[Tylko u nas] Bruszewski: Miliony kamer. Inwigilacja. Cenzura. Eksport chińskiego Wielkiego Brata

System Oceny Obywateli, 600 milionów kamer, tylko cyfrowa waluta, „bramki” kontroli w Internecie, cenzura, system socjalny oparty na rejestrach policyjnych, obowiązek instalacji aplikacji, geolokalizacja oraz interfejs sztucznej inteligencji i rozpoznawanie twarzy. Pekin dokonał fuzji autorytaryzmu z technologią. Chińczycy zaprosili do tańca system mono-partyjny i najbardziej zaawansowane procesory. Teraz chcą eksportować swoje „orwellowskie dzieło” do 63 państw.
 [Tylko u nas] Bruszewski: Miliony kamer. Inwigilacja. Cenzura. Eksport chińskiego Wielkiego Brata
Pixabay.com

W pomieszczeniu kawiarni, w której piszę ten felieton kiedyś zmieściłby się tylko jeden komputer zajmując go po same ściany, a żeby zagrać w „Prince of Persia” pewnie trzeba by na dodatkowy procesor wydzierżawić toaletę. Dzisiaj w kieszeni spodni chowamy smartfona, który jest urzeczywistnieniem tego co niedawno - bo przecież w drugiej połowie XX w. - było tylko sekretną domeną wojska i szpiegów, a na podobne choć o wiele wolniejsze nowinki stać było tylko mocarstwa. Skok technologiczny jaki ludzkość wykonała w ostatnich dekadach jest „porażający” – wypełniając zarówno pejoratywną, jak i pozytywną stronę tego sformułowania, poraża rozmachem, strzelistością rozwoju i dobrami, które może przynieść cywilizacji, poraża także faktem jak bardzo degraduje człowieka. Być może najtrafniej obecną sytuacją technologiczną oddaje chiński „Yin” i „Yang” – biel i czerń, światło i mrok. Jest to o tyle adekwatne, że to właśnie Pekin z wyśmiewanego bazaru podróbek stał się technologicznym molochem o skali inwigilacji od której najbardziej złowieszczy szef tajnej policji z XX w. dostałby pomieszania zmysłów. 

Czy w ogóle mamy świadomość tego jak na naszych oczach zmienił się świat? Im młodsze pokolenie tym widać większy klin wbity między kolejny roczniki. Brak sztafety pokoleń w pojmowaniu świata nie był nigdy nadzwyczajny ale to zjawisko osiąga limity. Dzisiaj „dinozaurem” jest już trzydziesto- i czterdziesto-latek. W kolejnym pokoleniu chyba za wiek starczy uznawane będzie wejście w pełnoletność. O starości umysłu decyduje dzisiaj biegłość w technologii. Dziecko, któremu podano drukowaną gazetę do czytania próbowało przerzucać strony jak na tablecie. Gdy kiedyś opowiedziałem w większym gronie, że w młodości chodziliśmy „grać na automatach” mój młodszy rozmówca zrobił wielkie oczy i zapytał czy byłem uzależniony od hazardu. „Budy z automatami” dla obecnego pokolenia to brzydkie blaszane bloczki z jednorękim bandytą na którym ludzie przegrywają swoje pensje i życie. To fakt. Tyle, że wtedy „gry wideo” (bo tak się je wówczas określało, a teraz sama ta nazwa jest anachronizmem) były dostępne głównie „na automatach”, w obskurnych budach, grało się w Mortal Kombat, Street Fightera, Metal Slug, Dinozaury i Cadillaki czy protoplastę Fify. Na „jedno życie”, bo kolejne oznaczało zakup następnego żetonu, które sprzedawał z zadymionego pokoiku z plastikowym okienkiem słabo kontaktujący sprzedawca. Rewolucja technologiczna miała wymiar tego, że umożliwiono nam granie w domu. „Konsola” typu Nintendo czy Pegasus (zbieżność nazw przypadkowa) na kartridże, komputerek na kasety typu Commodore, gdzie w trakcie wczytywania gry wystarczyło, że mama kolegi weszła do pokoju z „kanapki przyniosłam” na ustach i cała zgraja dzieci wzdychała bo tylko maleńki ruch wystarczył, że trzeba było wczytywać grę od początku. Na starej dobrej Amidze skończywszy. To co było dostępne na żetony Amiga oferowała na sześciu lub siedmiu dyskietkach, a dźwięk wczytywania „gry wideo” przypominał zgrzytanie zębów „beneficjentów” prokuratury. Wtedy wydawało się, że największą polską grą komputerową będzie „Franko”, nikt nie wyobrażał sobie nawet, że cały świat będzie czekał na premierę Cyberpunk 2077. Chyba, że w wersji książkowej.

To co kilkanaście lat temu było dla nas apogeum rozwoju cywilizacyjnego dzisiaj jest obiektem muzealnym. Opowieści o tym, że chodziło się do sąsiadów albo na pocztę by zadzwonić przez telefon brzmią jak bajki o żelaznym wilku i to jeszcze pożałowania wartym a nie groźnym, zadziornym, właśnie wilczym. Dźwięk łączenia modemu z Internetem brzmiący jak nadawany sygnał S.O.S. przez zabijanego robota w filmie Sci-Fi klasy „B” dzisiaj jest tylko wspomnieniem. Kilka miesięcy temu wysoki pakiet internetowy w sieciach komórkowych wynosił 25 GB, obecnie na to miejsce jest 250 GB, jeszcze do niedawna atrakcją było nagrywanie na telefonie filmów w jakości 4K, teraz to przeżytek. Jest 8K. Czy ludzkie oko jest w ogóle w stanie odróżnić taki obraz? 

Przeciętny Amerykanin wchłania dziennie 34 gigabajty danych, co naukowcy przełożyli na równowartość 100 tysięcy słów. To tak jakby 12 godzin ktoś mówił do Ciebie bez przerwy. Gdyby naukowiec, który podał takie zestawienie był bardziej dowcipny dodałby, że mówiącym jest „teściowa”. Współczesna cywilizacja pierwsze czynności o poranku, które wykonuje to nie są czynności fizjologiczne ale scrollowanie mediów społecznościowych. W trakcie pandemii 3 mld osób korzystało z „socjalów” jednego z internetowych monopolistów. Inny gracz notuje 126 mln użytkowników dziennie. Bodźce, które odbiera współczesny człowiek nijak mają się do tego co przeżywał homo sapiens w XX w. Zmiana jest tak drastyczna na przestrzeni tak wąskiej linii czasu, że naiwnością byłoby nie sądzić, że szybko stanie się elementem wprzęgniętym przez państwa autorytarne w system kontroli. I stała się. Silnik odrzutowy i narkotyki testowało Luftwaffe w okresie II wojny światowej by skuteczniej zabijać, rynek cywilny szybko znalazł powojenne zastosowanie dla tych wynalazków. Dzisiaj jest na odwrót, „cywil” tworzy wynalazki, które wchłania państwowa machina, a gdyby do dzisiejszego tempa rozwoju potrzebna była wojna światowa to na Ziemi nie ostałby się nikt żywy. 

Modelowym przykładem tego jak nowoczesne technologie stają się naczelnym arsenałem polityków są Chiny. Jak w grze RPG, albo strategii RTS chińscy obywatele dostają od władzy punkty. Jeżeli Chińczyk nazbiera ujemnych punktów zbyt dużo – a jest to rejestrowane w krajowym systemie ubezpieczeń – dostaje od Pekinu po uszach. W ten sposób nie doszło do ponad 17 mln podróży lotniczych i 5 mln podróży kolejowych, ponieważ niedoszły podróżnik źle się wcześniej zachowywał. Komunistyczna Partia Chin pogroziła palcem i „wychowała” obywatela, który zanim zechce gdzieś pojechać najpierw musi się nad sobą zastanowić. Okazało się, że taki system kontroli jest w obecnym roku obiektem zazdrości wielu liberalnych demokratów, ponieważ oficjalnie to ChRL najlepiej poradziła sobie ze skutkami pandemii (a przynajmniej szybciej niż reszta). O czym już pisałem w innych felietonach – liberalna demokracja chciała być panaceum na wszystko, co skutkowało tym, że teraz skuteczność w okresie kryzysu jak order do piersi przypinają sobie zamordyści. Ze skrajności w skrajność. Wróćmy do Państwa Środka. Większość rządów ma dostęp do podobnych technologii ale to w Chinach udało się zasłonić ciemną stroną jasną część. Nowe technologie były do tej pory zmorą dyktatur – młodzież skrzykująca się na twitterze, ba, Wiosna Arabska przecież oficjalnie była nazywana „Rewolucją Twittera”. To na czym polegli inni, Chiny wykorzystały do umocnienia panowania czerwonych mandarynów. Oczywiście można wiele wytłumaczyć karnością i zbiorowością dalekiej Azji w kontrze do temperamentu Afryki czy indywidualizmie Zachodu, ale do czasu. 

System Oceny Obywateli cały czas się rozwija – jego gargantuiczna postać w zasadzie ma być znakiem firmowym dzisiejszych Chin. Wszechobecne kamery monitoringu, system rozpoznawania twarzy i identyfikacja oraz analiza danych (big data) generują bazę informacji o obywatelach. Co ciekawe, o tych orwellowskich planach Pekin wcale nie milczy. Wręcz przeciwnie, chwali się tym, iż inwigilacja przełoży się na osobistą karierę Chińczyków. Punktacja ma być związana z lepszymi studiami, lepszą pracą czy atrakcyjniejszym mieszkaniem. Jak zapunktować u władzy? Nie chodzić na mszę (praktyki religijne są źle oceniane), nie chodzić na demonstracje polityczne (podobnie), nie hejtować rządu w Internecie, nie oszukiwać w grach online oraz mniej kontrowersyjne, czyli praworządnie jeździć samochodem. Kredyt, dobre studia, socjalne benefity i możliwość wyjechania z własnego miasta dla chińskiego chrześcijanina zaangażowanego politycznie będą utrudnione. Jego pracodawca jest zobowiązany regularnie raportować o jego zachowaniu. Za to punktowane pozytywnie jest chwalenie Komunistycznej Partii Chin w Sieci. Obywatele mają mieć przyporządkowane kategorie: A, B, C i D. Od litery „C”,  w dół alfabetu, zaczynają się poważne kłopoty. Pętla kontroli zaciśnie się jeszcze bardziej ponieważ w niektórych chińskich miastach – jak donosi Financial Times – testowany jest model transakcji bezgotówkowych. Tylko obieg cyfrowy. Oznacza to kolejną pozycję do bazy danych o obywatelach – co, kiedy i jak kupują. Że Pekinowi pójdzie łatwo nie ma wątpliwości ponieważ z aplikacji w telefonie korzystają nawet żebrzący o jałmużnę. Sam Internet jest cenzurowany przez 60 wyspecjalizowanych podmiotów. „Zmutowany intranet” tak chińską Sieć nazywa Orville Schell autor artykułu w Financial Times. Pandemia Covid-19 pozwoliła przewodniczącemu Xi Jinpingowi na jeszcze bardziej zakrojone zbierania danych, wymuszając na Chińczykach używanie specjalnych monitorujących aplikacji. Jak donosi magazyn, Pekin ma ambicję ekspandować swoje pomysły do 63 zagranicznych partnerów. 

Kto może być kontrahentem handlowym Pekinu nie trudno się domyślić. Na fali walki z koronawirusem Kreml postanowił w niektórych miejscach wprowadzić Mądry System Kontroli oparty na aplikacjach będących przepustkami. I o ile wykorzystanie technologii by pomagać osobom chorym nie jest kontrowersyjne, o tyle obóz Jinpinga i Putina z pewnością idzie i pójdzie jeszcze dalej, a pandemia będzie tylko pretekstem dla zawężania obywatelom resztek wolności osobistej. Z resztą nie ukrywają tego, a Chiny chcą sprzedać to światu jako świetne rozwiązanie politycznych problemów. Szkopuł w tym, że jako „problem” uznają „wolność”. 

 


Ankieta
Czy #StrajkKobiet służy kobietom?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy #StrajkKobiet służy kobietom?
Tygodnik

Opinie

Popkultura