[Tylko u nas] Płużański: Wiedział, że nie będzie miał pogrzebu. Połknął medalik. 1 marca 1951 - koniec AK

1 marca 1951 r. komunistyczne władze zamordowały w więzieniu mokotowskim w Warszawie członków IV Zarządu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, na czele z prezesem ppłk. Łukaszem Cieplińskim. Przez komunistów został wyklęty, ale dziś wraca w chwale. Bo Jego walka i walka innych Żołnierzy Niezłomnych miała sens.
 [Tylko u nas] Płużański: Wiedział, że nie będzie miał pogrzebu. Połknął medalik. 1 marca 1951 - koniec AK
/ Wikipedia CC BY-SA 3,0 Muzeum Okręgowe w Rzeszowie
38-letni Ciepliński wiedział, że nie będzie miał pogrzebu tylko zostanie wrzucony w tajemnicy do jakiegoś bezimiennego dołu. Dlatego tuż przed śmiercią połknął medalik z Matką Boską. To jak dotąd nie wystarczyło do identyfikacji jego szczątków wydobytych na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie. Szczątków ostatniego komendanta WiN, ale i de facto Armii Krajowej. Bo 1 marca 1951 r. to symboliczny, tragiczny koniec największej polskiej organizacji zbrojnej XX w., fenomenu ukrytego pod nazwami: Służba Zwycięstwu Polski, Związek Walki Zbrojnej, AK, WiN.

"Bądź Polakiem, to znaczy całe zdolności zużyj dla dobra Polski i wszystkich Polaków. (...) Bądź katolikiem, to znaczy pragnij poznać Wolę Bożą, przyjmij ją za swoją i realizuj w życiu” – pisał Ciepliński z celi śmierci w grypsie do swojego synka Andrzejka, którego nigdy nie poznał. „Zrobili ze mnie zbrodniarza. Prawda jednak wkrótce zwycięży. Nad światem zapanuje idea Chrystusowa, Polska niepodległość – a człowiek pohańbioną  godność ludzką – odzyska”. Ciepliński miał rację. Prawda i idea Chrystusowa zwyciężają. Wyklęci przez komunistów żołnierze II RP wracają do świadomości Polaków. Szatański plan wasali Moskwy, aby zatrzeć po nich wszystkie ślady, wymazać ich z historii, nie powiódł się. Nasi żołnierze przetrwali, bo byli Niezłomni. Bo ich walka miała sens.

Chcemy Polski suwerennej

Nie tylko w grypsie ostatniego prezesa WiN kluczowe jest przesłanie o Zmartwychwstaniu Polski i Jej wiernych żołnierzy. Tak samo brzmiały ostatnie słowa wielu bohaterów Niepodległej, skazanych przez Sowietów i ich polskich kolaborantów. Słowa przekazywane rodzinom czy współwięźniom. Mówili, że umierają za wolną Polskę i za wiarę w Boga. W jednej z homilii ks. prał. Józef Maj z kościoła św. Katarzyny na warszawskim Służewie, gdzie komuna też zakopała ofiary swojego reżimu w zbiorowych dołach, mówił: „Ich niezłomność bardzo często była podyktowana nie tylko walką o niepodległość, ale także wiarą w Boga i wiernością Jego prawom”.

Jak pięknie słowa kapłana współgrają z celem powojennej walki, którą tak przedstawiał kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, dowódca 6. Brygady Wileńskiej AK, legenda Podlasia: „My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej! (…) Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny czy na gruzach kochanej stolicy – Warszawy – z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię”.

Zrównana ziemia

W PRL-u nie można było o nich mówić, ale i w III RP Niezłomni długo przebijali się do świadomości Polaków. Komuniści wyrwali nam w ten sposób kawał naszej historii, naszej tradycji. Tradycji insurekcyjnej, heroicznej, bo to, co się działo po 1944 r. trzeba nazwać po imieniu – ostatnim polskim powstaniem zbrojnym. Powstaniem wymierzonym w Sowietów. Dlatego PRL tak metodycznie niszczyła pamięć o tym. Niezłomni mieli zniknąć na zawsze – jakby wojna dla Polski skończyła się w 1945 r., jakby żaden opór przeciwko drugiemu sowieckiemu okupantowi w ogóle nie miał miejsca.

Alojzy Grabicki, naczelnik więzienia mokotowskiego w latach 1945-1954, żonie jednego ze skazanych ujawnił cel działania komunistów: „Po takich zbrodniarzach ziemia musi być zrównana”. Grabicki brał udział m.in. w egzekucji mjr. Zygmunta Szendzielarza, skazanego na osiemnastokrotną karę śmierci. W to, że  „Łupaszka”  przeżyje, wierzyła 17-letnia sanitariuszka 5. Brygady Wileńskiej AK Danuta Siedzikówna, która powiedziała niedługo przed śmiercią: „Lepiej, że ja jedna zginę”. O siebie „Inka” nie dbała: podpisania prośby o łaskę do Bieruta odmówiła, gdyż w piśmie jej koledzy z oddziału zostali nazwani  „bandytami”. A w grypsie do sióstr Mikołajewskich z Gdańska, napisała: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. To kwintesencja niezłomności. Ale też sensu dalszego oporu przeciwko czerwonemu okupantowi.

„Łupaszka” i „Inka” wygrali walkę z komunistycznym zapomnieniem, wyklęciem, barbarzyństwem: ich szczątki zostały odnalezione. Inni bohaterowie – tysiące z nich –  jeszcze czekają, ale doczekają. Bo Prawda i idea Chrystusowa zwyciężają.

Bez względu na konsekwencje

Mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” pytany przez komunistycznego sędziego, dlaczego zamiast ujawnić się, pozostał ze swoimi żołnierzami, odpowiedział: „Byłem związany ze swoimi ludźmi trudem i walką, byłem ich dowódcą. Nie mogłem umyć rąk i zostawić ich jak grupy bandyckie w terenie, bez dowództwa”.

Tak samo ppłk Stanisław Kasznica, ostatni komendant NSZ. Jego siostra Eleonora wspominała: „Ojciec bardzo namawiał Stacha, aby uciekł z Polski. Jeżeli się nie mylę, to nawet organizowano transport lotniczy, by przerzucić go na Zachód. Brat jednak kategorycznie odmówił. Uzasadniał, że nie może się sam ratować i zostawić w Polsce podkomendnych”.

W czerwcu 1946 r. bohater KL Auschwitz rotmistrz Witold Pilecki dostał informację o grożącym mu niebezpieczeństwie. Gen. Andersowi, wzywającemu go z Polski do Włoch, odpowiedział: „Ja stąd nie wyjadę. Ktoś tu musi trwać bez względu na konsekwencje”.

I jeszcze wspomnienie komunistycznego prokuratora Witolda Gatnera, który był obecny podczas egzekucji gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, 24 lutego 1953 r.: „Skazany patrzył mi cały czas w oczy. Stał wyprostowany. Nikt go nie podtrzymywał. Po odczytaniu dokumentów zapytałem skazanego, czy ma jakieś życzenie. Na to powiedział: «Proszę powiadomić rodzinę». (...). Postawę skazanego określiłbym jako godną. Sprawiał wrażenie bardzo twardego człowieka. Można było wprost podziwiać opanowanie w obliczu tak dramatycznego wydarzenia”. Wyklęci przez komunistów Żołnierze Niezłomni – ludzie ze stali. Wierzący w sens jednoznacznej antysowieckiej postawy.

Bez Powstania Warszawskiego?

Czasem słyszymy: Powstanie Żołnierzy Niezłomnych miało sens, ale inne polskie powstania, przede wszystkim Powstanie Warszawskie, traktowane rzecz jasna jako zwieńczenie akcji „Burza” – w żadnym razie. Szczególnie musi dziwić, że takie słowa wypowiadają często jednym tchem te same osoby. Najwyraźniej zapominając też o tym, że w obu powstaniach walczyło to samo wojsko, armia II Rzeczpospolitej, a nawet ci sami żołnierze i dowódcy. Przywołując postać ppłk. Łukasza Cieplińskiego – w ramach „Burzy” brał udział w wyzwalaniu Rzeszowa. AK-owiec, który został WiN-owcem.

Ale wracając do generaliów – przecież walka po 1944 r. miała jeszcze mniejsze szanse na zwycięstwo. Prowadziliśmy ją jeszcze bardziej samotni niż wtedy, gdy w stolicy walczyliśmy z Niemcami. W sierpniu 1944 r. Zachód choć śladowo nam pomógł, co nie miało wpływu na zmianę tragicznego położenia Powstańców, ale później nie miał zamiaru interweniować. Karty zostały rozdane, Europa została podzielona, Polska została sprzedana do sowieckiej strefy wpływów.

Ale Powstanie Warszawskie, tak jak Powstanie Żołnierzy Niezłomnych, miało głęboki sens. Podtrzymało ducha oporu. Utorowało drogę do poznańskiego czerwca 1956 r., czerwca 1976 r., KOR, ROPCiO, WZZ-tów, w końcu do powstania i karnawału Solidarności. Walczyliśmy przeciwko Sowietom i podległym im komunistom od początku do końca czerwonej okupacji, od 1939 do 1989 r. Tej walki nie byłoby nie tylko bez Powstania Żołnierzy Niezłomnych, ale też bez Powstania Warszawskiego.

Wartość walki

Walka, a często ofiara życia żołnierzy II konspiracji niepodległościowej to symbol niezłomnej postawy bohaterów, a także hańby ich oprawców, którzy mordowali polskich patriotów, a potem przez lata zabijali pamięć o nich, nazywając zdrajcami i bandytami, wyrzucając na śmietnik historii. Smutne, że w większości przypadków wina nie spotkała się z karą.  

Jest jeszcze mowa nienawiści wobec Niezłomnych, która wychodzi przede wszystkim ze środowisk oprawców i ich następców. Szczęśliwie jednak to margines dzisiejszej pamięci, tak jak marginalny jest postulat likwidacji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Podniosłe, niczym niezakłócone obchody powstania w getcie warszawskim pokazują, że można mówić o historii bez nienawiści. Pokazują, że heroiczna, choć pozbawiona szans walka ma sens. Tak jak sens miały inne polskie powstania: kościuszkowskie, listopadowe, styczniowe, w końcu Powstanie Warszawskie i powstanie Żołnierzy Niezłomnych. Prof. Henryk Elzenberg tak to ujął: „Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy, w imię której się ją podjęło, ale w wielkości tej sprawy”.

Następca „Zapory” kpt. Zdzisław Broński „Uskok” zdawał się rozwijać tę myśl: „Życie poświęcić warto jest tylko dla jednej idei, idei wolności! Jeśli walczymy i ponosimy ofiary to dlatego, że chcemy właśnie żyć, ale żyć jako ludzie wolni, w wolnej Ojczyźnie”. Te słowa oznaczają sens walki dobra ze złem nawet wtedy, gdy ta walka skazana jest na porażkę. Wielu żołnierzy podziemia wraz z upływem czasu coraz bardziej zdawało sobie sprawę, że III wojna światowa nie wybuchnie, że tej walki nie wygrają, że może nawet zginą.

Łatwo się bić, kiedy zwycięstwo jest pewne. Im trudniej – tym piękniejsza i szlachetniejsza idea. To niezłomna idea ratowania Rzeczpospolitej za wszelką cenę. Idea, w dużej mierze, żołnierzy-straceńców. Dlatego mordowani, wyklinani przez komunistów, dla nas powinni być rycerzami niezłomnymi. Oby Ich legenda trwała w następnych pokoleniach patriotycznych Polaków.

Tadeusz Płużański

Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe