REKLAMA

Marek Budzisz: Uczmy się od Japończyków (i od Turków) jak rozmawiać z Rosją.

Kiedy się analizuje strategię postępowania wobec Rosji warto zwrócić uwagę na politykę Japonii. Jej premier, Abe, również uczestniczył we, właśnie zakończonym, forum ekonomicznym w Petersburgu oraz spotykał się z Władimirem Putinem. Rosyjskie media informują też o podpisaniu między obydwoma krajami 11 dokumentów o współpracy ekonomicznej i cytują japońskiego premiera, który powiedział, że kwestię spornego Archipelagu Kurylskiego trzeba rozwiązać jeszcze za życia tego pokolenia.
 Marek Budzisz: Uczmy się od Japończyków (i od Turków) jak rozmawiać z Rosją.
/ morguefile.com
Przy okazji trochę ironizują spekulując, co to może oznaczać w praktyce, bo przecież osesek, który się właśnie narodził też zalicza się do obecnego pokolenia i jeśli mierzyć w ten sposób, to przyjdzie na rozwiązanie problemu poczekać jeszcze jakieś 80 lat. W rosyjskich mediach można też przeczytać artykuły, których autorzy na serio dowodzą, że u źródeł japońskiego cudu gospodarczego leżała nie pracowitość i pomysłowość tego narodu a rosyjskie złoto. Chodzi o 200 ton wysłanych tam w charakterze zaliczki na zakup broni w 1914 roku, które nigdy do Rosji już nie wróciło i teraz niektórzy rosyjscy publicyści poważnie wywodzą, że to był ten impuls, który rozpędził japońską gospodarkę. Rosjanie, a przynajmniej niektórzy z nich najwyraźniej lubią tego rodzaju teorie, trochę rodem z dowcipów o rosyjskich wynalazcach. Można też przeczytać w niektórych rosyjskich mediach teorię, że u źródeł potęgi gospodarki amerykańskiej leży zakup od Rosji Alaski. I rozumowanie jest tu podobnie logiczne – skoro przed tym faktem Ameryka nie była potęgą, a później się stała to związek jest oczywisty i udowodniony.

Ale wróćmy jednak na ziemię. Cytowani przez media rosyjscy analitycy mówią, iż kontakty z Japonią są rzeczywiście bardzo intensywne, spotkania na szczycie odbywają się regularnie, co kilka miesięcy. Rozmawiają ze sobą liderzy obydwu krajów, rozmawiają ministrowie spraw zagranicznych i obrony. Japonia nie przyłączyła się do fali wydaleń rosyjskich dyplomatów po próbie otrucia Sergieja Skripala, co w Rosji uznaje się za dowód przyjaznego nastawienia. Ale to wszystko. Jeśli idzie o kwestie życiowo ważne dla obydwu stron, to Tokio nie ustępuje nawet na milimetr. W sprawie polityki wobec Korei Północnej opowiada się za polityką amerykańską wobec tamtejszego reżimu, czyli za presją dyplomatyczną, gospodarcza i militarną. Moskwa, przypomnijmy, chciałaby rozmów i negocjacji i jest przeciwna sankcjom a tym bardziej presji wojskowej. Tokio, po ostatniej fali amerykańskich sankcji wstrzymało również zakupy aluminium od wpisanego na „czarną listę” Rus Alu, a chodzi o kontrakty warte 800 mln dolarów rocznie. I wreszcie pozostałe, kluczowo ważne dla Rosji kwestie. Japończycy, póki co, nie inwestują na rosyjskim Dalekim Wschodzie. Projektowany gazociąg z Sachalinu nie powstaje, a plany jego budowy są gotowe. I to mimo tego, że mogliby przecież, jak dowodzą Rosjanie, płacić za otrzymywany gaz znacznie taniej niż obecnie. Obecnie Japonia kupuje głównie skroplony LNG, zarówno ze Stanów Zjednoczonych jak i z państw eksporterów leżących nad Zatoką Perską. Ponoć przepłaca, ale wcale nie spieszy się do wspólnych przedsięwzięć z Rosją. A zawarte właśnie umowy (dokładnie 11) o współpracy gospodarczej, to wyłącznie międzyrządowe memoranda, z których niewiele praktycznego wynika, a przynajmniej nie gwarantują one inwestycji. Warto też zwrócić uwagę na politykę Tokio wobec wspólnych japońsko – rosyjskich inwestycji na spornych wyspach archipelagu Kurylskiego. Wiele jest na ten temat deklaracji, w ubiegłym roku nawet odbyła się misja japońskich biznesmenów badających na miejscu możliwości, są też gotowe projekty inwestycyjne, ale wszystko, jak mówił odpowiadający za Daleki Wschód minister Trutniew, stoi w miejscu. Inwestycji brak. Dlaczego tak jest wyjaśnia wywiad z dyrektorem departamentu europejskiego japońskiego MSZ-u Yasushi Masaki, jaki ukazał się w rosyjskim Kommersancie. Otóż Tokio jest przeciwne jakimkolwiek inwestycjom na Kurylach podmiotów z innych państw. Jego zdaniem winny tam inwestować w pierwszej kolejności firmy z Rosji i Japonii. Przede wszystkim, dlatego, że inwestycje podmiotów trzecich oznaczałyby w praktyce uznanie formalnego i prawnego statusu spornych terytoriów, zgodę na rosyjski system prawny i rosyjską jurysdykcję. Jak widać Moskwa przyjmuje ten punkt widzenia i prowadzi negocjacje z Tokio, nie zabiegając (nawet, jeśli uznamy, że jest w stanie) o inwestycje z innych krajów. Ale to nie koniec. Japoński MSZ argumentuje, że najpierw trzeba wypracować porozumienie, co do formalnego statusu wysp, tak, aby inwestowanie firm z Japonii nie mogło być uznane przez kogokolwiek na świecie za pogodzenie się Tokio z rosyjską przynależnością części archipelagu. I rozmowy trwają, a inwestycji brak, ale na dodatek, Japończycy zablokowali możliwości ściągnięcia innych niźli japońskie podmiotów. Skądinąd wiedzą oni, że czas na szybko wyludniającym się rosyjskim Dalekim Wschodzie działa na ich korzyść, bo starania Moskwy zabiegającej o zatrzymanie migracji, bez ściągnięcia inwestorów, bez ekonomicznej prosperity, są, co najmniej, trudne, jeśli w ogóle możliwe. Jednym słowem Tokio działa zgodnie z zasadą sformułowaną przez jednego z ojców polskiej niepodległości, który bywał w stolicy Japonii, czyli „brać, nie kwitować, żądać więcej”.

W sobotę poinformowano też o podpisaniu umowy między Gazpromem a turecką państwową firmą z tej branży Botas. Zgodnie z oficjalnym komunikatem porozumienie dotyczyć ma budowy naziemnej części gazociągu Turecki Potok. Rzecz idzie oczywiście o część zlokalizowaną w Turcji i mimo, że nie do końca wiadomo jak ma przebiegać gazociąg już się spekuluje, tak przynajmniej podała jedna z niemieckich rozgłośni (to też samo w sobie dość ciekawe), że chodzi o dociągnięcie rury do granicy turecko – bułgarskiej, po to, aby móc wysyłać gaz na południe Europy. Ale jednocześnie zawarto porozumienie w sprawie rozwiązania trwającego sporu dotyczącego cen za rosyjski gaz. Przypomnijmy, spór dotyczy dostaw zrealizowanych w latach 2015 – 2016. Gazprom, współpracujący w Turcji nie tylko z państwowym Botas, ale również z mniejszymi firmami prywatnymi obniżył o 10,25 % ceny dostarczanego im gazu. Takiego samego rabatu zażądał i Botas, ale Rosjanie nie chcieli się na to zgodzić, bo skala dostaw była zupełnie inna i inna też w związku z tym wartość upustu. Sprawa trafiła do arbitrażu, ale teraz Rosjanie odpuścili na całej linii i przyjęli roszczenia. Jak powiedział na jednym z przedwyborczych wieców turecki prezydent Erdogan, uzyskany rabat wart jest miliard dolarów i Turcy dostaną te pieniądze w żywej gotówce. W Rosji nie brak głosów, że w gruncie rzeczy to nic innego, jak zapłata za zgodę Ankary na rozbudowę części lądowej Potoku. Ale warto też przypomnieć, od czego cała sprawa się zaczęła. Otóż w grudniu 2014 roku, czyli zaraz po aneksji Krymu, kiedy Moskwa szukała możliwości wyjścia z dyplomatycznej izolacji odbyło się spotkanie Putin – Erdogan. I właśnie na konferencji prasowej po jego zakończeniu rosyjski prezydent powiedział, że Moskwa obniży cenę dostarczanego Turcji gazu o 15 %.

Dla Gazpromu ta informacja była, jak piszą rosyjskie media, całkowitym zaskoczeniem i wywołała popłoch w centrali koncernu. Co gorsze, firma zaraz stała się przedmiotem nacisków ze strony tureckich firm importujących gaz (nie piszę o podmiotach państwowych), aby i im obniżyć stawki. W efekcie dostały rabat w wysokości 10,25 %, który teraz jest rozszerzony na państwowego tureckiego importera. Jednym słowem mamy niby kompromis. Turcy zrezygnowali z części obiecanej im przez Putina obniżki, ale jak przychodzi, co, do czego to płacą, i to żywą gotówką, Rosjanie. Ale to nie koniec całej sprawy. Jak dowodzą rosyjscy analitycy w najbliższym czasie Turcy wystąpią o kolejne obniżki. Powód jest dość prostu – wzrost cen rynkowych. Otóż w pierwszym kwartale tego roku, jak się szacuje, płacili oni 205 dolarów za 1000 m³, ale ze względu na skokowy wzrost cen ropy (cena gazu jest z nią powiązana) w trzecim kwartale mogą już być zmuszeni płacić 260 dolarów za 1000 m³. I to będzie więcej niźli cena paliwa w zachodnioeuropejskich hubach, co zdaniem rosyjskich ekspertów oznacza, że Ankara już niedługo znów rozpocznie dyskusję o rabatach. Jednym słowem Gazprom znów zapłaci.

Ale cała sprawa się nie kończy, bo pozostaje jeszcze kwestia przedłużenia rury w Bułgarii, czyli zbudowania 100 kilometrowego jej odcinka do Serbii. Dziś połączenie Bułgaria – Turcja istnieje, tylko, że gaz dostarczany jest do Turcji, ale wystarczy tylko odwrócić kierunek. Ostatnie deklaracje bułgarskiego prezydenta w czasie jego niedawnej wizyty w Moskwie trzeba czytać właśnie przez pryzmat tej kwestii. Nie idzie o położenie bezpośredniego rurociągu po dnie Morza Czarnego łączącego Rosję i Bułgarię, bo to projekt mało już realny, ale o targowanie się w kwestii połączenia z Serbią. Warto też przypomnieć, że dziś gaz dostarczany do Bułgarii i do Turcji pochodzi z ukraińskiego tranzytu. Jeżeli zbudowane zostanie południowe obejście, to może to odbyć się kosztem zmniejszenia przesyłu tą droga.

Warto podkreślić. Zarówno Japonia, jak i Turcja, regularnie z Rosją rozmawiają, negocjują, konsultują. Ale nie ustępują. Z żelazną konsekwencją realizują swoje interesy. Nie ustępują w niczym „na zachętę” i dla „poprawy atmosfery”, nie deklarują wspólnoty kulturowej, nie powołują się na historyczne związki (w ich przypadku byłoby to zresztą dość ryzykowne). Prowadzą lub zamierzają prowadzić interesy, ale tylko wówczas, kiedy są one korzystne z ich państwowego, strategicznego punktu widzenia. Zdanie przedstawicieli biznesu mniej tu się liczy. I taki język Moskwa rozumie, może, dlatego, że sama działa w podobny sposób. Inne formuły rozmowy uznaje za oznakę słabości.
 

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura