[Tylko u nas] Agnieszka Żurek: Kraśnik na linii ognia

O Kraśniku, liczącym kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców mieście położonym na Lubelszczyźnie, zrobiło się głośno w całej Polsce. Powód? Uchwała miejskich radnych sprzeciwiających się promocji w ich mieście ideologii LGBT.
Kraśnik [Tylko u nas] Agnieszka Żurek: Kraśnik na linii ognia
Kraśnik / Cezary Krysztopa "Tygodnik Solidarność"

Nagonka na Kraśnik ma charakter specyficzny. Można odnieść wrażenie, że nie tyle chodzi w niej o merytoryczną dyskusję, co narzucenie określonych wytycznych poprzez wyśmiewanie i powielanie fake newsów. 

Fake news idzie w świat
O co poszło? Radni Kraśnika uchwalili półtora roku temu uchwałę orzekającą, że ich miasto będzie wolne od ideologii LGBT. Uchwała, jak podkreśla w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” przewodnicząca Rady Miasta Dorota Posyniak, nie jest aktem prawnym, ale deklaracją ideową.

Być może nikt by jej nawet nie zauważył, jak tysięcy innych uchwał podejmowanych każdego dnia przez rady miejskie. Na scenę wkroczył jednak aktywista Bart Staszewski ze swoimi fake newsami o „strefach wolnych od LGBT”. W wyniku presji część radnych podjęła próbę odwołania przegłosowanej wcześniej uchwały, większość Rady Miasta sprzeciwiła się jednak jej odrzuceniu. – Proponowany projekt był nie do przyjęcia, ponieważ uznawał de facto fake newsa za prawdę i mówił o faktycznej dyskryminacji osób nieheteronormatywnych, co absolutnie nie miało w naszym mieście miejsca – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” Tomasz Saj, radny Kraśnika. 

Podtrzymanie uchwały sprzeciwiającej się promowaniu w mieście ideologii LGBT wywołało ogromną falę hejtu. Można odnieść wrażenie, że ma on na celu odstraszenie ewentualnych naśladowców od trwania przy uchwałach sprzeciwiających się promocji ideologii LGBT. Nagonka na miasto przybrała z czasem monstrualne rozmiary, manifestując się w obrażaniu jego mieszkańców, pisaniu o nich w pogardliwym tonie i powielaniu nieprawdziwych informacji, jakoby mieli oni prześladować mniejszości seksualne i generalnie zachowywać się jak osoby opóźnione w rozwoju cywilizacyjnym. – Nie zasłużyliśmy na to. Jest mi ogromnie przykro, ponieważ wkładamy od lat wiele wysiłku w dbanie o potrzeby naszych mieszkańców, staramy się, aby Kraśnik był miejscem miłym i przyjaznym do życia i to się chyba udaje, a tymczasem nagle dowiadujemy się o sobie strasznych rzeczy, które szkodzą wizerunkowi miasta nie tylko w kraju, ale i za granicą – podkreśla w rozmowie z nami Dorota Posyniak. – Mocno to przeżywamy i obawiamy się, że nagonka na nas będzie miała negatywne skutki np. dla współpracy partnerskiej z belgijskim Riuselede, z którym łączą nas bardzo przyjazne relacje o charakterze już historycznym. To z Kraśnika pochodzili ułani, którzy pod wodzą gen. Stanisława Maczka wyzwalali to miasto. W Ruiselede jedna z ulic nosi zresztą nazwę „Kraśnikstraat”. Była to inicjatywa Belgów w geście wdzięczności dla naszego miasta – opowiada przewodnicząca Rady Kraśnika.

Dorota Posyniak widzi szanse na porozumienie wśród kraśniczan, zwraca jednak uwagę na negatywną rolę przedstawicieli niektórych mediów w całym konflikcie. – My się między sobą dogadamy. Posiedzenia Rady Miasta są kulturalne, spokojne, umiemy ze sobą rozmawiać i szanować wzajemnie swoje poglądy. W samorządzie nie ma miejsca na partyjną politykę – podkreśla przewodnicząca Rady Miasta. – Tym, co może nam zaszkodzić, są fake newsy i szkalowanie wizerunku naszego miasta – tłumaczy. 

Zdaniem Macieja Świrskiego, prezesa Reduty Dobrego Imienia, istnieje zasadniczy rozdźwięk pomiędzy środkami propagandowymi, które zostały użyte przeciwko gminom, które przyjęły rozmaite deklaracje popierające tradycyjne wartości, a skalą propagandowego rozgłosu. – Radni mają prawo uchwalić takie deklaracje, jakie im się podoba i jakie przegłosują. Na tym polega demokracja: jest głosowanie nad jakimś dokumentem, ten dokument się przyjmuje wolą większości i ogłasza. Działa to w obie strony – jeśli komuś dana uchwała się nie podoba, ma prawo przeciwko niej protestować. Po obu stronach muszą być jednak zachowane pewne standardy, szczególnie poszanowanie wolności słowa – podkreśla w rozmowie z nami Świrski, zwracając uwagę na łamanie zasad uczciwej debaty przez Barta Staszewskiego.

– Organizuje on swoją akcję w ten sposób, żeby wprowadzić zachodniego odbiorcę w przekonanie, że deklaracje przyjmowane przez samorządy mają jakieś działanie normotwórcze – a są to tylko deklaracje ideowe samorządów. Wprowadzenie w błąd polega również na używaniu zabiegu rozszerzającego, aby opinia światowa nabrała przekonania, że w Polsce istnieje jakakolwiek segregacja. W uchwale czytamy, że „powiat kraśnicki jest wolny od ideologii LGBT”. Sformułowanie mówi zatem o ideologii, a nie o osobach – zaznacza prezes RDI. – Bart Staszewski używa tymczasem rozszerzającego określenia „strefa wolna od LGBT”, które w percepcji zachodniego odbiorcy ma silne zakorzenienie w tym, co Europa przeżywała przez stulecia i czego kulminacją stał się Holokaust. Istniały tam cykliczne akcje pogromów na Żydach, które np. w Niemczech czy w Austrii odbywały się co kilkadziesiąt lat. Wynikało to z rozmaitych uprzedzeń, ale także ze świadomej polityki książąt niemieckich mających na celu uwolnienie się od długów. I wtedy właśnie stawiano tablice obwieszczające, że dana strefa jest wolna od Żydów – „Judenrein”. To samo robili później Niemcy, kiedy wymordowali jakieś getto. „Strefa wolna od…” kojarzy się w Europie Zachodniej właśnie z tego rodzaju praktykami, a nie z ideologicznymi przepychankami – tłumaczy Świrski.

Wizerunek Polski a jej bezpieczeństwo
Akcja Staszewskiego odniosła skutek. W obronie rzekomo prześladowanych mniejszości seksualnych stanął m.in. Dustin Lance Black, amerykański scenarzysta, reżyser, producent i montażysta filmowy, gej i aktywista na rzecz tolerancji osób homoseksualnych, zdobywca Oscara za najlepszy scenariusz za film opowiadający o działaczu gejowskim. W swoim twitterowym wpisie nakreślił on obraz Polski jako kraju skrajnie homofobicznego, którego jedna trzecia powierzchni to „strefy wolne od LGBT” i w którym mniejszościom seksualnym „odmawia się prawa do egzystencji”.

„Wyrażamy uznanie dla ciężkiej pracy społeczności LGBTI i innych społeczności w Polsce i na całym świecie, jak również dla pracy wszystkich ludzi, których celem jest zapewnienie przestrzegania praw osób LGBTI oraz innych osób stojących przed podobnymi wyzwaniami, a także zapobieganie dyskryminacji, w szczególności tej motywowanej orientacją seksualną czy tożsamością płciową” – napisało w swoim liście 50 ambasadorów i przedstawicieli międzynarodowych instytucji.

W sprawie listu ambasadorów wypowiedział się szef polskiego rządu. „Tolerancja akurat należy do polskiego DNA. Wystarczy prześledzić ostatnią i przedostatnią historię, żeby się o tym przekonać. Nikt nas tolerancji nie musi uczyć, ponieważ jesteśmy narodem, który takiej tolerancji uczył się przez wieki i wiele świadectw tolerancji daliśmy” – powiedział premier Mateusz Morawiecki.

Głos w sprawie praw mniejszości seksualnych w Polsce zabrali także przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i Joe Biden, kandydat Partii Demokratycznej na prezydenta USA. 

„W kwestii LBGT jesteście po złej stronie historii” – oświadczyła w wywiadzie dla Wirtualnej Polski ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher.  „Polska posiada na Zachodzie reputację kraju nieprzyjaznego mniejszościom seksualnym. To się przekłada na niekorzystne decyzje inwestycyjne. Ma również wpływ na sprawy militarne” – dodała. Pytana o to, w jaki sposób można poprawić wizerunek Polski za granicą, amerykańska ambasador odpowiedziała, powielając fake newsa stworzonego przez Barta Staszewskiego: „Na pewno nie pomaga w tym tworzenie «stref wolnych od LGBT». To bardzo obraźliwe”.

– Wypowiedź, że „Polacy znaleźli się po złej stronie historii”, kojarzy nam się jak najgorzej. Tego rodzaju sformułowania były używane przez komunistów w odniesieniu do polskich patriotów, którzy upierali się przy tym, żeby Polska była niepodległa. To komuniści mówili im, że są „po złej stronie historii”, bo racja jest po stronie Związku Sowieckiego, a materializm historyczny wskazuje na przezwyciężenie miazmatów patriotycznych – przypomina w rozmowie z nami Maciej Świrski. – Pani ambasador Mosbacher prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy z tego, co w polskich uszach oznacza to sformułowanie. Misja pani Mosbacher owocuje na razie wzrostem nastrojów antyamerykańskich w tradycyjnie proamerykańskim narodzie, jakim są Polacy – dodaje. Prezes Reduty Dobrego Imienia stawia tezę, że nagonka wizerunkowa na Polskę może wręcz zagrozić jej bezpieczeństwu militarnemu. – Artykuł 5. traktatu NATO jest ściśle polityczny i mówi o tym, że zaatakowanemu członkowi Sojuszu zostanie udzielona wszelka pomoc, łącznie z pomocą zbrojną. Łącznie, a nie przede wszystkim. Żaden polityk, który chce wygrać wybory, nie będzie szedł na wojnę w obronie narodu, który nie cieszy się sympatią jego wyborców. Na tym polega niebezpieczeństwo i szkodliwość akcji pana Bartosza Staszewskiego. Pokazuje on współczesnych Polaków jako ludzi, którzy segregują innych według jakichś kryteriów, stawiając nas tym samym w jednym rzędzie z hitlerowcami. Ta opina bezpośrednio przekłada się na chęć obrony Polski przez sojuszników z NATO. Tak to wygląda z politycznego punktu widzenia i dlatego z całą mocą będziemy działać przeciwko kontynuowaniu tej akcji przez Barta Staszewskiego i wspierać gminy, które walczą nie tylko o swoje dobre imię, ale także o dobre imię Polski

– puentuje w rozmowie z nami szef RDI.

Tekst ukazał się w Tygodniku Solidarność Nr 41


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe