[Tylko u nas] Prof. Grzegorz Górski: Prometeizm versus realizm czyli o wiecznym dylemacie polskiej polityki

W 2014 roku opublikowałem monografię pt. „Wrzesień 1939. Nowe spojrzenie”. Książka, wydana później jeszcze dwukrotnie z pewnymi uzupełnieniami, osiągnęła dotąd kilkunastotysięczny nakład, co jak na opracowanie naukowe jest niemałym sukcesem. W opracowaniu tym, niezależnie od głównych poruszanych wątków, zawarłem również pewne studium dotyczące zwarcia w ówczesnej polskiej polityce dwóch nurtów – realistycznego i prometejskiego. Wracam do tego wątku, bo właśnie widać jak dzisiejsza polska polityka w kontekście międzynarodowym, staje się polem tego wiecznego ścierania się tych dwóch nurtów. I nie mam żadnych wątpliwości, że to jak potoczą się nasze losy w najbliższej przyszłości, zależeć będzie od tego, jaki sposób myślenia zwycięży.
Orzeł pożerający wątrobę Prometeusza. Luca Giordano [Tylko u nas] Prof. Grzegorz Górski: Prometeizm versus realizm czyli o wiecznym dylemacie polskiej polityki
Orzeł pożerający wątrobę Prometeusza. Luca Giordano / Wikipedia domena publiczna

Polska AD 1939

U schyłku 1939 roku Polska osiągnęła ponownie – jak w XV – XVII wieku - status mocarstwa europejskiego. Był to efekt prowadzonej od 1932 roku polityki międzynarodowej min. Józefa Becka. Niezależnie od emocji jakie wywołuje to do dzisiaj – zarówno jak chodzi o osobę pułkownika, jak i właśnie jego działania – pozostaje faktem to, iż u progu 1939 roku, wszystkie karty do tego w jakim kierunku potoczą się losy Europy (a jak się miało okazać i świata), leżały w jego rękach. O tym jak silna była pozycja Polski świadczą dwa fakty. W końcu marca 1939 roku Wielka Brytania i Francja udzieliły Polsce jednostronnych gwarancji o treści, jakiej nigdy wcześniej i nigdy później żadne mocarstwa światowe nie dały nikomu innemu. To, że w imię porzucenia realistycznej polityki, gwarancji tych nie potrafiliśmy wykorzystać odpowiednio, nie zmienia faktu, iż treść owych gwarancji w porównaniu z dzisiejszymi gwarancjami wynikającymi z art. 5, to po prostu przepaść. I fakt drugi. Oszołomiony tymi gwarancjami Hitler potrzebował wielu tygodni, aby próbować odwrócić nastawienie Polski do Niemiec. Bezskutecznie.

Tę pozycję Polski min. Beck zbudował prowadząc politykę realistyczną, oderwaną od prometejskich mrzonek. A zasada była prosta – najpierw dbamy o własne interesy, później martwimy się o innych. I nie poświęcamy własnych interesów, bo jeśli się tak stanie, to inni tym bardziej na tym nie skorzystają. 

Min. Beck trzymał się tej linii do marca 1939 roku, jednak pod wpływem nacisków przede wszystkim wewnątrz swojego obozu politycznego (właśnie owych Prometeuszy), zszedł właśnie na takie pozycje. Skutki znamy. Nie był to – niestety – pierwszy raz, kiedy na przestrzeni wieków zdecydowaliśmy się rzucić na stos swój los, ale w imię interesów kogoś innego. Po to by uzyskiwać „tytuły moralne” na przyszłość.
Puentując to ówczesne zwycięstwo Prometeuszów, którzy do dziś udowadniają, że właśnie wtedy wykuliśmy sobie drogę do NATO i do Unii Europejskiej (tak, naprawdę na serio tak twierdzą) przypomnę jedynie, że Czechy i Węgry które szły ówcześnie zupełnie innymi ścieżkami, weszły do owej UE i do NATO dokładnie w tym samym dniu co my. Tylko że nie stracili 6 milionów ludzi, połowy kraju, nie mieli zdruzgotanej gospodarki i zniszczonych elit.

 

Polska AD 2022

Starcie to trwa jednak nadal i – co paradoksalne – pewne polityczne wewnętrzne uwarunkowania są nad wyraz podobne do sytuacji z 1939 roku. Rozważmy kilka bieżących sytuacji, ilustrujących owo zwarcie.

Prometeizm versus realizm – 1:0

W lutym 2022 roku pojawiła się kwestia przyjęcia do NATO Szwecji. Od razu chcę zastrzec, że w żadnym razie nie kwestionuję potrzeby przyjęcia tego kraju do NATO oraz tego, że leży to w najlepiej pojętym polskim interesie. Ale to tylko jedna strona medalu.

Kiedy sytuację tę dla załatwienia wielu ważnych dla Turcji spraw postanowił wykorzystać R. Erdogan, w Polsce ze strony prometejskiej popłynęła na niego fala hejtu. Po prostu zdrajca. Ale Erdogan dzięki swojej postawie, załatwił dla Turcji wiele spraw, których nie mógł ruszyć z miejsca przez ostatnie 10 lat. A Polska?
Kiedy powiedziałem w jednej z audycji radiowych, że za to, iż będziemy pierwszym państwem który ratyfikuje przystąpienie Szwecji do NATO medali się nie przyznaje i warto byłoby pomyśleć, jakie korzyści od tego kraju możemy uzyskać, skomentowano mnie mniej więcej jak Erdogana. No i załatwiliśmy problem akcesji Szwecji na medalowej pozycji, a co uzyskaliśmy?

Pomijam już kwestię tego, że Szwecja jest państwem, które pozostaje permanentnie w forpoczcie tych, którzy atakują nas przy każdej możliwej sytuacji w Radzie Europejskiej i wobec Komisji, a szwedzcy neobolszewiccy deputaci robią to samo w Parlamencie Europejskim. Czy coś dzięki naszej medalowej pozycji się tu zmieni? Nie sądzę, bo przecież „nie wypadało łączyć tych spraw”. A na świeżo – szwedzka minister kultury w sposób bezczelny odprawiła nawet własnego posła, który w imię wdzięczności za postawę Polski zasugerował zwrot jednego ze zrabowanych z Polski wartościowych dóbr kultury.

Tu przypomnę, że w połowie XVII wieku Polska stała się ofiarą bezprzykładnej w historii grabieży. Szwedzcy barbarzyńcy wywozili z Polski co się da, a tu także trzeba przypomnieć, że Polska uchodziła ówcześnie właściwie za najbogatszy kraj w Europie. W tej systemowej państwowej grabieży, pomogło Szwecji ówczesne „globalne ochłodzenie”, bowiem przez zamarzający na wiele miesięcy Bałtyk, ciągnęły nie kończące się karawany łupów (statkami nie wywieźliby zapewne 5 % tego złodziejskiego urobku). Powszechnie przyjmuje się, że owa grabież polskich dóbr stała się podstawą dzisiejszego szwedzkiego dobrobytu. W 1660 roku w pokoju oliwskim Szwecja zobowiązała się do zwrotu „wszystkich zagrabionych dóbr ruchomych” – i nigdy tego zobowiązania nie wykonała. Do dzisiaj główne zbiory muzealne i archiwalne w tym kraju, zbudowane są o zagrabione z Polski dobra, a kto chce poznać historię Polski do XVII wieku, musiałby spędzać lata na badaniach w Szwecji. 

Cały czas mamy tytuły prawne do odzyskania tych dóbr, bo nigdy pokój oliwski nie został obalony. Przy okazji świeżej afery polskie Ministerstwo Kultury przyjęło niebezpieczne stanowisko, w myśl którego przychyla się do tezy, iż wykonanie postanowień tego obowiązującego ciągle dokumentu, zależy od dobrej woli” strony szwedzkiej. Nie zgadzam się z tym, ale nawet jeśli tak przyjąć, to pytam – gdzie do cholery byli ci mądrale w momencie, gdy ratyfikowaliśmy akces Szwecji do NATO! Czy będzie lepszy czas, aby tę „dobrą wolę” tych cynicznych drani z drugiej strony Bałtyku uzyskać?

No ale jak? Przecież to nie wypada łączyć tych spraw. No bo co by o nas sobie inni pomyśleli. 

 

Prometeizm versus realizm – 2:0

Usłyszeliśmy też ostatnio, że drogi Polski i Węgier się rozeszły. Dlaczego? Bo mamy inne spojrzenie w sprawie Ukrainy. Czytałem tę wypowiedź kilka razy i nie mogłem pojąć, jak możliwe było, aby ona powstała. Na temat wagi związków Polski i Węgier dzisiaj i w przyszłości, w kontekście całej historii doświadczeń pisałem już tyle razy, że nie będę do tego wracał. Każdy kto chce poważnie myśleć o walce o polskie sprawy w strukturach UE i mówi o „rozejściu się” z Węgrami, powinien naprawdę zastanowić się dwa razy co mówi. Mieć pretensje do Orbana za to, że dba o węgierskie interesy i stawia je na pierwszym miejscu, powinien naprawdę zastanowić się co robi. Jak można nie mieć empatii dla Węgrów, których mniejszość była ofiarą szowinistycznej polityki ukraińskiej w ostatnich latach. Tym bardziej nie powinni tak postępować zwłaszcza przedstawiciel kraju i narodu, których mniejszość podobnie była ofiarą takich samych działań ze strony ukraińskiej. To, że my w tej sprawie nie uczyniliśmy nic i pozwoliliśmy dręczyć swoich rodaków, nie stanowi tytułu do tego, aby mieć pretensje do Węgrów o to, że postępowali inaczej. Pomijając to jednak, przypomnę to co już nie raz pisałem – jaki kraj w Europie może zastąpić Węgry w ich pozytywnym stosunku do Polski na forum UE? Już choćby tylko dlatego, że jedziemy na tym samym koniu. 

 

Prometeizm versus realizm – 3:0

Bezkrytyczny i całkowicie afirmatywny stosunek Polski do Ukrainy jest chwalebny i można się zgodzić, iż rezultat jej wojny z Rosją ma dla Polski pierwszorzędne znaczenie. Ten rezultat zależy jednak dzisiaj od dwóch podstawowych czynników. I żadnym z nich nie jest taka czy inna zdolność ukraińskiej armii i ukraińskiego narodu do stawiania oporu. Dzisiaj rozstrzygające znaczenie ma to, jak długo USA, Wielka Brytania i Kanada będą miały wolę wspierania finansowego i militarnego Ukrainy oraz jak długo Polska będzie fundamentalnym oparciem dla Ukrainy, zarówno w transferze wsparcia dla niej, jak i bezpośredniego wsparcia z naszej strony.

Z owym wsparciem amerykańskim może być różnie, bo właśnie w ostatnich dniach dzięki serii mało roztropnych działań prezydenta Zełenskiego i jego małżonki, w szeregach republikańskich zapanowała wręcz furia wobec niego i Ukrainy. Tymczasem na jesieni dojdzie do zasadniczego przetasowania w Waszyngtonie i podobne ruchy Zełenskiego mogą skutkować już wkrótce fatalnymi konsekwencjami. Czy ktoś z Polski odważył się zwrócić prezydentowi Ukrainy na to uwagę, bo tenże być może nazbyt skoncentrowany na swoich sprawach, nie ma świadomości skutków swoich poczynań? Czy podobnie jak w każdej innej sytuacji, „w imię” czegoś tam będziemy żyrować każdą głupotę, która wychodzi z Kijowa? No chyba że zakładamy, iż w ostatecznym rachunku i tak pozostaniemy jak ten ostatni Mohikanin ostatnim sojusznikiem Ukrainy.

W tym kontekście tym bardziej zastanawia brak troski o załatwienie naszych spraw względem Ukrainy. Bo co – też nie wypada? Bo jak Ukraina - dzięki naszym wysiłkom i wsparciu zachodniemu, które w znacznym stopniu zorganizowaliśmy – zdoła przechylić szalę wojny na swoją stronę, to „imię wdzięczności” załatwi wszystkie nasze oczekiwania? Naprawdę są ludzie, którzy w to wierzą? Że odkładając to na później, uzyskamy więcej?

To bilans ostatnich kilkunastu dni. Ten „mecz” cały czas trwa, ale mam nieodparte wrażenie, że wynik z każdym kolejnym zagadnieniem tylko się polepsza na rzecz Prometeistów. Miałem nadzieję, obserwując polską aktywność w pierwszym kwartale 2022 roku, że twardy realizm jednak zwycięża. I tak było i przynosiło to automatyczne pozytywne skutki. Spektakularne wzmocnienie pozycji Polski w minionym półroczu, jest właśnie konsekwencją prowadzenia w decydującej mierze polityki realistycznej. Ale ostatnie tygodnie znowu każą bić na alarm. 

Trzeba tymczasem twardo stąpać po ziemi i walczyć o swoje interesy hic et nunc. Bo tytułów moralnych ex tunc zgromadziliśmy już w historii tyle, że wystarczy na jeszcze kilka pokoleń.
 


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:

 

POLECANE
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Udostępnij:
Koronawirus
Vademecum Pracownika
Emerytury
Stażowe