenie na rzeczywistość oraz potrzeba jej portretowania zapewne stanowiły dla niego ważne kryterium. Nawiasem mówiąc, na ironię losu w tym kontekście zakrawa, iż twórca pojęcia „Pokolenie Współczesności” Jan Błoński zarzucał wchodzącym w jego skład artystom bezideowość i tejże współczesności mitologizowanie. Lecz w gruncie rzeczy nie o to mi idzie.

O co więc? O to samo, co zawsze – o powód, dla którego wkręcasz kartkę do maszyny lub odpalasz edytor. W to, że pisarz coś MUSI, że ma jakąś dziejową, poruczoną przez Historię powinność wobec ludzkości, Nowakowski chyba nigdy nie wierzył. Jednak wierzył, że może pokazać świat wokół siebie. Tylko znowu – nie dlatego, że ktoś mu ten obowiązek włożył na barki niczym jarzmo, ale dlatego, że sam chciał, że to wypływało wprost z jego osobowości i takich, a nie innych warunków, jakie ją ukształtowały. Child to zupełnie inna bajka. On chce umilać ci czas w pociągu, sprawiać, byś choć na chwilę odleciał od bolączek codzienności. I to też jest w porządku, a moje naświetlenie obu strategii nie jest próbą ich wartościowania.

Trudno tu zresztą o idealne wyważenie. Dla mnie osobiście niedościgłym wzorem pod tym względem i tak pozostanie Stanisław Lem, któremu – jako jednemu z niewielu znanych mi autorów – udało się skutecznie połączyć walory czysto komercyjne z warstwą filozoficzną. Niby mówi się, że współczesne kryminały też zdradzają jakieś pretensje komentatorskie, a i ja jestem zdania, że w popkulturze nie powinno się uciekać od poważniejszych spraw, ale z drugiej strony nic na siłę. Child sprawdza się jako złodziej czasu i nie wymagajmy od niego szat mędrca czy reportera, tak jak od Nowakowskiego nie oczekujmy rozrywki.

Istnieje wszak coś, co ich łączy i pod czym obaj by się podpisali – jeden zupełnie otwarcie, z tym swoim niewiarygodnie przeszywającym wejrzeniem marketingowca, drugi skrycie, jak stropiony klient agencji towarzyskich, który każdej niedzieli przy konfesjonale przyrzeka, że nigdy więcej. A tym czymś jest mianowicie pragnienie sławy. Pokażcie mi pisarza, który się nim nie cechuje, a bez marudzenia wypije cały zapas tej wstrętnej herbatki, co to Luba mi ją sprawiła na obniżenie cholesterolu. Zwrócił na to uwagę Krzysztof Masłoń we wstępie do wspomnianego wyboru opowiadań Nowakowskiego, zauważając, że czego jak czego, ale akurat sławy zaznał on w stopniu raczej ograniczonym.

Po prostu, kolokwialnie ujmując, niewygodny był. Komentowali go głównie krytycy związani z prawicą, co zarówno tych kilka lat temu, jak i na dobrą sprawę teraz równa się wilczemu biletowi na Olimp. Z kolei ci związani z tzw. Salonem, który choć stracił nieco rezon, wciąż ma decydujący głos przy namaszczaniu – zwłaszcza poza granicami Polski – w najlepszym razie łaskawie odnotowywali kolejne tomy prozy Nowakowskiego, nie omieszkując przy tym wytykać mu różnych kiksów. On sam ze swoim nieprzejednaniem też przecież nie pomagał.

I to prowadzi mnie do kolejnej komparatystycznej konstatacji, tym razem dotyczącej czysto ludzkiego wymiaru losów pisarzy i nierównych szans, jakie daje nam geografia. Dobrze ujął to niegdyś Big Cyc w piosence o Woodym Allenie. Jak to dokładnie leciało? „Woody Allen to miał szczęście, że urodził się w tych Stanach, bo nad Wisłą chlałby czystą i miał tylko jeden krawat.” No tak, Lee Child – a właściwie, by być precyzyjnym, Jim Grant („Child”, jak mówił w wywiadach, to po to, by w bibliotekach się ludziom wygodniej sięgało) – urodził się w UK, ale brak bariery językowej błyskawicznie zrobił z niego Amerykanina.

A co by było, gdyby Nowakowski urodził się w Chicago, Los Angeles albo Nowym Jorku? Mówiono by na niego nie „Marek”, lecz „Mark”, a jego bohater nie miałby na imię Benek, tylko Ben. Ben The Flower Dude. Czujecie tę moc? Czujecie, jak to światowo brzmi? Od razu chce się czytać! Oczywiście gdyby tam pisał tak, jak pisał tu, też nie miałby poklasku i kasy porównywalnych z Childem, ale być może stawiano by go w jednym szeregu z... bo ja wiem? Raymondem Carverem? A jakiś Robert Altman czy Gus van Sant kręciliby na bazie jego opowiadań filmy, które robiłyby furorę w Sundance i zachwycaliby się nimi w „Polityce” i „Wyborczej”. A tak? Dupa.

Z drugiej strony weźmy takiego Childa. Gdyby był Polakiem i opublikował kryminał z akcją umiejscowioną w Stanach Zjednoczonych oraz bohaterem nazywającym się Jack Reacher, wszyscy pękliby ze śmiechu. Z kolei gdyby swojego bohatera nazwał Jacek Sięgalski czy jakoś tak, a amerykańskie bezdroża zamienił na Mazury, to może nawet zrobiłby jakąś tam mini karierę, może nawet coś na miarę Zygmunta Miłoszewskiego, ale nikt poza Polską nie chciałby tego tknąć. Po co, skoro mają tylu własnych?

Niby mówi się, że każdy przychodzi na świat tam, gdzie się najlepiej spełni, ale ja myślę, że to nie zawsze jest prawda. Czasem tę cholerną grę obsługuje ślepy lub wyjątkowo złośliwy krupier. Czasem życie to po prostu zwykła tania dziwka zarażona syfem. Czasem naprawdę aż chce się wyć. A z drugiej strony – jak to mówi porzekadło – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a trawa zawsze jest bardziej zielona po tej stronie, na którą akuratnie patrzysz. Tak już po prostu jest. I Nowakowski chyba to wiedział.

Marcin Królik

Fot Screen z YouTube


 

POLECANE
Emmanuel Macron: Potrzebujemy więcej chińskich inwestycji z ostatniej chwili
Emmanuel Macron: Potrzebujemy więcej chińskich inwestycji

– Chiny są mile widziane, ale potrzebujemy więcej chińskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie – mówił we wtorek w Davos prezydent Francji Emmanuel Macron.

Sułtan Erdogan i tureckie mocarstwo z ostatniej chwili
Sułtan Erdogan i tureckie mocarstwo

Ostatnie wydarzenia w Syrii, gdzie Kurdowie ponoszą z rąk armii rządowej porażkę za porażką to kolejny powód do triumfu Turcji. Od początku wojny domowej u południowego sąsiada głównym celem Ankary było zniszczenie autonomii kurdyjskiej, którą Turcy uważają za przedłużenie zwalczanej jako terrorystyczna organizacji PKK na własnym podwórku. Jeśli obecny konflikt zakończy się ostateczną klęską syryjskich Kurdów, Recep Tayyip Erdogan będzie mógł odtrąbić kolejny sukces w tej części świata. Co więcej, Turcja wiedzie się nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie, ale też z powodzeniem realizuje ona swe mocarstwowe plany w bardziej odległych regionach, choćby w Afryce.

Trump: Rada Pokoju może zastąpić ONZ z ostatniej chwili
Trump: Rada Pokoju może zastąpić ONZ

Prezydent USA Donald Trump powiedział we wtorek, że tworzona przez niego Rada Pokoju może zastąpić Organizację Narodów Zjednoczonych. Stwierdził jednak, że chce, by ONZ kontynuowała działalność i zrealizowała swój potencjał.

Poważna awaria. PKP wydało pilny komunikat z ostatniej chwili
Poważna awaria. PKP wydało pilny komunikat

Z powodu awarii sieci trakcyjnej na stacji w Zbąszynku w powiecie świebodzińskim, do której doszło we wtorkowe popołudnie, wstrzymano ruch na linii kolejowej nr 3 łączącej Poznań z Berlinem.

Prezydent spotkał się z prezesem Banku Światowego z ostatniej chwili
Prezydent spotkał się z prezesem Banku Światowego

Prezydent Karol Nawrocki spotkał się we wtorek na marginesie 56. Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos z prezesem Banku Światowego Ajayem Bangą.

Adam Borowski z wyrokiem bezwzględnego więzienia z ostatniej chwili
Adam Borowski z wyrokiem bezwzględnego więzienia

Adam Borowski, legendarny działacz Solidarności, usłyszał wyrok pół roku bezwzględnego więzienia – informuje Telewizja Republika. Borowski ma 70 lat, jest po udarze i choruje na nowotwór.

„Szatańska rewolucja” - wiwisekcja destrukcji cywilizacji łacińskiej tylko u nas
„Szatańska rewolucja” - wiwisekcja destrukcji cywilizacji łacińskiej

Ideologie gender i woke nie wzięły się znikąd, podobnie zresztą jak i ataki na rodzinę i dzieci – wszystko to są narzędzia rewolucji, która niczym potężny walec miażdży świat, który znamy, wartości, którymi się kierujemy i wyznawaną przez nas wiarę. Książka „Szatańska rewolucja” to klucz do zrozumienia procesów zachodzących we współczesnym świecie, które wcale nie są przypadkowe.

Kate Middleton wrzuciła zdjęcie. Lawina komentarzy z ostatniej chwili
Kate Middleton wrzuciła zdjęcie. Lawina komentarzy

Książę William i księżna Kate rozpoczęli wizytę w Szkocji. Opublikowali zdjęcie, które podbiło serca fanów.

PE wstrzymał ratyfikację umowy handlowej zawartej między UE a USA pilne
PE wstrzymał ratyfikację umowy handlowej zawartej między UE a USA

Parlament Europejski wstrzymał ratyfikację umowy handlowej zawartej w ubiegłym roku między Unią Europejską a USA. Przewodnicząca grupy S&D, europosłanka Iratxe Garcia Perez poinformowała dziennikarzy, że istnieje „większościowe porozumienie” między grupami w tej sprawie.

Szefowa rządu Danii: Nie porzucimy Grenlandii. Tworzymy misję na wzór „Baltic Sentry” z ostatniej chwili
Szefowa rządu Danii: Nie porzucimy Grenlandii. Tworzymy misję na wzór „Baltic Sentry”

Premier Danii Mette Frederiksen powiedziała we wtorek, że jej rząd „nie zamierza porzucić Grenlandii”. Na forum duńskiego parlamentu podkreśliła, że Kopenhaga zaproponuje trwałą obecność wojskową w Arktyce na wzór misji „Baltic Sentry” (Bałtycka Straż).

REKLAMA

Marcin Królik: Być jak Lee Child, być jak Marek Nowakowski

Co by było, gdyby Nowakowski urodził się w Chicago, Los Angeles albo Nowym Jorku? Mówiono by na niego nie „Marek”, lecz „Mark”, a jego bohater nie miałby na imię Benek, tylko Ben. Czujecie tę moc? Czujecie, jak to światowo brzmi? Od razu chce się czytać!


Jeden zmarł pięć lat temu. Odszedł kompletnie zapomniany, jeśli nie liczyć szeroko pojętej prawicy, do sympatyzowania z którą popchnęła go surowa ocena polskiej rzeczywistości po okrągłym stole. Prawica, pomimo coraz bardziej sprzyjających jej wiatrów, w 2014 roku była jednak wciąż w kulturowej i medialnej defensywie, toteż i nie dziwota, że poza jej obiegiem ograniczono się jedynie do lakonicznych notek informacyjnych. Dzisiaj autor „Księcia nocy” doznaje spóźnionej pośmiertnej rehabilitacji. Mówi się i pisze o nim w mediach, a chyba rok temu Iskry wydały zbiór najlepszych jego opowiadań.

Drugi tworzy, choć może bardziej adekwatne byłoby określenie „produkuje”, bestsellerowe kryminały, tłumaczone na wiele języków i sprzedawane w milionowych nakładach. Stanowi kwintesencję wszystkiego, czym tabuny polskich (i zapewne nie tylko polskich) grafomanów snujących się po internecie pragnęłyby być, ale nigdy nie będą. Raz przemknął przez nasz kraj w ramach promocji swojej powieści „Nocna runda”. Z tej okazji udzielił kilku wywiadów, w których z asertywnością charakteryzującą ludzi sukcesu przechwalał się, że wie, co kręci czytelników, i że po wyrzuceniu z telewizji żona dała mu rok na rozpoczęcie kariery, co w różnych wariantach – u Deana Koontza było to, zdaje się, pięć lat – już słyszeliśmy.

Lubię obu. Choć oczywiście każdego z innych powodów. Childa czytuję – tak, przyznaję się – gdy chcę odpocząć od trudnych spraw. Przy okazji muszę się przyznać, że w kryminałach i sensacji – których to gatunków, przynajmniej w wersji książkowej, jakoś nigdy szczególnie nie poważałem – zacząłem tak naprawdę gustować dzięki pracy w radiu. I proszę się tutaj absolutnie nie dopatrywać żadnego drugiego dna albo ukrytych sugestii, że marzyło mi się ukatrupienie kogoś. Po prostu potrzebowałem odskoczni. A że z fantastyki wyrosłem i mój akcent przesunął się ku realizmowi – tak, zdaję sobie sprawę z umowności tego pojęcia w odniesieniu do rzeczonej literatury – kryminały przyszły jak znalazł.

Nowakowskiego „liznąłem” w szkole i później, nieco szerzej, na polonistyce. W podręczniku do klasy maturalnej były fragmenty „Raportu o stanie wojennym”. Na studiach omawialiśmy jeszcze kilka innych rzeczy, lecz już dokładnie nie pamiętam co. Dla siebie Nowakowskiego odkryłem dopiero po jego śmierci. Sięgnąłem wówczas – zupełnie na chybił trafił – po „Dwa dni z aniołem” i... wsiąkłem na dłużej. Zachwycił mnie minimalizm formy przy równoczesnej bystrości spojrzenia i prymat artyzmu nad obecnym tam pierwiastkiem publicystycznym. W różnych okresach twórczości Nowakowskiego różnie z proporcjami tych czynników bywało, ale niezmiennie stanowiły rdzeń jego pisarstwa.

A skąd tak nagle wzięło mnie na tego typu zestawienia? Poniekąd chyba wynika to z moich powracających co jakiś czas dywagacji o napięciu między eskapizmem i zaangażowaniem. Child i Nowakowski w pewnym sensie symbolizują te przeciwstawne aspekty mojej duszy. Są jak gdyby obrazem toczącego się w niej konfliktu. Podczas gdy jeden kładzie nacisk na rozrywkę i wręcz ostentacyjnie odżegnuje się od czegokolwiek ponad nią, drugi całą swoją postawą – tak twórczą, jak i życiową – wskazuje, że literatura ma rację bytu jedynie wtedy, gdy nie zamyka się na rzeczywistość i nie zatraca na nią wrażliwości.

Przy czym – żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie idzie mi tu o jakiś postulat programowego zaangażowania pisarza w komentowanie i analizowanie świata wokół niego. Na przykład w takim ujęciu, jak swojego czasu formułowali to niektórzy lewicowi krytycy, dla których nawet kolor skarpet czy to, co jadłeś na śniadanie – o twórczości już nie wspominając – jest polem walki o lepszy świat. Pamiętam zresztą taką dyskusję wiele lat temu we Wrocławiu, w której Jerzy Sosnowski bronił autonomii pisarza – i literatury w ogóle – przed zakusami pragnącej wciągnąć ją za wszelką cenę do wojny Kingi Dunin.

Nowakowski z pewnością taki nie był. Choć może po części był, bo jednak – z racji na czas, w jakim debiutował, tudzież środowisko tzw. pokolenia „Współczesności”, w jakim się wtedy obracał – wyczulenie na rzeczywistość oraz potrzeba jej portretowania zapewne stanowiły dla niego ważne kryterium. Nawiasem mówiąc, na ironię losu w tym kontekście zakrawa, iż twórca pojęcia „Pokolenie Współczesności” Jan Błoński zarzucał wchodzącym w jego skład artystom bezideowość i tejże współczesności mitologizowanie. Lecz w gruncie rzeczy nie o to mi idzie.

O co więc? O to samo, co zawsze – o powód, dla którego wkręcasz kartkę do maszyny lub odpalasz edytor. W to, że pisarz coś MUSI, że ma jakąś dziejową, poruczoną przez Historię powinność wobec ludzkości, Nowakowski chyba nigdy nie wierzył. Jednak wierzył, że może pokazać świat wokół siebie. Tylko znowu – nie dlatego, że ktoś mu ten obowiązek włożył na barki niczym jarzmo, ale dlatego, że sam chciał, że to wypływało wprost z jego osobowości i takich, a nie innych warunków, jakie ją ukształtowały. Child to zupełnie inna bajka. On chce umilać ci czas w pociągu, sprawiać, byś choć na chwilę odleciał od bolączek codzienności. I to też jest w porządku, a moje naświetlenie obu strategii nie jest próbą ich wartościowania.

Trudno tu zresztą o idealne wyważenie. Dla mnie osobiście niedościgłym wzorem pod tym względem i tak pozostanie Stanisław Lem, któremu – jako jednemu z niewielu znanych mi autorów – udało się skutecznie połączyć walory czysto komercyjne z warstwą filozoficzną. Niby mówi się, że współczesne kryminały też zdradzają jakieś pretensje komentatorskie, a i ja jestem zdania, że w popkulturze nie powinno się uciekać od poważniejszych spraw, ale z drugiej strony nic na siłę. Child sprawdza się jako złodziej czasu i nie wymagajmy od niego szat mędrca czy reportera, tak jak od Nowakowskiego nie oczekujmy rozrywki.

Istnieje wszak coś, co ich łączy i pod czym obaj by się podpisali – jeden zupełnie otwarcie, z tym swoim niewiarygodnie przeszywającym wejrzeniem marketingowca, drugi skrycie, jak stropiony klient agencji towarzyskich, który każdej niedzieli przy konfesjonale przyrzeka, że nigdy więcej. A tym czymś jest mianowicie pragnienie sławy. Pokażcie mi pisarza, który się nim nie cechuje, a bez marudzenia wypije cały zapas tej wstrętnej herbatki, co to Luba mi ją sprawiła na obniżenie cholesterolu. Zwrócił na to uwagę Krzysztof Masłoń we wstępie do wspomnianego wyboru opowiadań Nowakowskiego, zauważając, że czego jak czego, ale akurat sławy zaznał on w stopniu raczej ograniczonym.

Po prostu, kolokwialnie ujmując, niewygodny był. Komentowali go głównie krytycy związani z prawicą, co zarówno tych kilka lat temu, jak i na dobrą sprawę teraz równa się wilczemu biletowi na Olimp. Z kolei ci związani z tzw. Salonem, który choć stracił nieco rezon, wciąż ma decydujący głos przy namaszczaniu – zwłaszcza poza granicami Polski – w najlepszym razie łaskawie odnotowywali kolejne tomy prozy Nowakowskiego, nie omieszkując przy tym wytykać mu różnych kiksów. On sam ze swoim nieprzejednaniem też przecież nie pomagał.

I to prowadzi mnie do kolejnej komparatystycznej konstatacji, tym razem dotyczącej czysto ludzkiego wymiaru losów pisarzy i nierównych szans, jakie daje nam geografia. Dobrze ujął to niegdyś Big Cyc w piosence o Woodym Allenie. Jak to dokładnie leciało? „Woody Allen to miał szczęście, że urodził się w tych Stanach, bo nad Wisłą chlałby czystą i miał tylko jeden krawat.” No tak, Lee Child – a właściwie, by być precyzyjnym, Jim Grant („Child”, jak mówił w wywiadach, to po to, by w bibliotekach się ludziom wygodniej sięgało) – urodził się w UK, ale brak bariery językowej błyskawicznie zrobił z niego Amerykanina.

A co by było, gdyby Nowakowski urodził się w Chicago, Los Angeles albo Nowym Jorku? Mówiono by na niego nie „Marek”, lecz „Mark”, a jego bohater nie miałby na imię Benek, tylko Ben. Ben The Flower Dude. Czujecie tę moc? Czujecie, jak to światowo brzmi? Od razu chce się czytać! Oczywiście gdyby tam pisał tak, jak pisał tu, też nie miałby poklasku i kasy porównywalnych z Childem, ale być może stawiano by go w jednym szeregu z... bo ja wiem? Raymondem Carverem? A jakiś Robert Altman czy Gus van Sant kręciliby na bazie jego opowiadań filmy, które robiłyby furorę w Sundance i zachwycaliby się nimi w „Polityce” i „Wyborczej”. A tak? Dupa.

Z drugiej strony weźmy takiego Childa. Gdyby był Polakiem i opublikował kryminał z akcją umiejscowioną w Stanach Zjednoczonych oraz bohaterem nazywającym się Jack Reacher, wszyscy pękliby ze śmiechu. Z kolei gdyby swojego bohatera nazwał Jacek Sięgalski czy jakoś tak, a amerykańskie bezdroża zamienił na Mazury, to może nawet zrobiłby jakąś tam mini karierę, może nawet coś na miarę Zygmunta Miłoszewskiego, ale nikt poza Polską nie chciałby tego tknąć. Po co, skoro mają tylu własnych?

Niby mówi się, że każdy przychodzi na świat tam, gdzie się najlepiej spełni, ale ja myślę, że to nie zawsze jest prawda. Czasem tę cholerną grę obsługuje ślepy lub wyjątkowo złośliwy krupier. Czasem życie to po prostu zwykła tania dziwka zarażona syfem. Czasem naprawdę aż chce się wyć. A z drugiej strony – jak to mówi porzekadło – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a trawa zawsze jest bardziej zielona po tej stronie, na którą akuratnie patrzysz. Tak już po prostu jest. I Nowakowski chyba to wiedział.

Marcin Królik

Fot Screen z YouTube



 

Polecane