REKLAMA

[Tylko u nas] Edyta Górlicka: Afgańczycy chodzą w polskich czapkach. Udziergał je Klub Włóczkersów

O pomocy humanitarnej w Afganistanie, talibach, dzikich górach, losie bliskowschodnich kobiet i wspomnieniach z 11 września 2001 r. mówi Edyta Górlicka - wieloletni doradca ds. ekonomicznych, społecznych i humanitarnych przy PKW Irak i PKW Afganistan. Rozmawia Michał Bruszewski.
 [Tylko u nas] Edyta Górlicka: Afgańczycy chodzą w polskich czapkach. Udziergał je Klub Włóczkersów
/ Michał Bruszewski

Michał Bruszewski: 11 września 2001 roku Al-Kaida porwała pasażerskie samoloty i dokonała zamachów terrorystycznych na budynki WTC. Dla świata był to szok, to także symboliczna data rozpoczęcia na szeroką skalę wojny z islamskim terroryzmem. Czy ten tragiczny dzień miał wpływ na Pani decyzję o wyjeździe na Bliski Wschód?

Edyta Górlicka: Tak. Duża część mojej rodziny – w tym rodzice, mieszkają w USA. Gdy oglądałam relacje w telewizji jak samoloty wbijają się w wieże oczywiście próbowałam się do nich dodzwonić. Wtedy było to niemożliwe, bo zrywało połączenia, co tylko potęgowało lęk co tam się dzieje. Był to także dla mnie impuls by jakoś pomóc. W zasadzie od razu się tym interesowałam, w późniejszym czasie pojechałam do Warszawy, do Centrali Wojskowych Misji Pokojowych by zgłosić się do pomocy. Podjęłam decyzję, że najbliższe 10 lat chcę poświęcić na pomoc ofiarom islamskiego terroryzmu. Jeszcze do końca nie wiedziałam, jak i gdzie mogłabym to robić, ale determinacja była ogromna. Finalnie trafiłam do Iraku a potem do Afganistanu. Zajmowałem się doradztwem ekonomicznym, społecznym, koordynacją projektów humanitarnych, odbudową tych państw. Pełniłam różne funkcje w różnych okresach, między 2005 a 2008 r. w Iraku, w latach 2010 – 2014 w Afganistanie.

Afgańscy talibowi udzielili schronienia Al-Kaidzie. W październiku 2001 r. rozpoczęła się operacja militarna USA w tym kraju. Później do koalicji dołączyła Polska. Wojna w Afganistanie trwa już osiemnaście lat budzi więc ogromne kontrowersje. Jaki jest Pani zdaniem polski bilans zaangażowania w tym kraju?

Staraliśmy się bardzo tym ludziom pomóc. Mój zespół był zaangażowany w wiele ciekawych projektów – odbudowa prowincji Ghazni, wsparcie dla kobiet, leczenie dzieci, dostarczanie pomocy humanitarnej, szkolenia zawodowe, a z obiecujących młodych funkcjonariuszy lokalnej policji stworzyliśmy i wyekwipowaliśmy oddział strażaków. Polacy nadal w trakcie swojej misji pomagają Afgańczykom.

Jak Afgańczycy postrzegali Polaków, w porównaniu do innych nacji zaangażowanych w misję w tym kraju?

Zwykli ludzie: w Afganistanie - lepiej niż innych, w Iraku – traktowali nas fantastycznie, ze względu na to, że pamiętali jak Polacy budowali infrastrukturę w tym kraju. Wypracowaliśmy sobie dobre relacje na Bliskim Wschodzie i dzięki temu ten kontakt nie był zły.

Zupełnie pomijanym w mediach tematem, w kontekście wojny z talibami, jest pozycja afgańskich kobiet. Jak Pani ocenia ich los w tym kraju? Nasuwa się także pytanie – jak Panią tam traktowano?

Wiele się poprawiło w tym aspekcie ale to też zależy o kim mówimy. W miastach pozycja kobiet na pewno się poprawiła, wiele dynamicznych zaangażowanych Afganek robi kariery – współpracowałam choćby z rzutką ordynator szpitala. Im dalej na prowincję tym ta sytuacja jest gorsza. To kraj muzułmański, więc rola kobiety to rola matki i żony. Paradoksalnie, jeśli młodą żonę spotykają szykany to nawet nie tyle ze strony męża ale ze strony teściowej, bo ta wylewa swoje frustracje na młode kobiety i stara się trzymać dom twardą ręką. Kobiety robią kariery w polityce, ale są i też takie, które nie mają nic do powiedzenia, siedzą w domu, a wychodząc są w całości zakryte. Ja starałam się uszanować ich tradycje, więc oczywiście nosiłam chustę ale miałam też na sobie mundur co na pewno wzmacniało mój autorytet w rozmowach z mężczyznami. Początkowo byli w szoku (śmiech). Relacje z gubernatorem Ghazni były w porządku i robiono wszystko bym czuła się na takich rozmowach komfortowo. Dosłownie raz się zdarzyło, że jeden z uczestników takich spotkań uderzył mnie w rękę, gdy mu ją podałam ale przez to sam stracił w oczach innych autorytet i był skończony.

A jak pomagaliśmy afgańskim kobietom?

Wraz z kolegami i koleżankami prowadziliśmy wiele projektów pomocowych dla kobiet, choćby dotyczących aktywizacji zawodowej. Ważne jest także to, że jako kobieta miałam do nich łatwiejszy dostęp, mogłam z nimi porozmawiać, pomóc im, wysłuchać, wejść w to hermetyczne środowisko. Wiąże się z tym też zabawna historia podczas organizowanych przez nas: Dnia Matki oraz Dnia Kobiet.

I jaki był finał?

Dzień Kobiet był świetny, gubernator zaprosił do siebie sporo kobiet, świętowałyśmy. Problem w tym, że w ramach Dnia Kobiet Afganki postanowiły składać prezenty, wiersze i laurki Panu Gubernatorowi i jego męskiej świcie, którzy zachwyceni wysłuchiwali tych laudacji.

(śmiech) Inaczej to zinterpretowały.

Inna kultura. To jest też nasz problem, że my przekładamy naszą miarę na Bliski Wschód. To tak nie funkcjonuje. Podobne refleksje pojawiają się z wdrażaniem demokracji w Afganistanie. Taka rodzina afgańska, w zimę, w górach odcięta od cywilizacji, od miast, niekorzystająca w ogóle z dróg, żyjąca od setek lat tak samo bez zmian - ma inne spojrzenie na świat niż my. Nie zawsze gorsze. To co pozytywnie mnie zaskoczyło w Afganistanie to ogromne przywiązanie do starszych osób i szacunek jakim się otacza seniorów. Nawet najbardziej krzykliwy i wredny staruszek będzie słuchany i szanowany jako krynica mądrości. Nie odtrąca się starszych ludzi, w Afganistanie to zbrodnia.

A Pasztunwali [kodeks honorowy Pasztunów – przyp. red] jest nadal stosowany?

Afganistan nie jest jednorodny etnicznie czy wyznaniowo. Pasztunowie, pewnie także przez wpływy Pasztunwali, są krewcy i bojowi. Z naszej perspektywy rzecz jasna było to zagrożenie. Proszę pamiętać, że w Afganistanie pokolenia wcześniej wojowały z Anglikami czy Sowietami – mają to niejako we krwi. Ale są także np. Hazarowie – ich przeciwieństwo, kontaktowi, otwarci. Natomiast bez względu na grupę etniczną zwykli ludzie bardzo pozytywnie reagowali na naszą pomoc. W przypadkach zagrożenia życia mogli liczyć na naszych lekarzy. Poziom życia jest tam bardzo niski, więc pomoc polskiego lekarza była bardzo ważna.

Na to wszystko patrzyli talibowie, którzy widzieli, że pomagacie zwykłym ludziom…

I z tym ostro walczyli, walcząc de facto ze swoimi rodakami. Ciężko w to uwierzyć ale rodzina, której dzieci były leczone przez obcokrajowców była na celowniku talibów, mogła się spodziewać najgorszego. Jeden z dowódców policji, który ostro postawił się talibom został zamordowany.

Toczą się rozmowy pokojowe z talibami. Jak to Pani ocenia?

Nie chcę wchodzić w politykę ale negocjacje z kim? Z mordercami i zamachowcami-samobójcami?

Jak wspomina Pani Afganistan?

To przepiękny kraj. Bezkresne góry, które mienią się różnymi kolorami, zapierające dech, trochę też przerażające. Ludzie przyjaźni i otwarci z jednej strony, ale z drugiej – i tutaj pojawia się moja kolejna refleksja – ludzie, którzy muszą się usamodzielnić. Dużo mówi się by dawać ludziom „wędkę a nie rybę”, problem w tym że stali się też roszczeniowi. Jeśli Afganistan ma się odbudować Afgańczycy muszą wziąć odpowiedzialność za swój kraj.

Pamiętam jak w skandaliczny sposób hejterzy komentowali w internecie artykuły o Wojsku Polskim w Afganistanie, wyzywając naszych żołnierzy. Pani współpracowała przez tyle lat z polskimi wojskowymi w ekstremalnych warunkach. Jak Pani się do tego odniesie?

Ludzie nie mają pojęcia jak ciężka to służba. Polscy żołnierze z którymi ja współpracowałam to profesjonaliści. Ich motywacje wyjazdu na misję były różne: jeden chciał się sprawdzić, inny chciał dorobić, jeszcze inny pojechał bo taki był rozkaz, ale to co ich wszystkich łączy to arcyprofesjonalizm w wykonywaniu zadań mandatowych. Dlatego zarówno wśród lokalnej ludności czy to w Iraku czy Afganistanie, jak i w wojskach sojuszniczych mamy dobrą opinię. Nie chcę mówić, że coś sama zrobiłam bo bez ochrony, pomocy, wsparcia i wyrozumiałości zarówno kolegów jak i dowódców byłoby to niemożliwe. Dziękuję wszystkim za współpracę i wsparcie w realizacji zadań.

Na koniec pytanie czy Afgańczycy chodzą w polskich czapkach?

(Śmiech) Faktycznie, akcja Redemptoris Missio to jeden z ciekawszych projektów jaki prowadziłam. W zasadzie to promocja polskiego handmade-u. Akcja polegała na tym, że szefowa R.M. z jedną z zakonnic wpadła na pomysł, że udzierga potrzebującym czapki, potem do niej dołączyły kolejne osoby , więźniowie, osoby chore, zakonnice i tak wszystkich łączy Klub Włóczkersów. Na sam koniec cały transport takich czapek trafił do Afganistanu. Odbiór był bardzo pozytywny. Robili wełniane czapki, szaliki, rękawice. Cały czas jest to dalej kultywowane.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał Michał Bruszewski


Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Powinniśmy przyjąć imigrantów Łukaszenki?
Tygodnik

Opinie

Popkultura