REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: Opłakane skutki liberalnego podejścia do imigracji. A Polska?

Spór o praworządność między Polską i Węgrami z jednej strony a Unią Europejską z drugiej, po raz któryś z rzędu wysunął na plan pierwszy sprawę odmiennego podejścia do kwestii imigracji. Ponieważ argumenty są niezwykle złożone i emocjonalnie naładowane, a często też przedstawiane na wiele sprzecznych ze sobą sposobów, należałoby się pokusić o krótki ich przegląd. Argumenty można sprowadzić do trzech podstawowych stanowisk, których granice są oczywiście w pewnym stopniu rozmyte.
upadek cywilizacji [Tylko u nas] Prof. David Engels: Opłakane skutki liberalnego podejścia do imigracji. A Polska?
upadek cywilizacji / Pixabay.com

Pierwsze stanowisko można określić jako umiarkowanie liberalną politykę imigracyjną dziesięcioleci powojennych. Imigrację dałoby się tutaj rozpatrywać pod dwoma podstawowymi kryteriami: z jednej strony mamy obowiązek niesienia pomocy humanitarnej w przypadku uzasadnionych wniosków o udzielenie azylu politycznego, z drugiej zaś konieczność kompensacji wąskich gardeł na wewnętrznym rynku pracy poprzez rekrutację „wykwalifikowanych pracowników” z zagranicy. Pod względem Ideologicznym stanowisko to jest akceptowane ponadpartyjnie od dawna, gdyż wydaje się argumentować w sposób nieideologiczny; a ponieważ w historycznym kontekście tamtych czasów spodziewano się raczej bardzo ograniczonej liczby imigrantów, problem ich integracji w społeczeństwie większościowym prawie się nie pojawiał. Ponadto z góry zakładano, że zarówno wdzięczność za okazaną gościnność azylową czy też możliwość pracy, jak i owa dysproporcja liczb niejako same z siebie zagwarantują  właściwe podejście do tematu, a pomoc państwa, choćby w postaci  kursów językowych, prędzej czy później doprowadzi do udanej integracji, a być może i asymilacji. Asymilacja była bowiem traktowana jako coś oczywistego i nieuniknionego, wychodząc  z założenia o moralnej i cywilizacyjnej wyższości kraju przyjmującego, co wynikało pośrednio z samej decyzji przybysza decydującego się na emigrację. Ta linia argumentacyjna jest typowa dla świata ideologicznego, w którym żył Zachód w latach 60. XX wieku, kiedy to kwestie tożsamości kulturowej znikały niemal całkowicie w obliczu pozornie ponadkulturowego konfliktu pomiędzy liberalizmem a socjalizmem, zaś klasyczne państwo narodowe i opiekuńcze osiągnęły tak wysoki stopień stabilności, dobrobytu i pokoju, że postępująca standaryzacja cywilizacji europejskiej a także westernizacja światów islamu, Indii i Azji Wschodniej, wydawały się procesem nieodwracalnym. Umiarkowanie liberalna polityka imigracyjna dominowała zatem w całej Europie Zachodniej przez całe dziesięciolecia i nadal, przynajmniej formalnie, stanowi podstawę prawodawstwa europejskiego; i nawet w tych krajach, które do tej pory rzadko borykały się z realnymi konsekwencjami imigracji,  na przykład kraje Europy Środkowo-Wschodniej, tego rodzaju ideologia uważana jest wciąż jeszcze za model w dużej mierze nadal obowiązujący, podczas gdy na Zachodzie, przynajmniej w młodym pokoleniu, coraz bardziej ustępuje on miejsca dwóm kolejnym koncepcjom imigracyjnym.

Zanim jednak przystąpimy do ich opisu, musimy najpierw przyjrzeć się konsekwencjom wyżej opisanej postawy. Podczas gdy migracje wewnątrzeuropejskie - na przykład mieszkańców Europy Południowej i Wschodniej do gospodarczego centrum Europy – nie stanowił raczej problemu ze względu na pokrewieństwo kulturowe, fala migracji spoza Europy, preferowana przez umiarkowanie liberalną politykę państw, przyniosła nieoczekiwane skutki. Po pierwsze, kwestia ilości: zatrudnieni tymczasowo gastarbeiterzy z Turcji i Algierii stali się nagle stałymi mieszkańcami i obywatelami, u których chęć posiadania dzieci oraz potrzeba łączenia rodzin zapoczątkowały niewyobrażalną wręcz zmianę populacyjną. W międzyczasie wiele, jeśli nie wszystkie, duże miasta we Francji, w Wielkiej Brytanii, w krajach Beneluksu, a nawet w Niemczech Zachodnich dotkniętych zostało bezprecedensową minoryzacją rdzennej ludności, która nierzadko znalazła się nie tylko w mniejszości względnej, ale i wręcz absolutnej, co w połączeniu z gorszymi warunkami bytowymi w dużej części owych na ogół mniej uprzywilejowanych dzielnic miejskich, doprowadziło do niemal całkowitego wyparcia stamtąd autochtonów i nowego rodzaju apartheidu. Po drugie, całkowicie zawiodły oczekiwania odnośnie integracji, nie mówiąc już o asymilacji nowych obywateli. Przy czym, o ile pierwsze pokolenie prawie całkowicie wtopiło się w zachodnią, liberalną kulturę kraju przyjmującego, o tyle począwszy od drugiego pokolenia, a zwłaszcza  od trzeciego przybyszów rozpoczął się wyraźny regres spowodowany dalszym permanentnym łączeniem rodzin, tęsknotą za własną kulturową tożsamością (niezależną od coraz bardziej autodestrukcyjnego, pogrążonego w  kryzysie egzystencjalnym  Zachodu)  i wreszcie coraz bardziej uproszczonym dostępem do mediów i kultury kraju pochodzenia dzięki nowoczesnym technologiom informacyjnym. Odnosi się to nie tylko do imigracji z krajów czarnej Afryki, ale przede wszystkim z krajów islamskich i prowadzi wprost do trzeciego punktu, mianowicie do radykalizacji islamu jako ideologii holistycznej, obejmującej wszystkie aspekty współżycia społecznego, często odnoszącej się wrogo do chrześcijańskich fundamentów państw zachodnich i niekryjącej urazy do byłych mocarstw kolonialnych; ponadto obciążone wieloma elementami krytyki współczesnego, ultraliberalnego, indywidualistycznego społeczeństwa masowego, krytyki podzielanej zresztą również przez konserwatywnych Europejczyków, co w rezultacie nie tylko uniemożliwia Integrację, ale wręcz ją aktywnie zwalcza (prowadzi to nawet do stale rosnącej konwersji autochtonicznych Europejczyków na islam). Wynikające stąd konflikty: etniczne, kulturowe i społeczne wydają się być zatem czymś nieuchronnym.

Historyczne konsekwencje umiarkowanie liberalnej polityki imigracyjnej prowadzą nas w tym momencie do drugiej z zapowiedzianych postaw, którą określić by można jako lewicowo-liberalną i która wysuwa się na plan pierwszy zwłaszcza w ostatnich dwóch dekadach. Chodzi mianowicie o bezwarunkowe przyjmowanie i witanie z otwartymi ramionami imigrantów z całego świata - i to nie pomimo, lecz właśnie z powodu licznych aberracji, jakie się z tym wiążą i które do pewnego stopnia wykorzystywane są jako argumenty na rzecz jeszcze silniejszej transformacji zachodniego społeczeństwa. Argument ten nie opiera się na klasycznej koncepcji prawa azylowego i migracji ekonomicznej, nawet jeśli ostatecznie wywodzi się z podstawowych zasad liberalizmu i korzysta z jego argumentów legislacyjnych, wynika raczej z samej koncepcji globalizmu, zaprzeczając wszelkim różnicom między ludźmi, narodami i kulturami, czy wręcz  postrzegając je jako szkodliwe wynalazki głównie białych ludzi, takie jak patriarchat, kolonializm, chrześcijaństwo, czy wreszcie kapitalizm,  słowem wszystko, co rozwinęło się na przestrzeni dziejów traktowane jest w najlepszym razie jako zwykły atawizm z „czasów niesprawiedliwości”, zaś wszelkie prawa jednostki: do własności, do szczęścia, do bezpieczeństwa - powinny być mu odmówione, przynajmniej dopóty, dopóki na tym świecie żyje choćby jedna osoba, która z tego powodu czuje się niezasłużenie pokrzywdzona i upośledzona. Ta globalistyczna szkoła nie tylko domaga się absolutnego prawa dla każdego człowieka do swobodnej migracji, naturalizacji i roszczeń socjalnych, ale także konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim wyrosłym na gruncie historii i dotąd uprzywilejowanym formom wspólnoty solidarnościowej, takim jak rodzina, naród, religia czy kultura, które wszystkie należy traktować jako zgoła agentów systemu "ucisku”. W sensie imperatywu różnorodności tylko ludziom spoza Europy przyznaje się prawo do własnych wspólnot kulturowych, co prawda nie na podstawie wewnętrznego uznania i szacunku dla ich wartości, lecz raczej w duchu folklorystycznej redukcji lub jako narzędzia „oporu” wobec białego, patriarchalnego, chrześcijańskiego, kapitalistycznego czy kolonialnego „ucisku”. A to, że rezultatem tego zjawiska jest upadek tradycyjnej solidarności i narastający chaos, nie jest bynajmniej postrzegane jako argument przeciwko rzeczonemu światopoglądowi, wręcz przeciwnie: jako potwierdzenie niesprawiedliwości warunków początkowych i jako „szansa” na rzekomo bardziej sprawiedliwy nowy początek. Pogląd taki wydawać się może nieco „przesadzonym” lub wręcz karykaturalnym - zwłaszcza dla czytelników z Europy Środkowo-Wschodniej - ale w żadnym wypadku takim nie jest, co ujawnia choćby tylko powierzchowne zapoznanie się ze światopoglądem i programem partii lewicowych i zielonych w Europie Zachodniej. Każdy, kto uważa, że jest to stanowisko jakiejś skrajnej mniejszości jest w poważnym błędzie, gdyż zarysowany tutaj punkt widzenia stał się już absolutnie dominującym u przeważającej części elit akademickich, medialnych i politycznych, i stanowi punkt odniesienia również dla tych, którzy go do końca w pełni nie podzielają, ale starają się do niego dopasować, aby nie zostać okrzykniętym „prawicowcem”.

Trzecia postawa pojawiła się w ostatnich latach. Pojawiła w kontrze do opisanych już pozycji lewicowo-liberalnych, sama zaś również odwołuje się do znacznie starszych koncepcji filozoficzno-politycznych i jest chętnie określana przez przeciwników jako „populizm”, a przez swych zwolenników jako „konserwatyzm”. Wprawdzie przeciwstawia się ryzyku pomniejszenia lub wręcz wyparcia własnej kultury przez jedną lub więcej kultur obcych, ale jej podstawa argumentacji wydaje się bardzo niejednorodna. Niektórzy jej reprezentanci odwołują się do romantycznej koncepcji narodu, która zarówno w odniesieniu do polityki zagranicznej jak i ze względu na potrzebę wewnętrznej harmonii powinna pozostawać w pełni homogeniczną: państwo narodowe jest w pewnym stopniu ostatecznym celem historii Europy, a nawet ludzkości i musi zostać za wszelką cenę zachowane. Inni natomiast starają się argumentować co prawda na gruncie liberalnym i materialistycznym, ale w sumie progresywistycznym: inne kultury, przede wszystkim te z Afryki Subsaharyjskiej i islamu, są „gorsze” od naszej zachodniej, dlatego też imigracja ludzi z tego obszaru kulturowego prowadzić musi nieuchronnie do problemów. Jeszcze inni opierają się na koncepcji istnienia co prawda różnych, ale jednak równorzędnych kultur, które jednak są w dużej mierze nie do pogodzenia ze sobą ze względów czysto ideologicznych i których współistnienie musi prędzej czy później doprowadzić do „clash of Civilisations”. Te wszystkie trzy pozycje łączy zatem wspólne odrzucenie masowej imigracji, jednak konsekwencje są zupełnie inne. Bo podczas gdy ta pierwsza chce sprowadzić wszystko do mapy własnego kraju, a tym samym w dużej mierze przeciwstawić się europejskiej integracji, dla drugiej imigracja jest kwestią przyjęcia  zachodniej „technologii kulturowej”, która obejmuje swym zakresem również dobrowolną integrację w liberalnym, permisywnym i w dużej mierze materialistycznym społeczeństwie. Wreszcie to trzecie, krytyczne wobec migracji stanowisko opiera się na esencjalistycznej koncepcji kultury, gdzie własna kultura, rozumiana tutaj jako „chrześcijańsko-zachodnia”, nie jest traktowana ani jako nadrzędna, ani podrzędna wobec innych, ale  jako solidarna wspólnota zasługująca na ochronę, gdzie zintegrowanym może być tylko ten, kto staje się Europejczykiem nie tylko formalnie, ale także dostosowuje się do zachodniej kultury pod względem duchowym. Tutaj kultura imigrantów traktowana jest często ze współczuciem, a niekiedy postrzegana jest także jako ewentualny sojusznik w walce z głównym przeciwnikiem, czyli uniwersalizmem i liberalizmem. Najważniejsze w tym wszystkim jest samo przekonanie, że historycznie uwarunkowana i ukształtowana kultura wiodąca powinna być pod ochroną i nadal organicznie rozwijana, oraz nie powinna ulec rozwodnieniu w „tyglu” liberalizmu i wielokulturowości. Przy czym dokonuje się ostrego rozróżnienia pomiędzy imigracją z krajów kulturowo kompatybilnych wobec  chrześcijańsko-zachodniej  Europy i tej pochodzącej z kultur pozaeuropejskich. Sprawia to, że bardziej zrozumiałe stają się historyczne ideały stojące  za tymi trzema odmiennymi wyobrażeniami: klasyczne państwo narodowe końca XIX wieku dla   tych pierwszych, Europa Zachodnia z lat 80. dla tych drugich (tj. w czasie, zanim ujawniły się wady liberalnej imigracji), i ponadnarodowa, kulturowo konserwatywna zachodnia konfederacja dla tych trzecich.

Jeśli weźmie się pod uwagę, że sytuacja prawna dotycząca migracji jest oparta co prawda na podstawach umiarkowanie liberalnych, ale obecnie interpretowana jest w kategoriach wybitnie lewicowo-liberalnym, podczas gdy konserwatywna krytyka migracji w kontekście europejskim uważana jest za populistyczną i jest przy tym niezwykle rozczłonkowana pod względem treści, łatwo jest zrozumieć, dlaczego aktualny kryzys imigracyjny wydaje się obecnie tak bardzo bezalternatywny. Oczywiście w dłuższej perspektywie polityka umiarkowanie liberalna nie może być reprezentowana w sposób przekonywujący, gdyż jej ideologiczne podstawy stoją w fundamentalnej sprzeczności z jej własnymi konsekwencjami, zaś lewicowo-liberalny radykalizm polityki migracyjnej będzie coraz bardziej budził zaciekły opór. Jednak to, czy krytyka imigracji odniesie sukces w sformułowaniu jednolitej odpowiedzi, tak, aby mogła być postrzegana jako poważna alternatywa, pozostaje na razie pytaniem otwartym, gdyż państwo narodowe, idea postępu i koncepcja kultury wynikają z różnych światopoglądów, które tylko częściowo pozostają zgodne.

A Polska? Nawet jeśli obecny rząd można byłoby z całą pewnością przypisać szkole konserwatywnej krytyki migracji, to jednak z powodu braku dobrego wglądu w rzeczywistość zachodnioeuropejską i biorąc pod uwagę to, że przy tak dużej jednorodności kulturowej kraju nagłe odwrócenie tego stanu rzeczy trudno sobie nawet wyobrazić, wielu obywateli  nadal instynktownie skłania się ku poglądowi umiarkowanie liberalnemu  - moim zdanioem niesłusznie, gdyż Francuzi, Holendrzy czy Belgowie w latach 60. również całkowicie błędnie ocenili konsekwencje swojej polityki imigracyjnej. Tutaj z pewnością ważne byłoby  wyciągnięcie nauki z historii i nie powtarzanie błędów Europy Zachodniej; tym bardziej, że zwolennicy migracji w Polsce otwarcie dziś wzywają do zmiany w kierunku wielokulturowego, różnorodnego i świeckiego państwa i są bezwarunkowo wspierani przez Brukselę i Berlin. Dlatego należy ponownie zastosować następujące zasady: konserwatywne rządy muszą bardziej niż kiedykolwiek starać się uświadamiać swych obywateli o autodestrukcyjnych tendencjach lewicowo-liberalnych sił - poprzez edukację, kreowanie i wspieranie elit oraz mediów, a także ścisłą współpracę z podobnymi ruchami w innych krajach europejskich.
 


Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura