[Tylko u nas] Prof. David Engels: W krainie ostatniego człowieka

Z powodu kryzysu wywołanego koronawirusem minęło już siedem długich miesięcy, odkąd byłem ostatni raz w mojej belgijskiej starej ojczyźnie. Tak długi pobyt w Polsce, w mojej nowej ojczyźnie, nauczył mnie jednak patrzeć na wiele spraw innymi oczami. Krótki powrót na Zachód wiąże się zatem w pewnym stopniu z szokiem kulturowym. Oczywiście wielka to radość, zobaczyć znów dobrze ci znany krajobraz kulturowy Ardenów; zwietrzałe kościoły i zagrody chłopskie, które często pamiętają późne średniowiecze; i oczywiście rodzina. Ale jest też pewien dyskomfort. Ludzie stają ci się coraz bardziej obcy, zwłaszcza gdy porównujesz to z nastrojami, jakich miałeś okazję doświadczyć w Polsce; i jakoś tak nie mogę się powstrzymać od przywoływania na myśl Nietzschego, który w swoim „Ostatnim człowieku” potrafił przewidzieć wiele z tego, co dzisiaj mamy...
 [Tylko u nas] Prof. David Engels: W krainie ostatniego człowieka
Pixabay.com
Ostatni człowiek obecnych czasów nie żyje już w historii. Porusza się - realnie, a jeszcze bardziej metaforycznie - wśród wielkich dokonań swych przodków, którym pozwala jednak często ulegać zniszczeniu, a nawet sam celowo wyburza, zastępując je „bardziej praktycznymi” konstrukcjami ze sklejki, szkła, styropianu i metalu, a które po 30 latach najprawdopodobniej będą już tylko brzydkimi i niebezpiecznymi odpadami. I nie dotyczy to tylko budynków, ale metaforycznie również jego dokonań intelektualnych, które ze względu na wszechobecny żargon, cynizm i relatywizm niewiele mają do zaoferowania przyszłości. Co prawda od czasu do czasu, głównie po to, aby zrobić wrażenie na turystach krajowych i zagranicznych (nie wspominając już o Azjatach), taki czy inny obiekt zostaje odrestaurowany i odpowiednio zaprezentowany, ale rzecz jasna nie bez unieszkodliwienia owych największych zagrożeń, jakie mogłyby ewentualnie wypływać z obcowania z przeszłością, mianowicie duma i podziw. Dlatego wszystko musi być wyjaśnione, i to najlepiej w sposób z lekka humorystyczny, oczywiście edukacyjny, a nade wszystko poprawny politycznie, kontekstualny, wyalienowany, zdekonstruowany, i ogólnie złamany - w końcu zwiedzający musi zdać sobie sprawę, że jego teraźniejszość jest znacznie lepsza od jakiejkolwiek przeszłości. Tylko człowiek średniowieczny mógł myśleć o sobie jako o krasnalu na ramionach olbrzymów: współczesny czuje się owym olbrzymem, który miażdży krasnala przeszłości ciężarem swego oświecenia.

Gdyż ostatni człowiek jest ze wszech miar oświecony. Dlaczegóż to miałby wierzyć, skoro on wie? Dlaczegóż miałby zaprzątać swe myśli jakąś istotą wyższą, skoro sam czuje się bogiem? Naturalnie, nigdy w historii nie było boga, który byłby tak nieszczęśliwy, tak materialistyczny jak ów ostatni człowiek: wszak nie istnieje dlań żadna tajemnica i nie może istnieć; jego horyzont nie jest obietnicą czegoś, lecz zjawiskiem czysto optycznym; transcendencja to nie tylko przesąd, ale wręcz wróg. On wie - ba, on tego chce - że jest tylko prochem i tak też traktuje siebie i innych. A ponieważ obecne życie jest jego jedynym życiem, nie szczędzi wysiłków, aby unikać kontaktu z Najwyższym, aby nie musieć podawać wątpliwość swojego stosunku do świata: wszystkie kościoły są zatem stylizowane lub przerabiane na muzea, wiara zredukowana została do czysto utylitarnego moralizmu, miłość teoretycznie do hormonów, a w praktyce do aktu prokreacyjnego; rodzina zdegradowana do dowolnej liczby osób, które można w każdej chwili dowolnie wymieniać, doświadczenie piękna za sprawą współczesnej estetyki w dużej mierze stało się niemożliwe, a wszelkie formy cierpienia, nawet przy narodzinach i śmierci, zmedykalizowane - krótko mówiąc: ostatni człowiek urządził się w swym środowisku tak rozsądnie i bez patosu, jak to tylko możliwe, i pozostaje niemal całkowicie zamknięty w murach swego intelektu.

Albowiem ostatni człowiek jest ze wszech miar racjonalistą. To, czego chce i potrzebuje, to fakty i liczby. Ma być logicznie i naukowo: każdy wysiłek powinien się opłacać, każda aktywność powinna być opłacona brzęczącą monetą; każde pytanie powinno być wpierw gruntownie przemyślane z punktu widzenia zysku, tak, aby uniknąć wszelkich afektów. Wszystko musi znaleźć swoje wyjaśnienie, najlepiej tak, aby sprawiło, że ​​obserwator poczuje się lepszy, zobaczy swoją przewagę. I wszystko jest wymienne, zastępowalne, nic nie jest wyjątkowe i niepowtarzalne, wszystko się bilansuje, najlepiej z zyskiem: to jest ostateczna zasada wiary ostatniego człowieka. On nie zna czegoś takiego jak ofiara, honor, zaszczyt, duma czy oddanie: co nie przynosi natychmiastowych pożytku, tego się nie podejmuje, robi tylko to, co daje przewagę, i to bez liczenia się z samym sobą i z innymi. W końcu wszystko inne byłoby nierozsądne. A żeby wiedzieć, co jest rozsądne, od tego ma naukowców oraz media.

Ostatni człowiek wierzy w to, co mu wyłuszczają media. Nie dlatego, że ma szczególne zaufanie do dziennikarzy czy nawet ekspertów: w indywidualnych przypadkach i tak pozostają oni zawsze podejrzani, tak jak wszyscy, którzy zdają się posiadać trochę więcej społecznego rozgłosu i skuteczności, co oczywiście ostatni człowiek chciałby mieć dla siebie, gdyż sam istnieje tylko w oczach otaczających go bliźnich. Nie, on słucha mediów tak jak żeglarz obserwuje kierunek wiatru: aby wiedzieć, jaka jest opinia większości, której on też chce być reprezentantem, aby istnieć nadal w oczach sobie równych. Wszelako każda prawda jest względna; on wie, że chodzi tylko o to, aby w odpowiednim momencie wyrazić tę jedynie słuszną prawdę. W nim najbardziej radykalny indywidualizm stał się najbardziej skrajnym kolektywizmem. A ponieważ całym umysłem i wolą dąży do przewidywalności i spokoju, więc aby móc napawać się swoim małym szczęściem nie lubi też kontrowersji, przynajmniej nie wtedy, gdy od początku nie zostało jasno ustalone, kto jest po dobrej, a kto po złej stronie. A rozumie się samo przez się, że ostatni człowiek chce być zawsze po tej dobrej stronie.

Ostatni człowiek nie jest zły, w każdym razie głęboko w to wierzy. I ​​faktycznie, do świadomego czynienia zła brakuje mu energii - w końcu płaci swoim politykom, na których w razie czego może zwalić całą odpowiedzialność za niewykonanie jego bynajmniej nie indywidualnej, lecz zbiorowej woli. Obejmuje to także walkę ze wszystkimi, którzy sprzeciwiają się jego życiowym ideałom: z tymi, którzy za sprawą swych przekonań lub wiary stawiają owe niewygodne i nieprzyjemne pytania, z którymi ostatni człowiek wolałaby się nie konfrontować; z owymi wichrzycielami, którzy mają czelność myśleć poza teraźniejszością, poza tu i teraz, nie na miarę wyłącznie dzisiejszego pokolenia, powodując jedynie kłopoty; z ludźmi owładniętymi ideałami, które ostatni człowiek może uznawać jedynie za irracjonalne. Dlatego trzeba ich wykluczyć z dyskursu politycznego. Oczywiście ów dyskurs powinien być otwarty i pluralistyczny - ale tylko dla takich jak on, dla tych którzy są po tej „właściwej” stronie, nie zaś dla „wrogów” społeczeństwa otwartego, postrzeganych opcjonalnie jako kłamców tudzież niezrównoważonych psychicznie, i jako tacy powinni być ścigani i karani. To, że wszystkie te pojęcia, w zależności od sytuacji, potrafią z dnia na dzień zmieniać znaczenie, nie jest istotne: prawda czy kłamstwo to dla ostatniego człowieka rzeczy zupełnie obojętne; i nie tylko dlatego, że nie posiada on pamięci tego co przeszłe, ale także dlatego, że nie ma przed sobą przyszłości; co więcej, on nie tej przyszłości nie chce: to, co nie jest celowe tu i teraz, nie ma prawa odwracać jego uwagi.

Ostatni człowiek wie przecież - gdyż tego chce - że jest tym ostatnim: każda forma życia pozagrobowego jest mu zatem wstrętna: byłby to przecież kiepski interes - dowód, że zainwestował kapitał w taki sposób, że na koniec coś tam zostało, że nie spożytkował wszystkiego jak należało do cna. Ostatni człowiek nie ma przeszłości, nie ma też przyszłości: taką postawę traktuje on jako „otwartą”, jako oświeconą i wedle takich kryteriów wybiera swoich polityków - tak, aby mogli go łatwo i bezboleśnie prowadzić po linii najmniejszego oporu: od jednego krótkoterminowego zysku ku następnemu, aż paradoksalnie wszystko zostaje zużyte. W głębi duszy może nawet napełniać go satysfakcją to, że jest tym ostatnim, więc nie tylko rezygnuje z zakładania rodziny, ale także w sposób bardzo systematyczny i przekonany o swej progresywności niszczy ostatnie świadectwa własnej kultury i modelu społecznego - poprzez, na przykład, sprowadzanie cudzoziemców w samo centrum swojego kulturowego i cywilizacyjnego dziedzictwa: oczywiście w imię tolerancji i człowieczeństwa, choć tak naprawdę ze wstrętu dla samego siebie i z egoizmu. Bo mówiąc ściśle, ostatni człowiek nie jest konkluzją ani - jak sam sobie często wmawia - początkiem czegoś nowego, lecz raczej zaprzeczeniem człowieczeństwa.

Oczywiście gatunek ostatniego człowieka jeszcze nie zdominował całej Zachodniej Europy - tu i ówdzie wciąż jeszcze trwa opór. Ale jego sposób myślenia zdążył już zainfekować prawie wszystkie dziedziny życia; jest tak głęboko związany z polityką, kulturą, mediami, gospodarką i społeczeństwem, że wyrugowanie tego stanu umysłu z duszy zachodniego Europejczyka wydaje się już prawie niemożliwe bez ryzyka straszliwych konsekwencji dla egzystencji i ducha tej części świata. A jednak: jeśli ten ostatni człowiek nie zostanie szybko powstrzymany i zmieciony z powierzchni ziemi, wcześniej czy później zniszczy siebie i wraz z nim to, co zostało z zachodniej cywilizacji. Niestety, również do Polski przybył już ów ostatni człowiek, chowając się za przesadnymi i moralizującymi pojęciami i imionami, i świętując już swoje pierwsze, a wkrótce być może i ostateczne triumfy. Ale nie jest jeszcze za późno, można mu jeszcze stawić opór - i inaczej niż w Europie Zachodniej, z pełną świadomością tego, jakie miałoby konsekwencje, gdyby udało mu się tutaj na dobre zakorzenić. Oczywiście: walka z ostatnim człowiekiem jest też tą najtrudniejszą, gdyż toczona jest nie tylko co kilka lat przy urnie wyborczej, ale i codziennie, w każdej godzinie, w każdej minucie - w nas samych.

David Engels

Ankieta
Czy Amy Coney Barrett powstrzyma neomarksistów?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Amy Coney Barrett powstrzyma neomarksistów?
Tygodnik

Opinie

Popkultura