Marcin Królik: Kilka zaległych słów o „Miłości i miłosierdziu” przy okazji amerykańskiego sukcesu

Cieszy mnie amerykański sukces „Miłości i miłosierdzia”, bo Faustyna Kowalska w pełni zasłużyła na to, by być szerzej znaną. Film Kondrata, pomimo kilku mankamentów, robi w tym zakresie naprawdę świetną robotę.
/ screen yt
Podczas gdy polskie kina podbija antyaborcyjny dramat "Nieplanowane", w Stanach Zjednoczonych sporą furorę robi nasza produkcja "Miłość i miłosierdzie". Dane, które podało kilka serwisów, są naprawdę imponujące. Film o św. Faustynie debiutował za oceanem pod koniec października i zaliczył tak duży sukces frekwencyjny, że trafił do czołówki tamtejszego box office'u, zajmując drugie miejsce, tuż za fetowanym wszędzie "Jokerem". Podczas pierwszego weekendu wyświetlania historia polskiej zakonnicy zdeklasowała między innymi takie murowane hity jak "Zombieland: kulki w łeb" czy nową wersję "Rodziny Addamsów".

"Nieplanowanych" póki co nie widziałem, choć pewnie, jak każdy porządny kościółkowy prawak, się wybiorę. Natomiast uznałem, że doniesienia zza wielkiej wody to dobry pretekst, by wrócić do filmu Michała Kondrata. Miał on premierę wiosną - mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w USA do kin wchodziła opowieść o Abby Johnson - i, szczerze mówiąc, nie sprawdzałem, czy w tej chwili jest gdziekolwiek do zobaczenia. Dla mnie napisanie o nim to taka trochę zaległa praca domowa, na której wtedy wyłożył się mój słomiany zapał. Teraz, gdy "Miłość i miłosierdzie" dostało drugie życie, jest dobra okazja do nadrobienia tego zaniedbania.

Zwłaszcza że swego czasu dość przypadkowo do pójścia na ten film udało mi się nakłonić kilkanaście osób. Miałem pewien - że tak go szumnie nazwę - publiczny występ, podczas którego jakby trochę mimochodem wspomniałem o "Miłości i miłosierdziu", zakładając, że wśród moich słuchaczy raczej wszyscy je widzieli. Okazało się, że jednak nie. Ale podobno mówiłem tak interesująco, że niektórzy z tych, co nie widzieli, się skusili. Jestem, widać, bardziej złotousty, niż myślałem. Ale zanim o samym filmie, pozwolą Państwo, że przytoczę znamienną anegdotkę.

Dariusz Karłowicz napisał kiedyś na portalu "Teologii Politycznej" tekst, w którym wyrażał zdumienie, że zarówno polska nauka, jak i kultura zdają się z premedytacją nie dostrzegać św. Faustyny. Pada tam nawet wymowne określenie "żenujący gigant". Karłowicz zauważa, że trudność konfrontacji z Faustyną jest porównywalna z trudnością, jaką miał wykształcony Grek w rozmowie z którymś z uczniów Chrystusa z Galilei - z kimś nieuczonym, posługującym się barbarzyńską greką, nieznającym Platona, retoryki ani dzieł historyków. Ale czyż to właśnie nie jest tak charakterystyczne dla pewnego typu intelektualistów, do jakich ja sam jeszcze kilka lat temu starałem się aspirować?

Karłowicz opisuje też w tym kontekście, jak pewnego razu jego przyjaciel ksiądz miał okazję zamienić kilka słów z modnym literatem, który rytualnie - jak to nasi zakompleksieni artyści - lamentował nad prowincjonalizmem polskiej kultury. Ksiądz zapytał go, czy wie, jaki polski pisarz jest najczęściej tłumaczony na obce języki. Gombrowicz? Kapuściński? Lem? A może… Tokarczuk? Ano nie, pudło. Ponoć mina tamtego światowca, kiedy dowiedział się, że żaden z nich, bo deklasuje ich św. Faustyna Kowalska - prosta zakonna kuchta, która skończyła ledwie trzy klasy szkoły powszechnej - była nader zabawna.

Dlatego tym bardziej cieszy mnie popularność poświęconego jej filmu. Niepierwszego, przypomnijmy. Wcześniej był dosyć sentymentalny, a miejscami kiczowaty obraz z młodziutką Dorotą Segdą, która - jak przypuszczam - dziś tamtego występu się wstydzi i najchętniej wymazałaby go ze swego portfolio. Choć mogę się oczywiście mylić. Aczkolwiek fakt faktem - ta rola na wiele lat ją naznaczyła, a sama Segda robiła, co mogła, by to piętno z siebie zmazać. Oczywiście film Kondrata jest sto razy lepszy od tamtego - zarówno pod względem podejścia do tematu, jak i formy, w jakiej to czyni - co nie znaczy, że nie mam z nim kilku problemów.

Ale zanim o tym, znów pozwolę sobie na małą dygresję. W jednym z ostatnich numerów tygodnika "Idziemy" znalazłem wywiad z ks. prof. Michałem Hellerem, w którym ów wybitny kosmolog i kapłan w jednej osobie stwierdził, że jednym z powodów laicyzacji jest utrata kontaktu religii z naukowym obrazem świata. Młodzi ludzie - konstatuje - odchodzą od religii nie dlatego, że doszli do wniosku, iż Boga nie ma, lecz dlatego, że sama religia jest w ich poczuciu przestarzała, nie z tej epoki. Jest to - przyznam - bliski mi styl myślenia, bo też uważam, że religia, w ogóle wymiar ludzkiej duchowości, potrzebuje nowego języka. Ba, sam staram się go wykuwać na własną skromną, błądzącą miarę.

A mówię o tym, ponieważ "Miłość i miłosierdzie" odbieram właśnie jako próbę pójścia w tym kierunku. Zostajemy w ten sposób nastrojeni już od początku, gdy na ekranie pojawia się intro z krążącą w kosmosie kulą ziemską, a następnie z przyspieszonym pokazem ewolucji życia od najprymitywniejszych jednokomórkowych organizmów aż po nadejście Chrystusa i jego akt ofiary na krzyżu. Wszystko to zaś komentuje z offu Marcin Troński, czytając lekko zmodyfikowane wyimki z Biblii. Wygląda to naprawdę nieźle i rzeczywiście buduje ten pomost między wiarą i rozumem, który miał na myśli ks. prof. Heller.

Konwencję tę film stara się później podtrzymać, przyjmując formułę fabularyzowanego dokumentu. Czy może raczej fabuły z dokumentalnymi wstawkami. Trudno mi w tej chwili przypomnieć sobie, czego tam było więcej. Ja, ogólnie rzecz biorąc, bardzo ten zabieg lubię, tylko że niestety w "Miłości i miłosierdziu" średnio działa. Fragmenty dokumentalne są jak najbardziej w porządku - są dokładnie takie, jakie powinny być. Problem zaczyna się tam, gdzie do akcji wchodzą aktorzy. Jest ich po prostu za dużo, kreowane przez nich epizody rażą sztucznością - czy wręcz daleko posuniętą umownością - a oni sami zbyt często otwierają usta.

Jeśli zdarza wam się oglądać filmy dokumentalne z fabularnymi wkrętkami, to pewnie zauważyliście, że na ogół te wkrętki są ciche - służą jako ilustracja do tego, co tłumaczy nam lektor. Ich umowność nie razi. W filmie Kondrata niestety jest dokładnie na odwrót. Przez to kompletnie tracimy orientację, czy oglądamy dokument, czy fabułę. Przynajmniej ja miałem taki dysonans. Do tego aktorka grająca Faustynę jest zbyt… jak to ująć? współczesna? Prawdziwa Faustyna raczej nie mogła się w taki sposób wysławiać, o prawdziwym księdzu Sopoćce, urodzonym na dalekich Kresach, nie wspominając. Przez to jeszcze bardziej wzmaga się poczucie teatralności.

Do tego silnie daje o sobie znać grzech główny wielu tzw. chrześcijańskich filmów, czyli przesadna, w niektórych momentach posunięta do granic melodramatyzmu powaga. Co prawda czasami próbuje się ją rozładować humorem, na przykład pokazując, jak Sopoćko i Faustyna wbijają sobie drobne szpileczki, ale w ostatecznym rozrachunku sprawia to, że ogólna aura koturnowości jeszcze bardziej gęstnieje. Niby to nic takiego, a jednak rzutuje na odbiór. Człowiek chciałby jakiejś pogłębionej psychologii, a dostaje ckliwy serialowy sztych fastrygowany dokumentem. Szkoda.

Przy okazji dyskusji o "Nieplanowanych" kwestia formy też jest - jak widzę - podnoszona. I to nawet przez niektórych życzliwych sprawie obrony życia recenzentów. Zarzut sprowadza się mniej więcej do tego, że ranga przesłania wydaje się twórcom tak silna, iż chcą ją za wszelką cenę przepchnąć, nie dbając zanadto o sposób podania, a jedynie wierząc, że prawda jest prawdą, więc sama się obroni. To błędne założenie mści się niestety na wielu produkcjach po tzw. naszej stronie. Jak już nadmieniłem, o "Nieplanowanych" w tym kontekście nie mam na razie podstaw się wypowiadać, jednak w "Miłości i miłosierdziu" jest to zauważalne. Choć też oczywiście nie jakoś natrętnie.

Zresztą być może o pewnych sprawach po prostu nie da się opowiedzieć w bardziej wyrafinowany sposób językiem filmu. A przynajmniej językiem fabuły, będę się bowiem upierał, że gdyby Kondrat konsekwentnie poszedł w twardą dokumentalistykę, jego przedsięwzięciu wyszłoby to tylko na plus. Ale i tak nie jest tragicznie. Kondrat zarysowuje ciekawe możliwości nowoczesnego opowiadania o zagadnieniach wiary i w takich kategoriach zalecałbym "Miłość i miłosierdzie" interpretować - jako ciekawą, choć nie wolną od kilku wad próbę wytyczenia nowej dykcji, nieobciążonej klasycznymi naleciałościami tekstów kultury podejmujących tematykę religijną.

I na koniec muszę poruszyć coś jeszcze, co mocno mnie zaintrygowało. W filmie pojawia się wątek Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego - malarza, do którego ks. Sopoćko zaprowadził Faustynę, by pomógł przenieść na płótno Chrystusa miłosiernego z jej mistycznych wizji. Film daje wyraźnie do zrozumienia, że Kazimirowski nie zmarł śmiercią naturalną, lecz popełnił samobójstwo. Tak się składa, że trochę się jego postacią interesowałem i nigdzie nie natrafiłem na taką informację. Nie wiem, skąd Kondrat ją wziął, choć, rzecz jasna, nie wykluczam, że po prostu nie drążyłem tak głęboko. W każdym razie bardzo mnie to zastanawia.

Reasumując: cieszy mnie amerykański sukces "Miłości i miłosierdzia", bo Faustyna Kowalska w pełni zasłużyła na to, by być szerzej znaną. Film Kondrata, pomimo kilku wypunktowanych przeze mnie mankamentów, robi w tym zakresie naprawdę świetną robotę. Czepiam się, bo jestem od tego, żeby się czepiać, ale zdaję sobie sprawę, że większości normalnych widzów podobne kwestie w ogóle nie obchodzą. Koniec końców liczy się wszak skuteczność przekazu. A ta, jak widać po liczbach, jest na topowym poziomie. Sarkacze i tak będą sarkać. Zostawmy ich. Niech się duszą we własnym sosie.

Marcin Królik


 

POLECANE
Tragedia pod Paryżem. Nie żyje 27-letni polski strażak Wiadomości
Tragedia pod Paryżem. Nie żyje 27-letni polski strażak

W miejscowości Feucherolles pod Paryżem doszło do tragicznego wypadku, w którym zginął 27-letni Polak. Mężczyzna został potrącony przez samochód na drodze D307. Mimo szybkiego dojazdu służb ratunkowych życia poszkodowanego nie udało się uratować.

Ukraina negocjuje plan pokojowy w USA z ostatniej chwili
Ukraina negocjuje plan pokojowy w USA

Delegacja Ukrainy rozpoczęła w USA rozmowy na temat planu pokojowego w celu zakończenia wojny, którą prowadzi przeciwko Ukrainie Rosja – powiadomił w niedzielę sekretarz Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy (RBNiO) oraz przewodniczący delegacji Rustem Umierow. „W Stanach Zjednoczonych rozpoczęło się już spotkanie ukraińskiej delegacji ze stroną amerykańską w sprawie kroków na rzecz osiągnięcia godnego pokoju” – napisał w sieciach społecznościowych.

Rosyjskie samoloty na Bałtykiem. Komunikat DORSZ z ostatniej chwili
Rosyjskie samoloty na Bałtykiem. Komunikat DORSZ

Polskie myśliwce F-16 i MiG-29 w ostatnich dniach wielokrotnie startowały nad Bałtyk, aby przechwycić rosyjskie samoloty lecące bez planów lotu i z wyłączonymi transponderami. Dowództwo Operacyjne RSZ uspokaja: procedury NATO zadziałały wzorowo, a polska przestrzeń powietrzna pozostała nienaruszona.

IMGW wydał nowy komunikat. Prognoza pogody na najbliższe dni Wiadomości
IMGW wydał nowy komunikat. Prognoza pogody na najbliższe dni

Jak informuje IMGW, od Półwyspu Iberyjskiego, przez centralną i południową część Europy, po Rosję rozciągać się będzie obszar wyżowy. Na pozostałym obszarze kontynentu przeważać będą niże z frontami atmosferycznymi. Polska będzie w obszarze podwyższonego ciśnienia, jedynie w północnej połowie kraju zaznaczać się będzie wpływ niżu przemieszczającego się znad Cieśnin Duńskich w rejon Zatoki Botnickiej i związanego z nim chłodnego frontu atmosferycznego. Z zachodu napływać zacznie chłodniejsze powietrze polarne morskie, jedynie południowy wschód pozostanie w cieplejszej masie powietrza.

Wypadek w Warszawie. Auto wypadło na chodnik i ścięło drzewo Wiadomości
Wypadek w Warszawie. Auto wypadło na chodnik i ścięło drzewo

W niedzielę bardzo wcześnie rano na ulicy Wilczej w Warszawie doszło do groźnej sytuacji. Około godziny 4 mercedes prowadzony przez 21-latka wypadł z drogi i uderzył w zaparkowaną toyotę. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Izraelska gazeta uderza w ambasadora USA i pamięć historyczną. „Argumentacja miałka, operowanie półprawdami” z ostatniej chwili
Izraelska gazeta uderza w ambasadora USA i pamięć historyczną. „Argumentacja miałka, operowanie półprawdami”

„Dlaczego wysłannik USA do Polski powtarza skrajnie prawicowy rewizjonizm Holokaustu?” - pyta w tytule artykułu w israelhayom.com Daniel Schatz, odnosząc się do niedawnych słów amerykańskiego ambasadora w Polsce Thomasa Rose o braku polskiego sprawstwa w Holokauście.

Niemieckie media o rosyjskim tropie w zamachu na Nord Stream. Mieli motyw Wiadomości
Niemieckie media o rosyjskim tropie w zamachu na Nord Stream. "Mieli motyw"

Niemiecka gazeta „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” (FAS) opublikowała obszerną analizę dotyczącą śledztwa w sprawie zamachu na gazociąg Nord Stream. Według autorów i cytowanych ekspertów niemiecka prokuratura nie powinna koncentrować się wyłącznie na Ukrainie, ponieważ Rosja również miała silny motyw, by doprowadzić do eksplozji podmorskiej infrastruktury.

Silny wiatr pokrzyżował plany. Konkurs PŚ w Ruce odwołany Wiadomości
Silny wiatr pokrzyżował plany. Konkurs PŚ w Ruce odwołany

Niedzielny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich w fińskiej Ruce został odwołany ze względu na zbyt silny wiatr. Mieli w nim wystartować Kamil Stoch, Kacper Tomasiak, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Paweł Wąsek i Aleksander Zniszczoł. Nie odbyły się również poranne kwalifikacje.

Nowy gwiazdor na radarze Barcelony. Co dalej z Lewandowskim? Wiadomości
Nowy gwiazdor na radarze Barcelony. Co dalej z Lewandowskim?

Forma Barcelony w ostatnich tygodniach pozostawia wiele do życzenia, a cztery porażki z rzędu - z Paris Saint-Germain, Sevillą, Realem Madryt i Chelsea - sprawiły, że klub znalazł się pod presją. Choć zespół odbił się po kompromitującej przegranej 0:3 z "The Blues" i w 14. kolejce La Liga pokonał Deportivo Alaves 3:1, to pytania dotyczące przyszłości drużyny i jej liderów nie zniknęły.

W poniedziałek 17. polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe. Sprawdź, czego będą dotyczyć Wiadomości
W poniedziałek 17. polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe. Sprawdź, czego będą dotyczyć

W poniedziałek w Berlinie premier Donald Tusk razem z członkami swojego gabinetu, m.in. wicepremierem, szefem MSZ Radosławem Sikorskim, weźmie udział w konsultacjach z rządem Niemiec. Omówione zostaną wzajemne relacje, w tym kwestie dotyczące bezpieczeństwa.

REKLAMA

Marcin Królik: Kilka zaległych słów o „Miłości i miłosierdziu” przy okazji amerykańskiego sukcesu

Cieszy mnie amerykański sukces „Miłości i miłosierdzia”, bo Faustyna Kowalska w pełni zasłużyła na to, by być szerzej znaną. Film Kondrata, pomimo kilku mankamentów, robi w tym zakresie naprawdę świetną robotę.
/ screen yt
Podczas gdy polskie kina podbija antyaborcyjny dramat "Nieplanowane", w Stanach Zjednoczonych sporą furorę robi nasza produkcja "Miłość i miłosierdzie". Dane, które podało kilka serwisów, są naprawdę imponujące. Film o św. Faustynie debiutował za oceanem pod koniec października i zaliczył tak duży sukces frekwencyjny, że trafił do czołówki tamtejszego box office'u, zajmując drugie miejsce, tuż za fetowanym wszędzie "Jokerem". Podczas pierwszego weekendu wyświetlania historia polskiej zakonnicy zdeklasowała między innymi takie murowane hity jak "Zombieland: kulki w łeb" czy nową wersję "Rodziny Addamsów".

"Nieplanowanych" póki co nie widziałem, choć pewnie, jak każdy porządny kościółkowy prawak, się wybiorę. Natomiast uznałem, że doniesienia zza wielkiej wody to dobry pretekst, by wrócić do filmu Michała Kondrata. Miał on premierę wiosną - mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w USA do kin wchodziła opowieść o Abby Johnson - i, szczerze mówiąc, nie sprawdzałem, czy w tej chwili jest gdziekolwiek do zobaczenia. Dla mnie napisanie o nim to taka trochę zaległa praca domowa, na której wtedy wyłożył się mój słomiany zapał. Teraz, gdy "Miłość i miłosierdzie" dostało drugie życie, jest dobra okazja do nadrobienia tego zaniedbania.

Zwłaszcza że swego czasu dość przypadkowo do pójścia na ten film udało mi się nakłonić kilkanaście osób. Miałem pewien - że tak go szumnie nazwę - publiczny występ, podczas którego jakby trochę mimochodem wspomniałem o "Miłości i miłosierdziu", zakładając, że wśród moich słuchaczy raczej wszyscy je widzieli. Okazało się, że jednak nie. Ale podobno mówiłem tak interesująco, że niektórzy z tych, co nie widzieli, się skusili. Jestem, widać, bardziej złotousty, niż myślałem. Ale zanim o samym filmie, pozwolą Państwo, że przytoczę znamienną anegdotkę.

Dariusz Karłowicz napisał kiedyś na portalu "Teologii Politycznej" tekst, w którym wyrażał zdumienie, że zarówno polska nauka, jak i kultura zdają się z premedytacją nie dostrzegać św. Faustyny. Pada tam nawet wymowne określenie "żenujący gigant". Karłowicz zauważa, że trudność konfrontacji z Faustyną jest porównywalna z trudnością, jaką miał wykształcony Grek w rozmowie z którymś z uczniów Chrystusa z Galilei - z kimś nieuczonym, posługującym się barbarzyńską greką, nieznającym Platona, retoryki ani dzieł historyków. Ale czyż to właśnie nie jest tak charakterystyczne dla pewnego typu intelektualistów, do jakich ja sam jeszcze kilka lat temu starałem się aspirować?

Karłowicz opisuje też w tym kontekście, jak pewnego razu jego przyjaciel ksiądz miał okazję zamienić kilka słów z modnym literatem, który rytualnie - jak to nasi zakompleksieni artyści - lamentował nad prowincjonalizmem polskiej kultury. Ksiądz zapytał go, czy wie, jaki polski pisarz jest najczęściej tłumaczony na obce języki. Gombrowicz? Kapuściński? Lem? A może… Tokarczuk? Ano nie, pudło. Ponoć mina tamtego światowca, kiedy dowiedział się, że żaden z nich, bo deklasuje ich św. Faustyna Kowalska - prosta zakonna kuchta, która skończyła ledwie trzy klasy szkoły powszechnej - była nader zabawna.

Dlatego tym bardziej cieszy mnie popularność poświęconego jej filmu. Niepierwszego, przypomnijmy. Wcześniej był dosyć sentymentalny, a miejscami kiczowaty obraz z młodziutką Dorotą Segdą, która - jak przypuszczam - dziś tamtego występu się wstydzi i najchętniej wymazałaby go ze swego portfolio. Choć mogę się oczywiście mylić. Aczkolwiek fakt faktem - ta rola na wiele lat ją naznaczyła, a sama Segda robiła, co mogła, by to piętno z siebie zmazać. Oczywiście film Kondrata jest sto razy lepszy od tamtego - zarówno pod względem podejścia do tematu, jak i formy, w jakiej to czyni - co nie znaczy, że nie mam z nim kilku problemów.

Ale zanim o tym, znów pozwolę sobie na małą dygresję. W jednym z ostatnich numerów tygodnika "Idziemy" znalazłem wywiad z ks. prof. Michałem Hellerem, w którym ów wybitny kosmolog i kapłan w jednej osobie stwierdził, że jednym z powodów laicyzacji jest utrata kontaktu religii z naukowym obrazem świata. Młodzi ludzie - konstatuje - odchodzą od religii nie dlatego, że doszli do wniosku, iż Boga nie ma, lecz dlatego, że sama religia jest w ich poczuciu przestarzała, nie z tej epoki. Jest to - przyznam - bliski mi styl myślenia, bo też uważam, że religia, w ogóle wymiar ludzkiej duchowości, potrzebuje nowego języka. Ba, sam staram się go wykuwać na własną skromną, błądzącą miarę.

A mówię o tym, ponieważ "Miłość i miłosierdzie" odbieram właśnie jako próbę pójścia w tym kierunku. Zostajemy w ten sposób nastrojeni już od początku, gdy na ekranie pojawia się intro z krążącą w kosmosie kulą ziemską, a następnie z przyspieszonym pokazem ewolucji życia od najprymitywniejszych jednokomórkowych organizmów aż po nadejście Chrystusa i jego akt ofiary na krzyżu. Wszystko to zaś komentuje z offu Marcin Troński, czytając lekko zmodyfikowane wyimki z Biblii. Wygląda to naprawdę nieźle i rzeczywiście buduje ten pomost między wiarą i rozumem, który miał na myśli ks. prof. Heller.

Konwencję tę film stara się później podtrzymać, przyjmując formułę fabularyzowanego dokumentu. Czy może raczej fabuły z dokumentalnymi wstawkami. Trudno mi w tej chwili przypomnieć sobie, czego tam było więcej. Ja, ogólnie rzecz biorąc, bardzo ten zabieg lubię, tylko że niestety w "Miłości i miłosierdziu" średnio działa. Fragmenty dokumentalne są jak najbardziej w porządku - są dokładnie takie, jakie powinny być. Problem zaczyna się tam, gdzie do akcji wchodzą aktorzy. Jest ich po prostu za dużo, kreowane przez nich epizody rażą sztucznością - czy wręcz daleko posuniętą umownością - a oni sami zbyt często otwierają usta.

Jeśli zdarza wam się oglądać filmy dokumentalne z fabularnymi wkrętkami, to pewnie zauważyliście, że na ogół te wkrętki są ciche - służą jako ilustracja do tego, co tłumaczy nam lektor. Ich umowność nie razi. W filmie Kondrata niestety jest dokładnie na odwrót. Przez to kompletnie tracimy orientację, czy oglądamy dokument, czy fabułę. Przynajmniej ja miałem taki dysonans. Do tego aktorka grająca Faustynę jest zbyt… jak to ująć? współczesna? Prawdziwa Faustyna raczej nie mogła się w taki sposób wysławiać, o prawdziwym księdzu Sopoćce, urodzonym na dalekich Kresach, nie wspominając. Przez to jeszcze bardziej wzmaga się poczucie teatralności.

Do tego silnie daje o sobie znać grzech główny wielu tzw. chrześcijańskich filmów, czyli przesadna, w niektórych momentach posunięta do granic melodramatyzmu powaga. Co prawda czasami próbuje się ją rozładować humorem, na przykład pokazując, jak Sopoćko i Faustyna wbijają sobie drobne szpileczki, ale w ostatecznym rozrachunku sprawia to, że ogólna aura koturnowości jeszcze bardziej gęstnieje. Niby to nic takiego, a jednak rzutuje na odbiór. Człowiek chciałby jakiejś pogłębionej psychologii, a dostaje ckliwy serialowy sztych fastrygowany dokumentem. Szkoda.

Przy okazji dyskusji o "Nieplanowanych" kwestia formy też jest - jak widzę - podnoszona. I to nawet przez niektórych życzliwych sprawie obrony życia recenzentów. Zarzut sprowadza się mniej więcej do tego, że ranga przesłania wydaje się twórcom tak silna, iż chcą ją za wszelką cenę przepchnąć, nie dbając zanadto o sposób podania, a jedynie wierząc, że prawda jest prawdą, więc sama się obroni. To błędne założenie mści się niestety na wielu produkcjach po tzw. naszej stronie. Jak już nadmieniłem, o "Nieplanowanych" w tym kontekście nie mam na razie podstaw się wypowiadać, jednak w "Miłości i miłosierdziu" jest to zauważalne. Choć też oczywiście nie jakoś natrętnie.

Zresztą być może o pewnych sprawach po prostu nie da się opowiedzieć w bardziej wyrafinowany sposób językiem filmu. A przynajmniej językiem fabuły, będę się bowiem upierał, że gdyby Kondrat konsekwentnie poszedł w twardą dokumentalistykę, jego przedsięwzięciu wyszłoby to tylko na plus. Ale i tak nie jest tragicznie. Kondrat zarysowuje ciekawe możliwości nowoczesnego opowiadania o zagadnieniach wiary i w takich kategoriach zalecałbym "Miłość i miłosierdzie" interpretować - jako ciekawą, choć nie wolną od kilku wad próbę wytyczenia nowej dykcji, nieobciążonej klasycznymi naleciałościami tekstów kultury podejmujących tematykę religijną.

I na koniec muszę poruszyć coś jeszcze, co mocno mnie zaintrygowało. W filmie pojawia się wątek Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego - malarza, do którego ks. Sopoćko zaprowadził Faustynę, by pomógł przenieść na płótno Chrystusa miłosiernego z jej mistycznych wizji. Film daje wyraźnie do zrozumienia, że Kazimirowski nie zmarł śmiercią naturalną, lecz popełnił samobójstwo. Tak się składa, że trochę się jego postacią interesowałem i nigdzie nie natrafiłem na taką informację. Nie wiem, skąd Kondrat ją wziął, choć, rzecz jasna, nie wykluczam, że po prostu nie drążyłem tak głęboko. W każdym razie bardzo mnie to zastanawia.

Reasumując: cieszy mnie amerykański sukces "Miłości i miłosierdzia", bo Faustyna Kowalska w pełni zasłużyła na to, by być szerzej znaną. Film Kondrata, pomimo kilku wypunktowanych przeze mnie mankamentów, robi w tym zakresie naprawdę świetną robotę. Czepiam się, bo jestem od tego, żeby się czepiać, ale zdaję sobie sprawę, że większości normalnych widzów podobne kwestie w ogóle nie obchodzą. Koniec końców liczy się wszak skuteczność przekazu. A ta, jak widać po liczbach, jest na topowym poziomie. Sarkacze i tak będą sarkać. Zostawmy ich. Niech się duszą we własnym sosie.

Marcin Królik



 

Polecane