[Tylko u nas] Michał Bruszewski: Sprawa Powstania Warszawskiego, a polityczny realizm

Na salony medialne wróciła dyskusja na temat słuszności lub jej braku w decyzji o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego w 1944 roku. To, że wielka heroiczna bitwa w sercu Europy, która pochłonęła 200 tys. istnień po stronie polskiej pozostaje tematem dla wielu kontrowersyjnym nie powinno dziwić. Natomiast nie wolno wymagać od polityków by ich osobiste przesądy i krytyczne nastawienie do decyzji historycznych poprzedników zawisły nad dzisiejszą polityką. Wręcz przeciwnie, należy wystrzegać się artykułowania głośno takich spraw bo Moskwa i Berlin tylko czekają na to, by dzisiaj rozdrobnić swoją odpowiedzialność za zbrodnię ludobójstwa ze strony III Rzeszy i zbrodnię bierności ze strony ZSRR, które chwyciły niezłomną stolicę w kleszcze.
 [Tylko u nas] Michał Bruszewski: Sprawa Powstania Warszawskiego, a polityczny realizm
Powstanie Warszawskie, żołnierze Kedywu AK, Wikipedia domena publiczna
W przewrotny sposób to dzisiaj zadeklarowani realiści są niczym romantycy, którzy w emocjonujący sposób apelują o osądzenie gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” za ich zdaniem błędny rozkaz do rozpoczęcia Powstania. Z kolei romantycznie nastawieni do historii admiratorzy insurekcji zachowują – być może nieświadomie - realizm polityczny wystrzegając się krytycznych opinii wobec swoich przodków. Sam wobec decyzji wokół wybuchu Powstania Warszawskiego nie jestem pozbawiony krytycyzmu. Choćby okoliczności jej podjęcia przez Bora-Komorowskiego pozostawiają wiele do dyskusji w kwestii analizy sytuacji wywiadowczej. Na kluczową drugą naradę 31 lipca 1944 roku, na której podjęto decyzję by zaczynać godzinę „W” 1 sierpnia, dotarł z opóźnieniem szef wywiadu AK pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki. Nie zaczekano na jego raporty. Paradoksem jest to, iż Armia Krajowa (oraz Narodowe Siły Zbrojne), które miały najlepsze służby wywiadowcze ówczesnego świata (Alianci bez polskiej siatki wywiadowczej byliby ślepi jak dziecię w mgle – wystarczy wspomnieć sprawę rakiet V) nie skorzystały z tego kapitału w tak uzależnionym od informacji momencie. Nie to jest jednak tematem mojego felietonu. Zbójeckim prawem publicystów i historyków – zwłaszcza tych lubujących się w pisaniu popularno-naukowych książek – jest dzielić włos na czworo. Polityk już tego przywileju nie posiada. Jestem zapalonym czytelnikiem wszelkich publikacji idących „pod prąd”, w których autor w odważny sposób odbrązawia polską historię, natomiast jestem o wiele silniejszym zwolennikiem koncepcji by takie kwestie pozostały tylko domeną literatów i nie zostały przeniesione na prawdziwą politykę, zwłaszcza w wymiarze retorycznym. Najgenialniejszy felietonista wytykający ewidentne polskie błędy w historii byłby najfatalniejszym szefem polskiej dyplomacji. Najlepszym przykładem jest wspaniały polski literat Stanisław Cat-Mackiewicz, autor arcy-trafnych tez historycznych, którego polityczna kariera była pasmem niespełnionego potencjału. Cat zostając premierem rządu londyńskiego - co trzeba odnotować z ubolewaniem - sam w końcu ten Londyn porzucił. Piszę te słowa, ponieważ usłyszałem cichutki odgłos dezaprobaty tych, którym nie spodobała się przemowa wygłoszona przez Premiera RP Mateusza Morawieckiego 1 sierpnia na uroczystościach rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Premier stwierdził: „w sytuacji geopolitycznej, w sytuacji na froncie trudno było sobie wyobrazić inną decyzję. Ta decyzja nie tylko była najbardziej logiczna, ale też wynikała z nastrojów ówczesnej Warszawy”. Ponieważ polskie koła dyskusyjne na konserwatywnej części sporu politycznego dzielą się na obóz „realistów” i „romantyków”, a osią sporu kto zalicza się do pierwszej lub drugiej grupy jest stosunek do dwóch postaci historycznych – Józefa Becka i Bora-Komorowskiego to „realistom” taki pogląd Mateusza Morawieckiego się nie spodobał. Problem w tym, iż premierowi Morawieckiemu nie wolno było niczego innego powiedzieć. Tak właśnie przemawia mąż stanu, bez względu do jakiej partii należy. Polityk rządzący krajem nie powinien być specjalistą od dekonstruowania mitów narodowych. Rosyjska prasa tylko czeka na asumpt w postaci polskiego samobiczowania i pedagogiki wstydu. „Skoro sami przyznają, że to błąd to po cóż krasnoarmiejcy mieli się tam krwawić w sierpniu 1944 roku?” – możemy wypatrywać takich głosów w rosyjskiej prasie przy każdej rocznicowej okazji. Skoro błąd był polski to kto jest odpowiedzialny za śmierć tysięcy mieszkańców Warszawy? Pułapka manipulacji tylko czeka. Widzimy to najlepiej przy wykorzystywaniu postaci Józefa Becka przez kremlowską propagandę jako niemalże hitlerowskiego agenta wpływu, co jest wywróceniem kota ogonem do tego stopnia, iż w Polsce często zarzuca się Beckowi właśnie rzecz odwrotną, iż na sojusz z III Rzeszą nie przystał. Kwadratura koła. W sytuacji kiedy polski rząd domaga się słusznych reparacji wojennych od Republiki Federalnej Niemiec oraz, iż geopolityka Władimira Putina opiera się o rewizję historii należy postawić wyraźną granicę między swobodną publicystyką (która pewnie jest potrzebna) i polityczną racją stanu, co wolno a czego nie wolno, publicznie mówić, w przypadku polityków. Dekonstrukcja mitów narodowych nie tylko ma negatywny wpływ na kwestie geopolityczne ale także na politykę wewnętrzną, ponieważ osłabia wspólnotę patriotyczną, tak trudny dzisiaj do ocalenia skarb. 

Nie zgadzam się z opinią, iż wytykanie publicznie takich historycznych błędów przez polityków jest skuteczną lekcją w nauce miłości do Ojczyzny, nie wobec dzisiejszego naporu antycywilizacji, który obserwujemy na każdym szczeblu europejskich państwowości. Spójrzmy jak w innych państwach słowo „naród” zanika, lub też jest traktowane niczym niepoprawna politycznie „obelga”. Powstanie Warszawskie dla młodego pokolenia jest spoiwem o wiele silniejszym niż książki wychodzące spod ręki najwytrawniejszych piór polskich publicystów. Aliści „realiści” będą musieli zacisnąć zęby i przełknąć takie polityczne przemowy, a część zacnych konserwatywnych pisarzy już przestało się specjalizować w pedagogice wstydu. Przypadek? Nie sądzę. Polityk powinien kierować się polskim interesem narodowym – to, z resztą, podkreślają sami „realiści”. Wymaganie od polityka-frontmena by potępiał w czambuł polską historię już realistyczne nie jest. Ci, którzy uważają że byłoby hipokryzją albo istnym Paragrafem 22 aby polityk mówił co innego niż na przykład sądzi o Powstaniu Warszawskim – abstrahujmy chwilowo od wspomnianej przemowy - warto by pamiętali, że mąż stanu zawsze powinien wychodzić ponad własne osądy. Jeżeli one dominują nad jego polityką nie będzie w stanie rozmawiać z wieloma partnerami (bo do któregoś jest uprzedzony), ale także będzie tym samym przez nich rozgrywany (jak Rosja rozgrywałaby na własny użytek zdanie rządzących na temat polskiej historii). Najlepszym przykładem takiego polityka był prof. Lech Kaczyński, który ponad osądy historyczne większości Polaków na temat relacji z Ukraińcami i Czechami, budował z Kijowem i Pragą jak najlepsze relacje. Uważał, iż jest to korzystne dla interesu narodowego i ciężko z taką optyką się nie utożsamiać. Kult Powstania Warszawskiego czy Żołnierzy Wyklętych – tak znienawidzony przez skrajną lewicę jest silnym łącznikiem dla młodych Polaków. 

Jako wzór polityki realnej wskazuje się u Nas, od dziesięcioleci, Wielką Brytanię, a przecież to Brytyjczycy bronili generała Montgomery-ego, suchotnika w krótkich spodniach, który całą winę za fiasko operacji Market Garden zrzucił na generała Sosabowskiego. Neville Chamberlain, który wymachiwał świstkiem papieru chwaląc się, iż rzekomo namówił Hitlera do pokoju nie jest postacią krytykowaną przez Londyn, bo podskórnie mieszkańcy Albionu doskonale wiedzą, że to Chamberlain zepchnął uderzenie III Rzeszy na Czechy a potem Polskę, zamiast od razu dostać pancerną fangą we francusko-angielskie policzki. Kampania norweska Brytyjczyków jest odmalowanym przez angielską historiografię freskiem batalistycznym w którym alianccy komandosi ratują skandynawski naród przed okupacją. Czy jakikolwiek brytyjski polityk stwierdzi, iż flota brytyjska chcąc zablokować dostawy surowców do Niemiec wciągnęła w istocie ten neutralny kraj do celów militarnych III Rzeszy? A gdyby tak premier Boris Johnson wyszedł na mównicę i 1 września komentując wydarzenia II wojny światowej stwierdził, iż „kluczowy był tutaj błąd Chamberlaina” nie tylko zostałby zjedzony żywcem, ale opinia publiczna nie oszczędziłaby nawet sznurówek czy skarpet w grochy. Polityk łatwo może stać się zakładnikiem Kremla i kancelarii Bundesrepubliki, które nie widzą nic złego w napisaniu historii na nowo. A skoro „winny jest Chamberlain”. Niby jest w tych słowach wiele prawdy, ale klasa polityczna w Wielkiej Brytanii unika ich jak ognia. Wielu brytyjskich żołnierzy z korpusu ekspedycyjnego, który trafił do Francji w 1940 roku oceniała politykę Londynu jako arcy-kretyńską. „Armie, które powstaną, odczują boleśnie te zmarnowane ofiary 1940 roku i idiotyczne rządy w latach, które do tego doprowadziły. Wielka Brytania była architektem swoich tragedii przez pierwsze lata wojny. Polityka ugłaskiwania bez poparcia siły okazała się najgłupszą z polityk prowadzonych w obliczu bezwzględnej dyktatorskiej agresji” – wspomina w swojej autobiografii Ron Jeffery, brytyjski żołnierz i członek oddziału wywiadowczego Armii Krajowej. Losy Rona można odnaleźć w jego książce wznowionej w Polsce pod tytułem „Potrójny. Historia brytyjskiego agenta w okupowanej Warszawie”. Mimo takich opinii nikt na Zachodzie publicznie nie pedagogizuje, iż Chamberlain popełnił błąd. A jeśli by tak stwierdził, to może liczyć na pytanie o relatywizowanie odpowiedzialności za wojenne skutki? Pamiętniki żołnierzy czyta się znakomicie, o wiele lepiej niż pełne pauz polityczne przemowy – problem w tym, iż nie ma w tym przypadku, że wspomniane przemowy brzmią tak a nie inaczej. 

Wróćmy do kwestii Powstania 1944 roku i jego późniejszej percepcji. Nie przez przypadek pedagogikę wstydu na przykładzie zniszczonej Warszawy uprawiały władze sowieckiego państwa satelitarnego, czyli PRL-u. Był w tym pierwiastek sugerowania, iż Polakom potrzebny jest knut nad głową bo sami jak mają decydować o własnym losie to popełniają zbiorowe samobójstwo. Ta narracja nie miała nic wspólnego z faktem, czy decyzja o wybuchu Powstania Warszawskiego była słuszna lub nie – liczył się tylko wymiar geopolityczny, który pozwalał trzymać Polaków za mordę sowieckimi rękoma. Oczywiście, jak w każdym z przejawów narzuconej okupacji i z wymiarem mentalno-kulturowym był pewien kłopot, przyniosło to ostatecznie odwrotny skutek do zamierzonego, ponieważ każda cywilizacja – od łacińskiej do indiańskiej – chce sławić imiona (przydomki) bohaterów i pochować ich z godnością. Jest to potrzebą człowieka – takich nas stworzył Pan Bóg. Pieśni o bohaterach są z nami odkąd człowiek odkrył, że struny głosowe służą nie tylko do nawoływania samic do jaskini. Moczarowcy w pewnym momencie próbowali budować swoje wpływy w oparciu o heroiczny warszawski bój, część PRL-wskich elit musiała się przeprosić z weteranami Armii Krajowej. Taki film jak „Kanał” Andrzeja Wajdy do dzisiaj pozostaje jednym z najlepszych, w zasadzie niedoścignionych, obrazów o Powstaniu Warszawskim. To film z niejednoznacznym przekazem, idącym na przekór omawianej pedagogice wstydu. Ten zakratowany boczny właz do kanału, którym nie może uciec Korab wspierany przez Stokrotkę. Już widzą słońce, już czują „zapach” Wisły, dostrzegają drugi brzeg, ale kraty symbolizują więzienie. Stokrotka szepcze na ucho swemu ukochanemu – „tylko nie otwieraj oczu”. A Smukły, który rozminowując wyjście z kanału wisi na drutach kolczastych niczym ukrzyżowany Chrystus? Nie ma sensu nawet tego porównywać z Miastem 44 Jana Komasy, który to film już takiej siły przekazu nie posiada, a jak na standardy kina wojennego pokazuje fałszywie polską nieudolność w walce z Niemcami. Przecież gdyby Powstańcy tak walczyli jak pokazał to Komasa to utrzymaliby się na barykadach nie dłużej niż dwa dni. Profesor Jan Ciechanowski, autor pierwszej krytycznej wobec rozkazu do rozpoczęcia walk w Warszawie książki, który jako nastolatek brał udziału w zrywie stolicy, wspominał kiedyś moment kapitulacji z październiku 1944 roku. Niemcy ustawili kosze, do których Powstańcy wrzucali swoją broń idąc do niewoli. Jeden z niemieckich oficerów, który zobaczył co wrzucają (głównie broń krótką i Mausery, gdzieniegdzie pistolety maszynowe) zapytał wprost – „i Wy tym się broniliście przez tak długi czas?”. Nie mógł uwierzyć, że to był możliwe, skoro oni mieli czołgi i nurkujące bombowce. A to się wydarzyło. Tym, którzy umniejszają zadane Niemcom straty przez Powstańców przypomnę, że przez 63 dni Polacy utrzymywali w szachu najważniejszy węzeł komunikacyjny frontu wschodniego, zniszczyli lub uszkodzili ponad 200 czołgów i pojazdów opancerzonych. Z jaką bronią w ręku? Niektórzy jak Stanisław Pigoń twierdzili, że należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów. Butelki z benzyną, pistolety, rewolwery, rzadziej pistolety maszynowe czy RKM-y – i heroizm którego nie było w żadnej innej bitwie świata w takim natężeniu. Pigoń doskonale wiedział co mówił komentując udział Baczyńskiego w Powstaniu. Ten poeta napisał 500 wierszy i 20 opowiadań, nie był żołnierzem, to wojna uczyniła z niego obrońcę polskości. Zginął czwartego dnia walk, na Placu Teatralnym pod Pałacem Blanka, zastrzelony przez niemieckiego snajpera. Żona Kamila, Barbara, będąc w ciąży, zginęła od ran odłamkach. 14 stycznia 1949 funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa próbowali aresztować Krzysztofa Baczyńskiego. Zarzut: próba zmiany ustroju socjalistycznego siłą. UB-ecy nie chcieli dać wiary temu, gdy mówiono im, że Baczyński nie żyje od lat bo zginął w sierpniu 1944 roku. Aresztowano wówczas hurtem wszystkich żołnierzy „Parasola”. Baczyński był symboliczną postacią pokolenia Kolumbów. To pokolenie właśnie walczyło z niesłychanym heroizmem.

W książkach historycznych najbardziej intrygujące fragmenty to te traktowane zazwyczaj przez czytelnika po macoszemu – przypisy i aneksy. Zapomniana dokumentacja wojskowa z czasu Powstania Warszawskiego pokazuje nam jak skromnymi środkami broniono z powodzeniem powstańczych redut. W książce „NSZ w Powstaniu Warszawskim” Sebastiana Bojemskiego czytamy taki oto zachowany meldunek. „W dniu 15 sierpnia 1944 roku o godz. 18-ej od Pl. Teatralnego w kierunku Bielańskiej npl [nieprzyjaciel – przyp. red] zrobił natarcie dwoma „panterami”, pod ich osłoną kryjąc piechotę. Natarcie to zostało przez nasz pluton bojowy odparte. O godz. 00.30 npl ponowił natarcie na Ratusz w sile 50 ludzi, jednakże został odparty przez nas granatami i butelkami z benzyną. Z ruin rogu ul. Wierzbowej i Senatorskiej o godz. 5-ej npl. wycofał się w głąb Senatorskiej ku Pl. Bankowemu. Dowództwo Plutonu bojowego prosi o konieczne przydzielenie broni pancernej i większą ilość granatów” – pisał „Smok”. „Powiadamiam, że w myśl powyższego meldunku przesyłam 20 granatów” – odpowiedział dowódca Kołodziejski. Co czuł oficer piszący prośbę o granaty? Jak bardzo był dumny gdy jego ludzie z bronią krótką przepędzili Niemców ze wsparciem czołgów? W meldunkach nie ma emocji, ależ jaki to dramatyzm! Widzimy oczami wyobraźni ten oddział młodych chłopców gdy dostają granaty i ta kiełkująca sprzeczność reakcji - dziś wieczór mamy czym się utrzymać, ale co będzie jutro?!

Naszej historii nie potrzeba kolejnej eksplozji krytyki wobec błędów poprzedników (nawet jeśli one miały miejsce, czemu nie przeczę), ale promocji i to na profesjonalnym poziomie. To jesteśmy winni tamtemu pokoleniu, by świat dowiedział się o ich walce. Krytycznych ocen jest już pod dostatkiem. Poważne państwa nie potrzebują tylko silnej armii, nowoczesnej technologicznie gospodarki i dyplomacji ale także polityki historycznej. A świat powinien wiedzieć, że to nie błędy Polaków prowadzą do tragedii ale zbrodnie ludobójstwa niemieckich oraz sowieckich żołnierzy. 

Michał Bruszewski
 

Ankieta
Czy artykuł GW to koniec "kariery" Barta Staszewskiego?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy artykuł GW to koniec "kariery" Barta Staszewskiego?
Tygodnik

Opinie

Popkultura