Powrót niemieckich komunałek

Wiele mieszkań komunalnych w Moskwie czy Sankt Petersburgu wygląda do dziś jak za czasów Anny Achmatowej i Aleksandra Błoka. Wiem, bo widziałem na własne oczy. W Polsce osławione „komunałki” raczej już nostalgii nie wywołują, ale w Niemczech owszem. Z powodu rosnących cen wynajmu niektórzy decydują się na mieszkanie nawet w ponad 20 osób.
"Tłum" ludzików LEGO. Ilustracja poglądowa / Pixabay.com

Kto je jeszcze pamięta? W Polsce mieszkania komunalne zaistniały tuż po drugiej wojnie światowej, kiedy stalinowska paranoja, „twórczo” rozwinięta przez ideologów Bieruta, ukonstytuowała Polskę Ludową. Często przydzielano komunałki komu popadnie, nie egzaminując lokatorów ze szczerości deklarowanych przekonań. W obróconej przez Niemców w ruinę Warszawie brakowało kwater, władze komunistyczne wpychały więc do każdego mieszkania po kilka rodzin. Często na siłę dokładano dodatkowych współlokatorów, niekiedy całkowicie obcych, zebranych z ulicy lub spod izby wytrzeźwień. W stołecznych kamienicach, gdzie zwykłe rodziny dzieliły z nimi tę samą kuchnię i toaletę, dochodziło do dantejskich scen. Obecnie ze świecą szukać takich mieszkań w naszym kraju, ale wielu Rosjan do dziś gniecie się w komunałkach. Jak się okazuje, również w Niemczech owa forma „współlokatorstwa” na nowo się odradza, zwłaszcza wśród wzdychających na punkcie Rosji berlińskich lewaków.

Niektórzy młodzi Niemcy jednak żałują podjęcia decyzji o zamieszkaniu z ponad 20 osobami. 25-letnia Sandra ma teraz lepszą pracę i stać ją wreszcie na własne lokum w dzielnicy Friedrichshain. Niedawno mogła wyjść z „piekiełka”, jak określa dziś wspólnotę mieszkaniową, w której mieszkała przez dwa miesiące. – Właściwie miałam tam zostać dłużej, ale nie wytrzymałam – przyznaje. Jak opowiada, zbyt pochopnie i nieco naiwnie uwierzyła w sugestie właściciela mieszkania, który w ogłoszeniu w gazecie zapewniał, że wszyscy lokatorzy sumiennie trzymają się planu sprzątania. – W sumie mogłam przypuszczać, że trudno oczekiwać od 27 młodych osób, by każdy z nich był na sto procent taktowny i sumienny – mówi Sandra.

Pofabryczny budynek, w którym mieszkała, prezentuje się okazale. Niedaleko Dworca Wschodniego, kiedyś głównego punktu najważniejszej magistrali kolejowej NRD, stoi ceglany loft, będący kolejnym udanym przykładem rewitalizacji starych budowli w pozjednoczeniowym Berlinie. Modę na lofty Europejczycy zawdzięczają Amerykanom, którzy pół wieku temu zaczynali zasiedlać wolno stojące fabryki, unikając płacenia czynszu. Stolica Niemiec doskonale nadaje się do podobnych architektonicznych metamorfoz. Tyle że nad Sprewą tego typu mieszkania straciły swój pierwotny charakter i z czasem stały się cholernie drogie. – Czynsz za pokój w tak luksusowym mieszkaniu jest jednak niższy niż za dwupokojowe mieszkanie w bloku, w którym mieszkam dziś sama – tłumaczy Sandra.

Czytaj również: Kompromitacja komisji ds. Pegasusa. Mamy komentarz Macieja Wąsika

Widziałeś ją, zadzwoń! Policja prosi o pomoc w poszukiwaniach zaginionej 14-latki

 

Inna bajka

Młodzi lokatorzy, którzy zamieszkują powierzchnię liczącą 300 m², przyjechali do Berlina z tak różnych powodów, jak różne są kraje ich pochodzenia. Gwałtowny powrót „komunałek” jest też wynikiem kryzysu migracyjnego. Wszyscy są w wieku między 21 a 30 lat. Wśród nich jest m.in. informatyk z Indii, który realizuje marzenie o nauce języka niemieckiego. Albo Irlandczyk, który po schyłku złotego gospodarczego okresu Zielonej Wyspy znalazł w Berlinie zatrudnienie w banku. Także Syryjczyk, który wozi turystów rikszą przy Bramie Brandenburskiej. Dlaczego Sandra po dwóch miesiącach zwinęła żagle? – Po prostu miałam zupełnie inne wyobrażenia, kiedy wprowadzałam się do tego loftu. Przyjechałam do stolicy z Düsseldorfu, gdzie podczas studiów mieszkałam z dwiema koleżankami. Nie znałam ich wcześniej, a później okazało się, że mam z nimi więcej wspólnych tematów i zainteresowań niż z krewnymi. Ze sporą dozą idealizmu sądziłam, że tym razem może być podobnie – wspomina.

Jako menedżerka kultury niemal codziennie spotyka nowych ludzi i nie ma trudności w nawiązywaniu kontaktów. Dlatego zakładała, że z dwudziestu siedmiu osób przynajmniej pięć okaże się „całkiem w porządku”. – Nie musiałam przecież nawiązywać bliższego kontaktu ze wszystkimi, ale szybko stwierdziłam, że życie codzienne z tak liczną grupą to jednak inna bajka niż mieszkanie, które dzieliłam z dwoma osobami – dodaje.

Klimat w budynku przywodzi nieodparcie na myśl atmosferę hostelu – długie korytarze, sporo pokoi, kilka toalet i kabin prysznicowych. Przestronna kuchnia znajduje się na parterze i – jak zauważa Sandra – mimo świetnej aranżacji jest nieustannie brudna. – Nasze produkty spożywcze były rozmieszczone w ośmiu lodówkach i opatrzone karteczkami z naszymi imionami – wyjaśnia. Dużą popularnością cieszyła się wprowadzona przez syryjskiego lokatora koncepcja „czarnej dziury”. Koło piekarnika leżała taca, gdzie lądowała żywność, którą zniechęcony konsument chciał już wyrzucić. Ktoś inny mógł wtedy zadecydować, czy chce z niej jeszcze skorzystać. – Jeśli coś znalazło się w „czarnej dziurze”, z reguły po pięciu minutach znikało. Prawdopodobnie gdyby na tacy spoczął mój komputer, też bezpowrotnie by zniknął – śmieje się Sandra.

 

Wylęgarnia robaków

Każdy, kto wpuści się na socjalne pole minowe, jakim jest współczesny niemiecki wariant „komunałki”, dozna szoku kulturowego. Jednym z nich jest niezadowolenie grupy, jeśli ktoś po sobie nie posprząta. – A teraz pomnóżmy to razy 28. Czasem odnosiłam wrażenie, że nasza kuchnia była wylęgarnią robaków. Kiedy jeszcze tam mieszkałam, wszędzie latały muchy. Myślę, że dzisiaj bawią tam już zupełnie inni niezaproszeni goście, którymi interesują się entomolodzy – podejrzewa Sandra. Tymczasem kłopotem przy tak licznej grupie jest to, że trudno obwinić konkretną osobę za piętrzący się w zlewie bałagan, ponieważ zapytany o to współlokator nie poczuwa się do winy, zrzucając ją na innego (przeważnie nieobecnego).

– Być może były to jedynie trzy osoby, które w domu rodzinnym nie nauczyły się sprzątania, ale to od razu odbija się na nastrojach całej grupy – uważa Sandra, która zarazem przyznaje, że nie miała zbyt „wyśrubowanych” oczekiwań. – Do wielu rzeczy mogłam się przyzwyczaić, jak choćby do zlewu wysmarowanego pastą do zębów, do kłębków włosów w rurze odpływowej, a nawet do naszej podłogi, której przemierzenie na bosaka było niekiedy większym wyzwaniem niż spacer po torze żużlowym – wspomina.

Kiedy się wyprowadziła, już nazajutrz ktoś inny zajął jej miejsce. Pokoje w berlińskich „komunałkach” są obecnie pożądane jak nigdy wcześniej. Jeszcze piętnaście lat temu w centrum niemieckiej stolicy stały wszędzie wolne mieszkania. W 2024 roku na każde z nich przypada co najmniej 40 zainteresowanych – przy bezlitośnie rosnących czynszach. I to w takim stopniu, że władze długo nie nadążały z budowaniem mieszkań, a zaniedbanie tej sytuacji kładzie się cieniem na polityce SPDkomu, która latami zarządzała nieruchomościami w Berlinie. W każdym razie skład listy lokatorów „komunałki” Sandry zmieniał się niczym w kalejdoskopie.– Co parę dni stał przed naszymi drzwiami ktoś obcy z walizką. W pierwszych dwóch tygodniach mojego pobytu wyprowadziło się kilka osób, których chyba ani razu nie spotkałam – wspomina Sandra.

 

Upchani jak sardynki

W Niemczech mieszka obecnie ponad 5 mln osób w grupach mieszkaniowych. Wielu z nich to single, którzy nie chcą mieszkać sami. Lecz głównym powodem są rosnące ceny. Młodzi ludzie chcą mieszkać w brudnym i pękającym w szwach Berlinie, ale nie stać ich na własne mieszkanie. Sandra płaciła za swój pokój w lofcie przez pierwszy miesiąc ok. 500 euro. – To było zdecydowanie za drogo. Niewielki pokój i brudna łazienka. Jeszcze teraz wpadam we wściekłość, gdy pomyślę, że właściciel loftu zarabia na swoich lokatorach każdego miesiąca około 14 tys. euro i wydaje je poza granicami Niemiec – żali się Sandra. Jak twierdzi, nie zauważyła, aby właściciel choć raz zmartwił się jakąś awarią czy innym „niedociągnięciem” w mieszkaniu. Pobieranego czynszu ani razu nie reinwestował w budynek lub choćby w sprzątaczkę, która raz w tygodniu umyłaby toalety i kuchnię. Gdy jednak pytam Sandrę, czy sama chętnie sprząta, dyskusja urywa się jak maczetą obciął, a moja rozmówczyni szuka rozpaczliwie tematu zastępczego. 

Zaznacza, że po kilku tygodniach pobytu w nieszczęsnej komunałce musiała „coś zmienić”. Aby zaoszczędzić, w drugim miesiącu Sandra dzieliła swój pokój z rówieśniczką z Danii, która jednak ostatecznie okazała się głównym powodem jej wyprowadzki. – O trzeciej rano włączała laptopa i oglądała seriale, wcinając tłuste chrupki. Albo zapalała światło i rozmawiała godzinami ze swoim chłopakiem. A ja rano szłam niewyspana do pracy. Po trzech tygodniach powiedziałam: dość! – oburza się Sandra. Kiedy więc dziś pije poranną kawę na swoim balkonie, docenia wszystkie uroki wynikające z własnego mieszkania. Także to, że może robić, co tylko zechce, np. – jak mówi – „zjeść hamburgera w łóżku i później po sobie nie posprzątać”. A ja wtedy znów myślę o mieszkaniu w Petersburgu, gdzie na pokrytej okruszkami kanapie Achmatowa kończyła swój wiersz.
 


Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

POLECANE
Historyk: Podczas II wojny światowej Niemcy zamordowali ponad 1,5 tys. polskich sportowców z ostatniej chwili
Historyk: Podczas II wojny światowej Niemcy zamordowali ponad 1,5 tys. polskich sportowców

Niemcy zamordowali podczas II wojny światowej ponad 1,5 tys. polskich sportowców. Ginęli oni również z rąk sowietów. Wśród ofiar zbrodni katyńskiej było ponad 260 sportowców i działaczy sportowych – podkreślili uczestnicy dyskusji z cyklu "Tytani sportu" organizowanej przez stołeczny IPN.

Mazurek nie pozostawił suchej nitki na Protasiewiczu z ostatniej chwili
Mazurek nie pozostawił suchej nitki na Protasiewiczu

Robert Mazurek opublikował nagranie na Kanale Zero, w którym skomentował zachowanie byłego wicewojewody Jacka Protasiewicza.

Paweł Jędrzejewski: Przymusowa relokacja imigrantów. Polska przestanie być bezpiecznym krajem Wiadomości
Paweł Jędrzejewski: Przymusowa relokacja imigrantów. Polska przestanie być bezpiecznym krajem

39-letni Polak, zamieszkały w Szwecji, został - na oczach 12-letniego syna - zamordowany przez członków młodzieżowego gangu. Stało się to przed paroma dniami w Skarholmen - dzielnicy Sztokholmu.

Burza w Pałacu Buckingham. Sąd podjął decyzję ws. księcia Harry’ego z ostatniej chwili
Burza w Pałacu Buckingham. Sąd podjął decyzję ws. księcia Harry’ego

Brytyjski książę Harry przegrał w poniedziałek pierwszą próbę odwołania się od orzeczenia sądu w sprawie dotyczącej odebrania mu policyjnej ochrony podczas pobytów w Wielkiej Brytanii.

Olbrychski nie poszedł do kościoła ze święconką: „Żona wystawiła koszyczek do ogrodu” z ostatniej chwili
Olbrychski nie poszedł do kościoła ze święconką: „Żona wystawiła koszyczek do ogrodu”

– Ja nigdy nie odchodziłem z Kościoła. Chociaż w tym roku po raz pierwszy nie poszliśmy do kościoła ze święconką – stwierdził w rozmowie z serwisem Onet słynny aktor Daniel Olbrychski.

Marek Sawicki chce wyrzucenia minister ds. równości: „Działanie nawołujące do zabijania” z ostatniej chwili
Marek Sawicki chce wyrzucenia minister ds. równości: „Działanie nawołujące do zabijania”

– My dziś mamy sytuację, w której spóźnioną antykoncepcję próbuje się zastąpić wczesną aborcją i ministra reklamuje coś, co zgodnie z prawem, Konstytucją i ustawami jest zabronione – stwierdził poseł PSL Marek Sawicki.

„Trwało to dwie minuty, nikt o nic nie zapytał”. Kulisy odwołania dyrektora Instytutu Pileckiego z ostatniej chwili
„Trwało to dwie minuty, nikt o nic nie zapytał”. Kulisy odwołania dyrektora Instytutu Pileckiego

„Dymisji się spodziewałam, znam reguły gry, odeszłabym sama. Zwalniała mnie Joanna Scheuring-Wielgus, trwało to dwie minuty, nikt o nic nie zapytał” – pisze Magdalena Gawin, była dyrektor Instytutu Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego.

Trener Polaka zamordowanego w Strefie Gazy: Zginął, wioząc chleb głodującym tylko u nas
Trener Polaka zamordowanego w Strefie Gazy: Zginął, wioząc chleb głodującym

– To był piękny człowiek. Może to zabrzmi górnolotnie, ale uważam, że być może w przyszłości zostanie nawet ogłoszony świętym. Został zamordowany, kiedy wiózł chleb głodującym. Czy można jeszcze pełniej wcielić Ewangelię w życie? – pyta w rozmowie z portalem Tysol.pl Henryk Łaskarzewski, trener śp. Damiana Sobola zamordowanego w Strefie Gazy przez armię izraelską.

Nie żyje prof. Jadwiga Staniszkis z ostatniej chwili
Nie żyje prof. Jadwiga Staniszkis

W wieku 81 lat zmarła wybitna socjolog i analityk polityczny prof. Jadwiga Staniszkis. Informację o śmierci przekazała jej córka.

Rzecznik dyscyplinarny zajmuje się Romanem Giertychem. Poszło o aborcję z ostatniej chwili
Rzecznik dyscyplinarny zajmuje się Romanem Giertychem. Poszło o aborcję

– Sprawdzamy, czy ten „ważny powód” był rzeczywiście tak ważny, że Roman Giertych może zostać usprawiedliwiony – mówi o nieobecności Romana Giertycha podczas piątkowego głosowania ws. aborcji rzecznik dyscyplinarny KO Izabela Mrzygłocka.

REKLAMA

Powrót niemieckich komunałek

Wiele mieszkań komunalnych w Moskwie czy Sankt Petersburgu wygląda do dziś jak za czasów Anny Achmatowej i Aleksandra Błoka. Wiem, bo widziałem na własne oczy. W Polsce osławione „komunałki” raczej już nostalgii nie wywołują, ale w Niemczech owszem. Z powodu rosnących cen wynajmu niektórzy decydują się na mieszkanie nawet w ponad 20 osób.
"Tłum" ludzików LEGO. Ilustracja poglądowa / Pixabay.com

Kto je jeszcze pamięta? W Polsce mieszkania komunalne zaistniały tuż po drugiej wojnie światowej, kiedy stalinowska paranoja, „twórczo” rozwinięta przez ideologów Bieruta, ukonstytuowała Polskę Ludową. Często przydzielano komunałki komu popadnie, nie egzaminując lokatorów ze szczerości deklarowanych przekonań. W obróconej przez Niemców w ruinę Warszawie brakowało kwater, władze komunistyczne wpychały więc do każdego mieszkania po kilka rodzin. Często na siłę dokładano dodatkowych współlokatorów, niekiedy całkowicie obcych, zebranych z ulicy lub spod izby wytrzeźwień. W stołecznych kamienicach, gdzie zwykłe rodziny dzieliły z nimi tę samą kuchnię i toaletę, dochodziło do dantejskich scen. Obecnie ze świecą szukać takich mieszkań w naszym kraju, ale wielu Rosjan do dziś gniecie się w komunałkach. Jak się okazuje, również w Niemczech owa forma „współlokatorstwa” na nowo się odradza, zwłaszcza wśród wzdychających na punkcie Rosji berlińskich lewaków.

Niektórzy młodzi Niemcy jednak żałują podjęcia decyzji o zamieszkaniu z ponad 20 osobami. 25-letnia Sandra ma teraz lepszą pracę i stać ją wreszcie na własne lokum w dzielnicy Friedrichshain. Niedawno mogła wyjść z „piekiełka”, jak określa dziś wspólnotę mieszkaniową, w której mieszkała przez dwa miesiące. – Właściwie miałam tam zostać dłużej, ale nie wytrzymałam – przyznaje. Jak opowiada, zbyt pochopnie i nieco naiwnie uwierzyła w sugestie właściciela mieszkania, który w ogłoszeniu w gazecie zapewniał, że wszyscy lokatorzy sumiennie trzymają się planu sprzątania. – W sumie mogłam przypuszczać, że trudno oczekiwać od 27 młodych osób, by każdy z nich był na sto procent taktowny i sumienny – mówi Sandra.

Pofabryczny budynek, w którym mieszkała, prezentuje się okazale. Niedaleko Dworca Wschodniego, kiedyś głównego punktu najważniejszej magistrali kolejowej NRD, stoi ceglany loft, będący kolejnym udanym przykładem rewitalizacji starych budowli w pozjednoczeniowym Berlinie. Modę na lofty Europejczycy zawdzięczają Amerykanom, którzy pół wieku temu zaczynali zasiedlać wolno stojące fabryki, unikając płacenia czynszu. Stolica Niemiec doskonale nadaje się do podobnych architektonicznych metamorfoz. Tyle że nad Sprewą tego typu mieszkania straciły swój pierwotny charakter i z czasem stały się cholernie drogie. – Czynsz za pokój w tak luksusowym mieszkaniu jest jednak niższy niż za dwupokojowe mieszkanie w bloku, w którym mieszkam dziś sama – tłumaczy Sandra.

Czytaj również: Kompromitacja komisji ds. Pegasusa. Mamy komentarz Macieja Wąsika

Widziałeś ją, zadzwoń! Policja prosi o pomoc w poszukiwaniach zaginionej 14-latki

 

Inna bajka

Młodzi lokatorzy, którzy zamieszkują powierzchnię liczącą 300 m², przyjechali do Berlina z tak różnych powodów, jak różne są kraje ich pochodzenia. Gwałtowny powrót „komunałek” jest też wynikiem kryzysu migracyjnego. Wszyscy są w wieku między 21 a 30 lat. Wśród nich jest m.in. informatyk z Indii, który realizuje marzenie o nauce języka niemieckiego. Albo Irlandczyk, który po schyłku złotego gospodarczego okresu Zielonej Wyspy znalazł w Berlinie zatrudnienie w banku. Także Syryjczyk, który wozi turystów rikszą przy Bramie Brandenburskiej. Dlaczego Sandra po dwóch miesiącach zwinęła żagle? – Po prostu miałam zupełnie inne wyobrażenia, kiedy wprowadzałam się do tego loftu. Przyjechałam do stolicy z Düsseldorfu, gdzie podczas studiów mieszkałam z dwiema koleżankami. Nie znałam ich wcześniej, a później okazało się, że mam z nimi więcej wspólnych tematów i zainteresowań niż z krewnymi. Ze sporą dozą idealizmu sądziłam, że tym razem może być podobnie – wspomina.

Jako menedżerka kultury niemal codziennie spotyka nowych ludzi i nie ma trudności w nawiązywaniu kontaktów. Dlatego zakładała, że z dwudziestu siedmiu osób przynajmniej pięć okaże się „całkiem w porządku”. – Nie musiałam przecież nawiązywać bliższego kontaktu ze wszystkimi, ale szybko stwierdziłam, że życie codzienne z tak liczną grupą to jednak inna bajka niż mieszkanie, które dzieliłam z dwoma osobami – dodaje.

Klimat w budynku przywodzi nieodparcie na myśl atmosferę hostelu – długie korytarze, sporo pokoi, kilka toalet i kabin prysznicowych. Przestronna kuchnia znajduje się na parterze i – jak zauważa Sandra – mimo świetnej aranżacji jest nieustannie brudna. – Nasze produkty spożywcze były rozmieszczone w ośmiu lodówkach i opatrzone karteczkami z naszymi imionami – wyjaśnia. Dużą popularnością cieszyła się wprowadzona przez syryjskiego lokatora koncepcja „czarnej dziury”. Koło piekarnika leżała taca, gdzie lądowała żywność, którą zniechęcony konsument chciał już wyrzucić. Ktoś inny mógł wtedy zadecydować, czy chce z niej jeszcze skorzystać. – Jeśli coś znalazło się w „czarnej dziurze”, z reguły po pięciu minutach znikało. Prawdopodobnie gdyby na tacy spoczął mój komputer, też bezpowrotnie by zniknął – śmieje się Sandra.

 

Wylęgarnia robaków

Każdy, kto wpuści się na socjalne pole minowe, jakim jest współczesny niemiecki wariant „komunałki”, dozna szoku kulturowego. Jednym z nich jest niezadowolenie grupy, jeśli ktoś po sobie nie posprząta. – A teraz pomnóżmy to razy 28. Czasem odnosiłam wrażenie, że nasza kuchnia była wylęgarnią robaków. Kiedy jeszcze tam mieszkałam, wszędzie latały muchy. Myślę, że dzisiaj bawią tam już zupełnie inni niezaproszeni goście, którymi interesują się entomolodzy – podejrzewa Sandra. Tymczasem kłopotem przy tak licznej grupie jest to, że trudno obwinić konkretną osobę za piętrzący się w zlewie bałagan, ponieważ zapytany o to współlokator nie poczuwa się do winy, zrzucając ją na innego (przeważnie nieobecnego).

– Być może były to jedynie trzy osoby, które w domu rodzinnym nie nauczyły się sprzątania, ale to od razu odbija się na nastrojach całej grupy – uważa Sandra, która zarazem przyznaje, że nie miała zbyt „wyśrubowanych” oczekiwań. – Do wielu rzeczy mogłam się przyzwyczaić, jak choćby do zlewu wysmarowanego pastą do zębów, do kłębków włosów w rurze odpływowej, a nawet do naszej podłogi, której przemierzenie na bosaka było niekiedy większym wyzwaniem niż spacer po torze żużlowym – wspomina.

Kiedy się wyprowadziła, już nazajutrz ktoś inny zajął jej miejsce. Pokoje w berlińskich „komunałkach” są obecnie pożądane jak nigdy wcześniej. Jeszcze piętnaście lat temu w centrum niemieckiej stolicy stały wszędzie wolne mieszkania. W 2024 roku na każde z nich przypada co najmniej 40 zainteresowanych – przy bezlitośnie rosnących czynszach. I to w takim stopniu, że władze długo nie nadążały z budowaniem mieszkań, a zaniedbanie tej sytuacji kładzie się cieniem na polityce SPDkomu, która latami zarządzała nieruchomościami w Berlinie. W każdym razie skład listy lokatorów „komunałki” Sandry zmieniał się niczym w kalejdoskopie.– Co parę dni stał przed naszymi drzwiami ktoś obcy z walizką. W pierwszych dwóch tygodniach mojego pobytu wyprowadziło się kilka osób, których chyba ani razu nie spotkałam – wspomina Sandra.

 

Upchani jak sardynki

W Niemczech mieszka obecnie ponad 5 mln osób w grupach mieszkaniowych. Wielu z nich to single, którzy nie chcą mieszkać sami. Lecz głównym powodem są rosnące ceny. Młodzi ludzie chcą mieszkać w brudnym i pękającym w szwach Berlinie, ale nie stać ich na własne mieszkanie. Sandra płaciła za swój pokój w lofcie przez pierwszy miesiąc ok. 500 euro. – To było zdecydowanie za drogo. Niewielki pokój i brudna łazienka. Jeszcze teraz wpadam we wściekłość, gdy pomyślę, że właściciel loftu zarabia na swoich lokatorach każdego miesiąca około 14 tys. euro i wydaje je poza granicami Niemiec – żali się Sandra. Jak twierdzi, nie zauważyła, aby właściciel choć raz zmartwił się jakąś awarią czy innym „niedociągnięciem” w mieszkaniu. Pobieranego czynszu ani razu nie reinwestował w budynek lub choćby w sprzątaczkę, która raz w tygodniu umyłaby toalety i kuchnię. Gdy jednak pytam Sandrę, czy sama chętnie sprząta, dyskusja urywa się jak maczetą obciął, a moja rozmówczyni szuka rozpaczliwie tematu zastępczego. 

Zaznacza, że po kilku tygodniach pobytu w nieszczęsnej komunałce musiała „coś zmienić”. Aby zaoszczędzić, w drugim miesiącu Sandra dzieliła swój pokój z rówieśniczką z Danii, która jednak ostatecznie okazała się głównym powodem jej wyprowadzki. – O trzeciej rano włączała laptopa i oglądała seriale, wcinając tłuste chrupki. Albo zapalała światło i rozmawiała godzinami ze swoim chłopakiem. A ja rano szłam niewyspana do pracy. Po trzech tygodniach powiedziałam: dość! – oburza się Sandra. Kiedy więc dziś pije poranną kawę na swoim balkonie, docenia wszystkie uroki wynikające z własnego mieszkania. Także to, że może robić, co tylko zechce, np. – jak mówi – „zjeść hamburgera w łóżku i później po sobie nie posprzątać”. A ja wtedy znów myślę o mieszkaniu w Petersburgu, gdzie na pokrytej okruszkami kanapie Achmatowa kończyła swój wiersz.
 



Oceń artykuł
Wczytuję ocenę...

 

Polecane
Emerytury
Stażowe