REKLAMA

[Tylko u nas] Dr Rafał Brzeski: Euroinwigilacja? Jak będzie wyglądał świat po koronawirusie?

Zamknięte szkoły, przedszkola, teatry i muzea. Odwołane konferencje i narady, imprezy sportowe bez publiczności, kontrola sanitarna na granicach, blokady miast i regionów, kwarantanny szpitalne i domowe, przepisy, zalecenia, obostrzenia, wypełnianie formularzy, kontrole. Maseczki na twarzach to nie karnawałowa uciecha tylko higieniczna konieczność. Rozmawiamy na odległość jednego metra. Przestajemy podawać sobie rękę na powitanie tylko ewentualnie - japońskim wzorem - stukamy czubkiem buta w czubek buta znajomego. Świat walczy z koronawirusem. Wcześniej, czy później epidemia jednak wygaśnie i rodzi się niepokojące pytanie - co z tych narzuconych ograniczeń i nabytych przyzwyczajeń pozostanie. Które z administracyjnych rozwiązań kontrolnych zostaną wpisane na trwałe i staną się codzienną rzeczywistością. Przykładowo, czy swoboda przemieszczania się wewnątrz Unii Europejskiej zapisana w układzie z Schengen utrzyma się, czy nie? Obecnie przekraczając granicę samochodem teoretycznie nie musimy okazywać paszportu, ale praktycznie nie tylko, że trzeba udowodnić swoją tożsamość, ale na dodatek zmierzyć temperaturę i wypełnić formularz podając aktualne i przyszłe dane lokalizacyjne oraz dane gdzie się przebywało przez ostatnie dwa tygodnie.
 [Tylko u nas] Dr Rafał Brzeski: Euroinwigilacja? Jak będzie wyglądał świat po koronawirusie?
/ Pixabay.com
Obostrzone przepisy sanitarne w Europie ocierają się o łamanie postanowień Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych (GDPR) przyjętego przez Unię Europejską w połowie 2018 roku. W normalnych warunkach byłyby ich naruszeniem, ale mamy sytuację szczególną i poczucie obywatelskiego obowiązku wymusza zgodę na rezygnację z chronienia własnych danych włącznie z danymi chorobowymi. Pytanie, czy raz podane informacje, które trafiły do różnych baz danych zostaną wymazane i usunięte po przejściu epidemii. Można wątpić zwłaszcza, że nie chodzi tylko o rządowe bazy danych ale również korporacyjne. Wielu pracodawców wymaga bowiem teraz od pracowników wypełnienia różnistych kwestionariuszy i podania planów podróży. Inni żądają podania danych medycznych, do czego nie mają prawa, ale jak się okazuje jest to szara strefa. Przykładowo pracodawca nie ma prawa żądać od pracownika żeby zmierzył temperaturę i podał, czy ma gorączkę, ale recepcjonistka może tego zażądać od gościa odwiedzającego firmę.

Czego w Unii Europejskiej zdecydowanie nie można robić, nawet w celu zahamowania epidemii, to przy pomocy smartfonów monitorować i lokalizować obywateli bez ich zgody. Propozycję taką wysunął w ubiegłym tygodniu dyrektor niemieckiego Instytutu Roberta Kocha, co wywołało natychmiast falę protestów. Dziennik Der Tagesspiegel ujawnił przy tym, że niewielka firma Unilabs z Hamburga zajmująca się tworzeniem aplikacji geolokalizacyjnych wspólnie ze szkołą medyczną w Hanowerze finalizuje prace nad aplikacją śledzącą ruchy osób zarażonych koronawirusem a także osób, które się z nimi kontaktowały. Będzie więc można wychodząc z domu rozejrzeć się czy przypadkiem w pobliżu nie ma jakiegoś siewcy patogenu.

Europejski monitoring anty-wirusowy to przysłowiowy pikuś w porównaniu z dalekowschodnim. Nawet przyzwyczajeni do cenzury i wszechobecnej inwigilacji użytkownicy chińskich mediów społecznościowych narzekają, że teraz jest znacznie gorzej niż w 2008 roku przy okazji Olimpiady w Pekinie lub w 2010 roku w trakcie światowej wystawy Expo w Szanghaju. Teraz duże korporacje instalują systemy rozpoznawania oraz zdalnego rejestrowania temperatury twarzy i w strumieniu pracowników przychodzących do pracy wyłapują ludzi z gorączką lub tych, którzy zapomnieli założyć obowiązkową maseczkę. Jeden z użytkowników mikroblogu Weibo opisał, że chcąc wejść do bloku, w którym mieszka musi teraz okazać straży sanitarnej nie tylko swój kod QR mieszkańca (taki kwadracik z kombinacją czarnych plamek), ale także podać imię, nazwisko, odpowiednik numeru PESEL, przedstawić zaświadczenie, że nie jest nosicielem koronawirusa oraz opowiedzieć, gdzie przebywał w ciągu ostatnich 14 dni. Przy wychodzeniu z domu musi dodatkowo podać temperaturę, którą winien zmierzyć przed opuszczeniem mieszkania. Monitoring lokalnych straży sanitarnych oraz rozporządzenia nadgorliwych prowincjonalnych biurokratów są głównym źródłem narzekań. Władze niektórych miast chińskich oferują nagrody mieszkańcom, którzy zgłoszą sąsiada wyglądającego na chorego. Operatorzy sieci telekomunikacyjnych śledzą ruchy posiadaczy smartfonów wytypowanych jako podatnych na zarażenie a media społecznościowe zorganizowały gorące platformy, na których można donieść na sąsiada lub znajomego. Możliwości głupich kawałów lub złośliwości są wielkie, zaś wytłumaczenie, że jest się zdrowym trudne i długotrwałe.

Najwięcej złej krwi sprawia Chińczykom wprowadzony w ponad 100 miastach system kolorowych kodów. Kolor zielony - zdrowy. Kolor żółty - podlega kwarantannie, kolor czerwony - zarażony. Ten ostatni jest nadawany na podstawie testów i jest zrozumiały, ale o zmianie koloru z zielonego na żółty decydują urzędnicy i służby sanitarne na podstawie historii podróży, czasu przebywania w rejonie ryzyka oraz kontaktów z potencjalnymi nosicielami wirusa. Dowolność decyzji jest duża i chiński internet jest pełen narzekań na arbitralne skierowanie na domową kwarantannę pod elektronicznym nadzorem poprzez smartfon nawet bez możliwości zrobienia zakupów żywności. Jednocześnie krążą opowieści o potężnych dziurach w zbiurokratyzowanym systemie kordonów sanitarnych, w których jako drastyczny przykład podaje się historię zwolnionej z więzienia zarażonej kobiety, która przejechała niekontrolowana z otoczonego kordonem Wuhanu do Pekinu.

Elektroniczną kontrolę przyjezdnych wprowadzono także na Tajwanie. Po wywiadzie na lotnisku i wypełnieniu kwestionariusza przybysze z krajów uznanych za niegroźne otrzymują SMS-em prawo wjazdu. Przybysze z kraju o niskim ryzyku kierowani są na kwarantannę domową pod nadzorem za pośrednictwem smartfona, czy pozostają w mieszkaniu i fizycznie nie kontaktują się z ludźmi. Jednocześnie od 18 lutego wprowadzono specjalną aplikację, poprzez którą wszystkie szpitale, kliniki, przychodnie i apteki mają dostęp do danych, skąd przybyli ludzie, którzy wjechali na terytorium Tajwanu po pojawieniu się koronawirusa.

Stan wyjątkowy, a taki pod wpływem patogenu, panuje obecnie na świecie, to termin z pogranicza prawa i polityki, który wymyka się klarownej definicji. Włoski filozof Giorgio Agamben uznał, że „w prawie publicznym wciąż brak zadowalającej teorii stanu wyjątkowego”, który znajduje się
„na przecięciu prawa oraz polityki”. W sytuacjach wyjątkowych to politycy decydują co jest prawem i naginają je do potrzeb aktualnej sytuacji. Problem w tym, że najczęściej nie przywracają później stanu sprzed sytuacji szczególnej, a obywatele na ogół nie protestują, gdyż przywykli i przystają już na rzeczywistość, która wcześniej wydawałaby się im jako naruszająca ich prawa i nie do zniesienia. Czy kiedy nadejdzie czas po koronawirusie elektroniczna inwigilacja i nadzór za pomocą smartfonów również uznany zostanie spolegliwie za element aktualnej rzeczywistości?

Rafał Brzeski

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura