[Tylko u nas] Prof. David Engels: "Fakty są narzędziem opresji" czyli łom "woke culture" w badaniach... starożytności

Po tym, jak w Stanach Zjednoczonych kilka dni temu badacze starożytności (tacy jak Dan-el Padilla Peralta), kierując się polityczną poprawnością zażądali nawet likwidacji własnego fachu, z powodu rzekomo „nierozerwalnego” związku z „białą supremacją” i „mizoginią”, wydaje się jasne, że polit-poprawne myślenie dosięgnęło już także historycznych nauk specjalistycznych. I rzeczywiście: prawie nie ma już nowo powoływanych katedr, które nie zajmowałoby się kwestiami płci, postkolonializmem, migracją czy rasizmem, wskutek czego na wszystkich uniwersytetach obserwujemy obecnie zamieranie „klasycznych” kierunków badań oraz pojawianie się całych generacji zupełnie nowych, całkowicie zideologizowanych politycznie dyscyplin. I o ile w dziedzinach współczesnych tego rodzaju stopniowe przenoszenie punktów ciężkości na takie tematy jak kolonializm, historia mniejszości czy rola kobiet, może mieć pewien sens i otwierać wiele obszarów badawczych i percepcji na te aspekty, które dawniej spychane były na margines, o tyle takie siłowe wtłaczanie motywowanych ideologicznie zagadnień w obszar badań nad starożytnością wydaje się po wielokroć bardziej problematyczne i jest wielce prawdopodobne, że doprowadzi raczej do bardzo poważnych, długotrwałych deformacji, niźli do rzeczywistych zysków o charakterze poznawczym.
/ Pixabay.com

Po pierwsze kwestia źródeł. W odniesieniu do starożytności  są one często tak złe i mało wiarygodne, że nawet fundamentalnych pytań z zakresu ogólnej historycznej faktografii nie da się  dobrze zrekonstruować, a jeśli to z wielkim trudem. Stąd też włączanie tu takich kwestii, jak rzekomy „rasizm strukturalny”, zgodnie z „konstrukcją gender” czy też temat „migracji” w większości przypadków nie ma najmniejszego sensu lub prowadzi wręcz do deformacji na ogromną skalę, nie mówiąc już o licznych absurdach. Było to widoczne już w czasach marksistowskich, kiedy jednostronne spojrzenie na ekonomię starożytną z punktu widzenia „społeczeństwa właścicieli niewolników” uniemożliwiało szersze spojrzenie na różnorodność i bogatą ewolucję starożytnych systemów ekonomicznych. Coś podobnego grozi nam dzisiaj, gdy próbuje się zrozumieć niemal zapomniane już epoki starożytności wyłącznie przez pryzmat „ucisku” „mniejszości” i „białego” patriarchatu.

Inny problem dotyczy światopoglądów panujących w dawnych kulturach. Pod wieloma względami są one tak zasadniczo odmienne od naszych, że w wielu przypadkach rzutowanie na nie bieżących problemów społecznych, a tym samym sugerowanie jakiejś porównywalności, której przecież albo nie ma, albo wręcz odciąga nas od  rzeczywistych problemów i kieruje w stronę problemów w dużej mierze wyimaginowanych,  jest nie tylko anachroniczne, ale i całkowicie niesłuszne. Dotyczy to w szczególności kwestii rasowych, które w naszej literaturze starożytnej nie odgrywają prawie żadnej roli, podczas gdy w obecnych politycznie zaangażowanych badaniach są one coraz częściej wprowadzane do źródeł za pomocą łomu - z absurdalnym  skutkiem, że starożytność postrzegana jest przez niektórych jako cywilizacja fundamentalnie "rasistowska”, podczas gdy inni (np. Martin Bernal, autor „Czarnej Ateny”) równie absurdalnie starają się ją zdegradować do jakiegoś peryferyjnego odgałęzienia rzekomo „afrykańskich” kulturotwórców, po to, by owo rzekomo „eurocentryczne” i oczywiście naganne spojrzenie na starożytność  zastąpić nowym, oczywiście pozytywnym spojrzeniem „afrocentrycznym”.

Znacząco przyczynia się do tego również wszechobecny dziś pogląd, że „uczucia” są argumentem o wiele lepszym niźli „fakty”, tak więc nawet oczywiste prawdy historyczne lub konsensus badawczy muszą zejść na plan dalszy, jeśli ten lub ów poczuje się (rzekomo) dotknięty lub  zraniony. I rzeczywiście, dzisiaj całkiem na poważnie przyjmuje się pogląd, że „fakty” są zasadniczo względne lub - jeśli negatywnie wpływają na interesy rzekomo uciskanych społeczeństw równoległych i mniejszości - powinny zostać definitywnie wymazane, jako narzędzie obcej „opresji”, albowiem - jak stwierdziła niedawno Donna Zuckerberg - badania starożytności i tak pozostają  „fundamentalnie mizoginiczne” i podporządkowane supremacji białej rasy. Rezultatem tego jest prawdziwa „trybalizacja” badań naukowych: przekazywanie studentom pochodzenia pozaeuropejskiego myśli Homera czy Seneki może być dziś interpretowane jako akt agresji kulturowej, a białym badaczom starożytnej Afryki subsaharyjskiej, czy też mężczyznom zajmującym się kwestią kobiet, zarzuca się „kulturową apropriację”, wszelkie zaś wypowiedzi, choćby i najbardziej naukowe, traktowane są jako wręcz niedopuszczalne i podlegają zakazom - z odpowiednimi tego konsekwencjami polityczno-personalnymi, zwłaszcza gdy chodzi o powoływanie i mianowanie nowych profesorów. Oczywiście, ta trybalizacja odbywa się tylko w jednym kierunku: „staremu białemu profesorowi” coraz częściej zabrania się wypowiadania się w tematach, które „nie odpowiadają” jego „rasie” lub „płci”, podczas gdy te rzekomo „uciskane” mniejszości są wręcz entuzjastycznie zachęcane do pracy nad klasycznymi dziedzinami badawczymi, do których, zgodnie z ich własną plemienną logiką, w rzeczywistości nie powinni rościć sobie pretensji: obowiązuje bowiem tutaj  priorytet „przełamywania” rzekomo „skostniałych” dyscyplin nauki.

Bezpośrednią konsekwencją tej stale pogłębiającej się asymetrii, mającej jedynie ograniczone konotacje z rzeczywistą dziedziną badań, jest fakt, że politycznie poprawne włączanie tematyki kobiet, rasy, migracji czy LGBT do badań i nauczania o starożytności prowadzi często do wypierania podstawowej działalności naukowej w obszarze samego rdzenia tych dziedzin: jeśli bowiem fundamentalne teksty Platona czy Arystotelesa zostają pominięte na rzecz studiów nad dziełami całkowicie drugorzędnymi, takimi jak choćby pseudoepigraficzne „Listy pitagorejczyków”, tylko dlatego, że są (hipotetycznie) związane z autorkami płci żeńskiej, lub jeśli wymagany jest parytet w traktowaniu „białych” i „czarnych” aspektów historii starożytnej, w sytuacji gdy te ostatnie dla naszej percepcji starożytności mają znaczenie co najwyżej czwartorzędne,  główne idee okcydentalnej tradycji zostają tym samym nieuchronnie utracone wskutek  owego przenoszenia punktu ciężkości z rzeczy naprawdę istotnych na te o mniejszej wadze, nie generując w zamian żadnych korzyści w zakresie wiedzy starożytnej - z wyjątkiem może  samej „dumy” z własnej „wrażliwości” kulturowej. I właśnie ta celowa dekonstrukcja i to radykalne zaburzenie równowagi w naszej zbiorowej percepcji przeszłości wydaje się być czymś celowo zamierzonym.

Dodajmy do tego tendencję do czytania tekstów, nawet tych najbardziej klasycznych, jak Owidiusza czy Arystotelesa,  z moralnie uniesionym palcem i opatrywanie ich „ostrzeżeniami dla czytelników”, a nawet rugowanie ich z obowiązkowych kursów uniwersyteckich a także z bibliotek publicznych, gdyż zawierają jakoby elementy „przemocy wobec kobiet” lub  „uwagi o charakterze rasistowskim”, które czytelnicy mogą odebrać jako „bolesne”, a to już krok w kierunku całkowitej infantylizacji i absurdu - z niszczycielskimi tego konsekwencjami nie tylko dla samych badań, ale i dla edukacji, a co za tym idzie i dla świadomości historycznej pokolenia młodych Europejczyków. Zresztą widać już, że  kulturowa świadomość młodzieży jest już całkowicie zniekształcona w wyniku edukacji historycznej, która została „zareformowana” na śmierć, gdzie całkowicie utracona została nie tylko wiedza faktograficzna rezygnująca najczęściej z rudymentalnej chronologii i geografii, ale nawet owe „wyspy” tematyczne, do których sprowadzone zostały dzisiejsze lekcje historii, są beznadziejnie przeładowane ideologią.
I tak oto dorasta nam nowe pokolenie, które św. Augustyna i cesarza Augusta uważa za jedną i tę samą osobę, Ludwika XIV datuje na okres późniejszy niż rewolucję francuską, a budowę Muru Berlińskiego przypisuje Adolfowi Hitlerowi; „wie” natomiast, że kultura grecka jest pochodzenia afrykańskiego, zaś prawdziwą tolerancję religijną praktykowali jedynie muzułmanie, podczas gdy Kościół winien jest „ciemnościom średniowiecza”, a gospodarczy boom w Europie opierał się wyłącznie na niewolnictwie, cały zaś postęp technologiczny Zachodu to rezultat „kradzieży” z innych cywilizacji. W Europie bowiem,  jeszcze kilka lat temu, panował jedynie radykalny patriarchat, gdzie kobiety i mniejszości były permanentnie uciskane.

Fakt, że ten politycznie motywowany upadek oświaty historycznej nie ominął także „poważnych” badań uniwersyteckich - i to nawet w takich dziedzinach, jak studia nad starożytnością, co prawdopodobnie zmieni je na lata, jeśli nie dziesięciolecia - może doprowadzić do fundamentalnego zerwania z tradycją i stanowi bolesny cios wymierzony w wolność nauk historycznych jaką dotąd znaliśmy, po którym trudno będzie się podnieść, o ile w ogóle okaże się to możliwe.


 

POLECANE
Tȟašúŋke Witkó: Tępe nożyce niemiecko–rosyjskie tylko u nas
Tȟašúŋke Witkó: Tępe nożyce niemiecko–rosyjskie

W tych trudny, pełnych zawirowań czasach mam dla Państwa dwie wspaniałe wiadomości. Otóż, pierwsza jest taka, że Niemcy nie są w stanie skompletować oddziału złożonego z, raptem, 5 tys. gemajnów, aby wysłać na Litwę obiecaną brygadę pancerną, mającą bronić sojuszników przed rosyjską agresją, gdyż nikt z Teutonów nie garnie się do służby poza granicami państwa. Druga – jeszcze lepsza – głosi, że pogrobowcy Kraju Rad w ostatnim czasie stracili na froncie ukraińskim więcej sołdatów, niż byli w stanie wcielić

Sąd Najwyższy ogranicza cła. Trump zapowiada nowe taryfy Wiadomości
Sąd Najwyższy ogranicza cła. Trump zapowiada nowe taryfy

Prezydent USA Donald Trump oskarżył w piątek Sąd Najwyższy o uleganie obcym wpływom oraz zapowiedział wprowadzenie nowych tymczasowych 10-procentowych ceł na towary z całego świata. To reakcja prezydenta na unieważnienie przez Sąd większości nałożonych przez niego ceł.

Tusk ma powody do niepokoju. Nowe wyniki sondażu CBOS Wiadomości
Tusk ma powody do niepokoju. Nowe wyniki sondażu CBOS

W lutym br. 34 proc. ankietowanych popiera rząd, 41 proc. jest mu przeciwnych, a 22 proc. wyraziło obojętność – wynika z najnowszego sondażu CBOS. Sondażownia odnotowała minimalny spadek ocen premiera - 35 proc. badanych wyraża zadowolenie z faktu, że funkcję szefa rządu sprawuje Donald Tusk.

GIS ostrzega przed skażonym produktem spożywczym Wiadomości
GIS ostrzega przed skażonym produktem spożywczym

Główny Inspektorat Sanitarny wydał w piątek ostrzeżenie dotyczące wykrycia bakterii Salmonella spp. na powierzchni skorupek jaj. Spożycie produktu zanieczyszczonego pałeczkami Salmonella, zwłaszcza bez odpowiedniej obróbki termicznej, wiąże się z ryzykiem zatrucia pokarmowego.

CDU ponownie stawia na Merza. Jednogłośny wybór w Stuttgarcie Wiadomości
CDU ponownie stawia na Merza. Jednogłośny wybór w Stuttgarcie

Zgodnie z oczekiwaniami kanclerz Niemiec Friedrich Merz został w piątek ponownie wybrany na stanowisko przewodniczącego CDU na zjeździe partyjnym tego chadeckiego ugrupowania w Stuttgarcie.

Tragedia na Majorce. Nie żyje 47-letni Polak Wiadomości
Tragedia na Majorce. Nie żyje 47-letni Polak

Policyjna interwencja w Palmie na Majorce zakończyła się śmiercią 47-letniego Polaka. Mężczyzna zmarł po użyciu paralizatora przez funkcjonariuszy. Do zdarzenia doszło nad ranem 19 lutego w dzielnicy Coll d’en Rabassa. Okoliczności tragedii wyjaśnia wydział zabójstw.

Zacharowa reaguje na decyzję Polski: Konsekwencje nie będą długo czekać” pilne
Zacharowa reaguje na decyzję Polski: "Konsekwencje nie będą długo czekać”

Wycofanie się Polski z konwencji ottawskiej wywołało natychmiastową reakcję Moskwy. Rosyjskie MSZ ostrzega przed „efektem domina” i dalszą eskalacją napięć w Europie.

Komunikat dla mieszkańców Gdańska Wiadomości
Komunikat dla mieszkańców Gdańska

Rozpoczyna się warta 114,6 mln zł modernizacja nabrzeży w Port Gdańsk, którą zrealizuje spółka PORR - podało w piątek biuro prasowe portu. Inwestycja ma zwiększyć możliwości przeładunkowe i usprawnić logistykę portu.

Groźne żeglarze portugalskie pojawiły się u wybrzeży Teneryfy. Służby alarmują Wiadomości
Groźne żeglarze portugalskie pojawiły się u wybrzeży Teneryfy. Służby alarmują

Niebezpieczne organizmy pojawiły się u wybrzeży jednej z najpopularniejszych wysp wakacyjnych w Europie. Władze Teneryfy zamknęły kąpieliska po tym, jak turysta po kontakcie z aretuzą zwaną żeglarzem portugalskim trafił do szpitala.

Harry próbował pogodzić się z Williamem? Pałac Buckingham przerywa milczenie Wiadomości
Harry próbował pogodzić się z Williamem? Pałac Buckingham przerywa milczenie

Relacje między księciem Harrym a księciem Williamem od lat pozostają napięte. Teraz ponownie pojawiły się sprzeczne doniesienia dotyczące rzekomej próby pojednania między braćmi.

REKLAMA

[Tylko u nas] Prof. David Engels: "Fakty są narzędziem opresji" czyli łom "woke culture" w badaniach... starożytności

Po tym, jak w Stanach Zjednoczonych kilka dni temu badacze starożytności (tacy jak Dan-el Padilla Peralta), kierując się polityczną poprawnością zażądali nawet likwidacji własnego fachu, z powodu rzekomo „nierozerwalnego” związku z „białą supremacją” i „mizoginią”, wydaje się jasne, że polit-poprawne myślenie dosięgnęło już także historycznych nauk specjalistycznych. I rzeczywiście: prawie nie ma już nowo powoływanych katedr, które nie zajmowałoby się kwestiami płci, postkolonializmem, migracją czy rasizmem, wskutek czego na wszystkich uniwersytetach obserwujemy obecnie zamieranie „klasycznych” kierunków badań oraz pojawianie się całych generacji zupełnie nowych, całkowicie zideologizowanych politycznie dyscyplin. I o ile w dziedzinach współczesnych tego rodzaju stopniowe przenoszenie punktów ciężkości na takie tematy jak kolonializm, historia mniejszości czy rola kobiet, może mieć pewien sens i otwierać wiele obszarów badawczych i percepcji na te aspekty, które dawniej spychane były na margines, o tyle takie siłowe wtłaczanie motywowanych ideologicznie zagadnień w obszar badań nad starożytnością wydaje się po wielokroć bardziej problematyczne i jest wielce prawdopodobne, że doprowadzi raczej do bardzo poważnych, długotrwałych deformacji, niźli do rzeczywistych zysków o charakterze poznawczym.
/ Pixabay.com

Po pierwsze kwestia źródeł. W odniesieniu do starożytności  są one często tak złe i mało wiarygodne, że nawet fundamentalnych pytań z zakresu ogólnej historycznej faktografii nie da się  dobrze zrekonstruować, a jeśli to z wielkim trudem. Stąd też włączanie tu takich kwestii, jak rzekomy „rasizm strukturalny”, zgodnie z „konstrukcją gender” czy też temat „migracji” w większości przypadków nie ma najmniejszego sensu lub prowadzi wręcz do deformacji na ogromną skalę, nie mówiąc już o licznych absurdach. Było to widoczne już w czasach marksistowskich, kiedy jednostronne spojrzenie na ekonomię starożytną z punktu widzenia „społeczeństwa właścicieli niewolników” uniemożliwiało szersze spojrzenie na różnorodność i bogatą ewolucję starożytnych systemów ekonomicznych. Coś podobnego grozi nam dzisiaj, gdy próbuje się zrozumieć niemal zapomniane już epoki starożytności wyłącznie przez pryzmat „ucisku” „mniejszości” i „białego” patriarchatu.

Inny problem dotyczy światopoglądów panujących w dawnych kulturach. Pod wieloma względami są one tak zasadniczo odmienne od naszych, że w wielu przypadkach rzutowanie na nie bieżących problemów społecznych, a tym samym sugerowanie jakiejś porównywalności, której przecież albo nie ma, albo wręcz odciąga nas od  rzeczywistych problemów i kieruje w stronę problemów w dużej mierze wyimaginowanych,  jest nie tylko anachroniczne, ale i całkowicie niesłuszne. Dotyczy to w szczególności kwestii rasowych, które w naszej literaturze starożytnej nie odgrywają prawie żadnej roli, podczas gdy w obecnych politycznie zaangażowanych badaniach są one coraz częściej wprowadzane do źródeł za pomocą łomu - z absurdalnym  skutkiem, że starożytność postrzegana jest przez niektórych jako cywilizacja fundamentalnie "rasistowska”, podczas gdy inni (np. Martin Bernal, autor „Czarnej Ateny”) równie absurdalnie starają się ją zdegradować do jakiegoś peryferyjnego odgałęzienia rzekomo „afrykańskich” kulturotwórców, po to, by owo rzekomo „eurocentryczne” i oczywiście naganne spojrzenie na starożytność  zastąpić nowym, oczywiście pozytywnym spojrzeniem „afrocentrycznym”.

Znacząco przyczynia się do tego również wszechobecny dziś pogląd, że „uczucia” są argumentem o wiele lepszym niźli „fakty”, tak więc nawet oczywiste prawdy historyczne lub konsensus badawczy muszą zejść na plan dalszy, jeśli ten lub ów poczuje się (rzekomo) dotknięty lub  zraniony. I rzeczywiście, dzisiaj całkiem na poważnie przyjmuje się pogląd, że „fakty” są zasadniczo względne lub - jeśli negatywnie wpływają na interesy rzekomo uciskanych społeczeństw równoległych i mniejszości - powinny zostać definitywnie wymazane, jako narzędzie obcej „opresji”, albowiem - jak stwierdziła niedawno Donna Zuckerberg - badania starożytności i tak pozostają  „fundamentalnie mizoginiczne” i podporządkowane supremacji białej rasy. Rezultatem tego jest prawdziwa „trybalizacja” badań naukowych: przekazywanie studentom pochodzenia pozaeuropejskiego myśli Homera czy Seneki może być dziś interpretowane jako akt agresji kulturowej, a białym badaczom starożytnej Afryki subsaharyjskiej, czy też mężczyznom zajmującym się kwestią kobiet, zarzuca się „kulturową apropriację”, wszelkie zaś wypowiedzi, choćby i najbardziej naukowe, traktowane są jako wręcz niedopuszczalne i podlegają zakazom - z odpowiednimi tego konsekwencjami polityczno-personalnymi, zwłaszcza gdy chodzi o powoływanie i mianowanie nowych profesorów. Oczywiście, ta trybalizacja odbywa się tylko w jednym kierunku: „staremu białemu profesorowi” coraz częściej zabrania się wypowiadania się w tematach, które „nie odpowiadają” jego „rasie” lub „płci”, podczas gdy te rzekomo „uciskane” mniejszości są wręcz entuzjastycznie zachęcane do pracy nad klasycznymi dziedzinami badawczymi, do których, zgodnie z ich własną plemienną logiką, w rzeczywistości nie powinni rościć sobie pretensji: obowiązuje bowiem tutaj  priorytet „przełamywania” rzekomo „skostniałych” dyscyplin nauki.

Bezpośrednią konsekwencją tej stale pogłębiającej się asymetrii, mającej jedynie ograniczone konotacje z rzeczywistą dziedziną badań, jest fakt, że politycznie poprawne włączanie tematyki kobiet, rasy, migracji czy LGBT do badań i nauczania o starożytności prowadzi często do wypierania podstawowej działalności naukowej w obszarze samego rdzenia tych dziedzin: jeśli bowiem fundamentalne teksty Platona czy Arystotelesa zostają pominięte na rzecz studiów nad dziełami całkowicie drugorzędnymi, takimi jak choćby pseudoepigraficzne „Listy pitagorejczyków”, tylko dlatego, że są (hipotetycznie) związane z autorkami płci żeńskiej, lub jeśli wymagany jest parytet w traktowaniu „białych” i „czarnych” aspektów historii starożytnej, w sytuacji gdy te ostatnie dla naszej percepcji starożytności mają znaczenie co najwyżej czwartorzędne,  główne idee okcydentalnej tradycji zostają tym samym nieuchronnie utracone wskutek  owego przenoszenia punktu ciężkości z rzeczy naprawdę istotnych na te o mniejszej wadze, nie generując w zamian żadnych korzyści w zakresie wiedzy starożytnej - z wyjątkiem może  samej „dumy” z własnej „wrażliwości” kulturowej. I właśnie ta celowa dekonstrukcja i to radykalne zaburzenie równowagi w naszej zbiorowej percepcji przeszłości wydaje się być czymś celowo zamierzonym.

Dodajmy do tego tendencję do czytania tekstów, nawet tych najbardziej klasycznych, jak Owidiusza czy Arystotelesa,  z moralnie uniesionym palcem i opatrywanie ich „ostrzeżeniami dla czytelników”, a nawet rugowanie ich z obowiązkowych kursów uniwersyteckich a także z bibliotek publicznych, gdyż zawierają jakoby elementy „przemocy wobec kobiet” lub  „uwagi o charakterze rasistowskim”, które czytelnicy mogą odebrać jako „bolesne”, a to już krok w kierunku całkowitej infantylizacji i absurdu - z niszczycielskimi tego konsekwencjami nie tylko dla samych badań, ale i dla edukacji, a co za tym idzie i dla świadomości historycznej pokolenia młodych Europejczyków. Zresztą widać już, że  kulturowa świadomość młodzieży jest już całkowicie zniekształcona w wyniku edukacji historycznej, która została „zareformowana” na śmierć, gdzie całkowicie utracona została nie tylko wiedza faktograficzna rezygnująca najczęściej z rudymentalnej chronologii i geografii, ale nawet owe „wyspy” tematyczne, do których sprowadzone zostały dzisiejsze lekcje historii, są beznadziejnie przeładowane ideologią.
I tak oto dorasta nam nowe pokolenie, które św. Augustyna i cesarza Augusta uważa za jedną i tę samą osobę, Ludwika XIV datuje na okres późniejszy niż rewolucję francuską, a budowę Muru Berlińskiego przypisuje Adolfowi Hitlerowi; „wie” natomiast, że kultura grecka jest pochodzenia afrykańskiego, zaś prawdziwą tolerancję religijną praktykowali jedynie muzułmanie, podczas gdy Kościół winien jest „ciemnościom średniowiecza”, a gospodarczy boom w Europie opierał się wyłącznie na niewolnictwie, cały zaś postęp technologiczny Zachodu to rezultat „kradzieży” z innych cywilizacji. W Europie bowiem,  jeszcze kilka lat temu, panował jedynie radykalny patriarchat, gdzie kobiety i mniejszości były permanentnie uciskane.

Fakt, że ten politycznie motywowany upadek oświaty historycznej nie ominął także „poważnych” badań uniwersyteckich - i to nawet w takich dziedzinach, jak studia nad starożytnością, co prawdopodobnie zmieni je na lata, jeśli nie dziesięciolecia - może doprowadzić do fundamentalnego zerwania z tradycją i stanowi bolesny cios wymierzony w wolność nauk historycznych jaką dotąd znaliśmy, po którym trudno będzie się podnieść, o ile w ogóle okaże się to możliwe.



 

Polecane