REKLAMA

[Tylko u nas] Michał Bruszewski: "Gra o tron” w Doniecku. Narkomani, gangsterzy i agenci

Niedawna wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie była istotnym momentem dla Ukrainy by przypomnieć światu, że polski sąsiad wciąż mierzy się z problemem konfliktu zbrojnego rozpalonego na jego wschodnich terenach. Tak jasne stawianie sprawy przez prezydenta Dudę, który otwarcie podczas opisywanej wizyty mówił, że w 2014 roku to Rosja napadła na Ukrainę i złamała prawo międzynarodowe jest chlubnym wyjątkiem na międzynarodowych salonach. Europa odwróciła wzrok od konfliktu w Donbasie. 27 lipca weszło w życie porozumienie o całkowitym zawieszeniu broni. Prorosyjscy separatyści ignorują te postanowienia. Strona ukraińska w ciągu ostatnich tygodni raportowała, że separatyści co najmniej kilkanaście razy złamali reżim wstrzymania ognia.
kałasznikow [Tylko u nas] Michał Bruszewski:
kałasznikow / Screen YouTube Vice News

Od początku wojny – rozpoczętej w 2014 roku – zginęło 3,3 tys. cywilów, a 10 tys. zostało rannych. 1,5 mln osób musiało opuścić swoje domy. W okopach Donbasu życie straciło 2,6 tys. ukraińskich żołnierzy – rannych zostało tylu ile cywilów. Plagą są samobójstwa weteranów, którzy służyli na wschodzie kraju, zwłaszcza częste wśród byłych jeńców, którzy przeszli przez separatystyczne areszty. Jeńcy byli torturowani w niewyobrażalny sposób. Zmowa milczenia nad tym co dzieje się na wschodniej Ukrainie, pod dyktando Rosji, sprawia że europejska opinia publiczna nawet nie wie komu w Doniecku i Ługańsku przypadła władza. 

Jeszcze do niedawna zachodnia Europa spoglądała naiwnie na wschód Ukrainy niczym na Katalonię lub Szkocję nie rozumiejąc istoty konfliktu. Punktem kulminacyjnym, który w zachodniej Europie odebrał resztki sympatii dla prorosyjskich separatystów na wschodniej Ukrainie było zestrzelenia pasażerskiego samolotu MH17 w lipcu 2014 roku. Sprawa – o czym Polacy nie zdają sobie sprawy - nieustannie się ciągnie. Rosja właśnie opuściła grupę trójstronną z Holandią i Australią ds. wyjaśnienia katastrofy lotniczej. Wycofali się zarzucając Niderlandom stronniczość. A przecież o tym, że zestrzelenia dokonali separatyści mówiło wprost nawet dwóch przywódców prorosyjskiej rebelii. Dla zachodniej opinii publicznej konflikt w Donbasie jest kuriozalną zagadką. Dlaczego Kijów nie mógł poradzić sobie z garstką pseudo-żołnierzy nazywający się „ludowymi milicjami”? Mylące w zachodniej percepcji konfliktu są także dane statystyczne. Faktycznie, na papierze, przewaga Ukraińców jest prawie dwukrotna, a na początku wojny powinna była być jeszcze znaczniejsza. Po ukraińskiej stronie frontu zaangażowanych jest ok. 64 tys. ukraińskich żołnierzy lub funkcjonariuszy. Naprzeciwko siebie mają ok. 35 tys. separatystów (lokalnych żołnierzy, najemników, czy wprost – wojsk z Rosji). Bliskość rosyjskiej granicy i jej wsparcie „zza kordonu” to jednak czynnik odmieniający konflikt na korzyść separatystów. Wspomniane proporcje są więc czysto teoretyczne. Tak było choćby pod Iłowajskiem w sierpniu 2014 roku gdy rosyjskie zwarte grupy batalionowe (nieudolnie stosujące maskirowkę) przekroczyły granicę i wsparły separatystyczne oddziały „Wostok” i „Opłot”. Już wtedy pod ukraińską granicą Rosjanie trzymali ok. 40 tysięcy żołnierzy gotowych do walki. Rosyjska militarna i polityczna „kroplówka” pozwoliła przetrwać separatystycznym para-państwom, które wiążą ręce kijowskiego rządu w niekończącej się awanturze na wschodzie kraju. Polityczne zmęczenie Europy problemami Kijowa – z jednej strony, interesy ekonomiczne i polityczne Europy z Rosją, z drugiej – sprawiły, że nawet porozumienia mińskie działają na niekorzyść Ukrainy, która bez wsparcia broni ciężkiej nie jest w stanie odbić Donbasu. Doszło do impasu, który wytyczają transzeje okopów, a wojna – bez spektakularnych medialnych bitew – zamieniła się w pojedynek drużyn piechoty. Ten impas wzmacnia protegowanych przez Moskwę „zarządców” tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DNR) i Ługańskiej Republiki Ludowej (LNR).   

Epopeja politycznych i wojskowych przywódców DRL i LNR przypomina radziecki komedio-dramat wojenny. Niczym w kinematografii stalinowskiej propaganda separatystów potrzebowała na gwałt przykładów bohaterstwa, którymi mogłaby legitymizować swoją władzę. Potrzebowano nazwisk, stopni i „ludowych” bohaterów. W tym sensie Donbas stał się krainą możliwości dla każdego, przy czym słowo „każdy” należy rozumieć dosłownie, ponieważ kolejne lata wojny i niesłabnąca popularność separatystycznych liderów w rosyjskich mediach pozwoliła zajrzeć zachodnim dziennikarzom w ich życiorysy. Rosyjskie media podniosły tych ludzi do rangi celebrytów. Dekonspirując przy okazji fakt, że DNR i LNR „importowały” kadry bezpośrednio z Rosji. Jeśli zagłębić się w résumé i postawy przywódców wojsk separatystycznych, nie będzie egzotycznym porównanie tego konfliktu do afrykańskich wojen. Schemat jest podobny - centralny rząd zwalcza kombinowane siły war-lordów, kacyków nękających nieustannie legalne władze. Nawet ekscentryzm i szaleństwo przywódców się zgadza. Problem w tym, że za separatystycznymi „war-lordami” stanęła potęga militarna Federacji Rosyjskiej. 

Naśladowanie sowieckiej propagandy jest stałym elementem separatystów, więc i potrzebna „republikom” była bohater-kobieta. Taką rolę spełniać miała Switłana Driuk, a w jej historii pojawił się nawet płomienny romans.  Wydawałoby się - sytuacja idealna. Szkopuł w tym, że flirt był niekorzystny dla donieckich i ługańskich propagandystów. Na własne życzenie sprokurowali oni operę mydlaną, którą żyła cała Ukraina. Driuk z prostej sanitariuszki awansowała na dowódcę pułku – wzór dla donbaskich kobiet, że mogą tam robić karierę. W swoim czasie była gwiazdą i zadedykowano jej film „Opołczenoczka”. Problem w tym, że Driuk zakochała się w funkcjonariuszu ukraińskiego wywiadu i uciekła z Donbasu zabierając ze sobą tajne dokumenty. Potwierdziły one to co od lat pisano już w prasie, że separatystyczne wojska to zbrojne ramię Federacji Rosyjskiej. Według jej relacji, w każdym pułku „separów” znajduje się pełna dokumentacja przygotowana dla rosyjskich żołnierzy, którzy mają być tam przysłani z Rosji jako uzupełnienie. Wszyscy po przybyciu otrzymują fałszywe dokumenty potwierdzające donbaskie pochodzenie. Dodatkowo, na szkielecie jednego pułku separatystów rozwijane są trzy pułki Rosjan.

Driuk uciekła na Zachód, gdy na Wschód zbiegł inny donbaski „celebryta”. Rekonstruktor historyczny pozujący z ciężkim karabinem maszynowym Maxim oraz autor książki fantasy obecnie pozwalający się fotografować z siatkami bazarowymi w niepozornym sweterku. Igor Girkin vel Striełkow, raz po raz, nawiedza rosyjskojęzyczne media swoimi spiskowymi teoriami. Ten niepoważny „imidż” i odpowiedni moment, który wybrał na ucieczkę ze wschodniej Ukrainy na podmoskiewskie blokowisko określa się jako prawdopodobny powód tego, iż po prostu uratował swoje życie. Może – jeśli wierzyć jego postom na Vkontakte - „klepie” biedę, ale żyje. W przypadku kręgu doniecko-ługańskich przywódców – a Girkin był w tej koterii nie lada figurą – ocalenie skóry to wyjątkowe osiągnięcie. Dziennikarze Biełsat TV podkreślili, że za kolejnymi śmierciami w noworosyjskich „elitach” stoją porachunki rosyjskich służb specjalnych lub walki grup przestępczych. Rosja twierdzi, że to zamachy organizowane przez Kijów. Girkina pokochały moskiewskie media, gdy zaczął się przedstawiać jako ten, który pierwszy rozpalił separatystyczne walki. Jego popularność była ogromna. „Pierwszy pociągnąłem za spust” – mówił jednemu z niemieckich dziennikarzy. O sławę ekscentrycznego Girkina miał być nawet zazdrosny Władimir Putin. Gdy w 2014 roku separatystyczna rebelia zaczęła się rozlewać na wschodniej Ukrainie, w ramach rosyjskich reperkusji po majdanowej rewolucji, Girkin znalazł się w kluczowym mieście – Słowiańsku, tam stał się samozwańczym ministrem obrony tzw. Donieckiej Republiki Ludowej. Wcześniej rezydował na Krymie, czyli niesłychany zbieg okoliczności (a raczej inny czynnik) pchnął go tam dokładnie, gdzie szykowały się rozbiory Ukrainy. Mylne byłoby postrzeganie Girkina tylko przez pryzmat ekscentrycznego telewizyjnego „szura”, monarchisty wygrażającego publicznie Putinowi i zarzucającemu mu zdradę. Igor Wsiewołodowicz Girkin vel. Igor Iwanowicz Striełkow to emerytowany pułkownik Specnazu GRU i oficer FSB, weteran rosyjskich kampanii w Czeczenii, Jugosławii i Naddniestrzu. W czerwcu 2019 roku holenderska prokuratura uznała go za współodpowiedzialnego za zestrzelenie samolotu pasażerskiego MH17 i wydano za nim międzynarodowy nakaz aresztowania. Notabene sam Girkin publicznie przyznał się, iż czuje odpowiedzialność moralną za atak rakietowy na cywilny samolot – idąc na przekór oficjalnej rosyjskiej narracji, że to Ukraińcy odpowiadają za tragedię.  Dziennikarze śledczy piszą o Girkinie per „człowiek od mokrej roboty”. Striełkow miał być zamieszany w masakrę bośniackich cywilów w Višegradzie w 1992 roku. Wróćmy na Ukrainę. W separatystycznej rebelii pełnił później funkcje szefa sztabu prorosyjskich bojówek, odpowiadał za zajmowanie obiektów administracji w Słowiańsku i Kramatorsku – czyli w najbardziej newralgicznych miejscach ataku separatystów - oraz za głośną akcję porwania obserwatorów OBWE. To jednak wypowiedzi Girkina po jego ucieczce z Donbasu przyciągnęły uwagę mediów.

Częściowo są one na rękę Kremlowi, ponieważ Girkin zarzuca Putinowi, że zdradził sprawę o którą walczyli, że powinien był anektować Donbas. Implicite wybiela więc rolę Moskwy w konflikcie na wschodzie Ukrainy. Ciekawsze są jednak słowa Girkina, które rzucają światło na wewnętrzny układ sił w okupowanych przez separatystów: Doniecku i Ługańsku. Girkin swoich „kolegów” z donieckiego rządu nazwał „podłymi przestępcami i narkomanami”. Zdaniem Striełkowa dowódca Ludowego Pospolitego Ruszenia Doniecka – Igor Bezler miał okraść bank, a separatystyczny burmistrz miasta – Wiaczesław Ponomariew - został schwytany przez służby Girkina również za złodziejstwo oraz narkomanię. Uzależnienie od narkotyków jest nieznanym lejtmotywem historii związanych z rebelią na wschodniej Ukrainie. To temat tabu Noworosji. Jeden z pracowników Chrześcijańskiej Służby Ratunkowej – kiedy byłem pod Donieckiem – opowiadał mi, że separatyści z wielką ochotą rekrutowali wszelkie męty społeczne (przestępców i narkomanów) byle wypełnić wakaty w powstających separatystycznych służbach. Narkotyki w dużej ilości podawano także przy przesłuchaniu ukraińskich jeńców. Usprawniało to tortury, oraz po wymianie jeńców pozwalało zarzucić Ukraińcom uzależnienie od narkotyków. Girkin jest najlepszym przykładem tego jak w krzywym zwierciadle odbijały się kolejne działania separatystów. Rozmijała propaganda z działaniami. Miał on uosabiać historycznego radzieckiego sołdata walczącego z ukraińskim faszyzmem – przy czym sam stroił się w mundur „białego” oficera, a finalnie Władimira Putina oskarżył o zdradę noworosyjskiej idei. „Odnowa moralna” wschodu w kontrze do zgniłego Zachodu – a taką kartą nieustannie gra Rosja - miała wymiar wszechobecnych używek i degeneracji, a finalnie bezwzględnej walki o władzę. W latach 2014-2016 w różnych zamachach zginęło 12 liderów prorosyjskiej rebelii. 

Najgłośniejsze postacie „donieckiej” sceny politycznej, które poznali Polacy to Arsen Pawłow ps. Motorola oraz Michaił Tołstych ps. Giwi. Motorola przechwalał się dziennikarzom, że osobiście zastrzelił 15 ukraińskich żołnierzy. Co warte odnotowania, strzelał także do swoich podkomendnych rejestrując to i wrzucając do Sieci. Jednemu z nich kazał nałożyć kamizelkę kuloodporną by ją przetestować. Strzelił do niego z bliskiej odległości, kamizelka pocisku nie zatrzymała. Obaj z Giwim znęcali się nad ukraińskimi jeńcami – bili ich publicznie, poniżali, kazali zjadać emblematy własnych jednostek i podobnie przechwalali się tym w Internecie. Giwi zginął w swoim biurze trafiony ładunkiem zapalającym, Motorola wyleciał w powietrze w windzie. Obaj, za życia, odgrażali się Warszawie. „Przyjdziemy po Was” i „zabijemy co do jednego, wszyscy zginiecie” – mówili. Arsen Pawłow był wręcz archetypicznym „donbaskim” dowódcą. Urodził się w Uchcie, w radzieckiej republice Komi, daleko od Ukrainy, następnie służył w wojsku rosyjskim i miał kłopoty z prawem. Pierwszym „donieckim” przywódcą politycznym był Aleksander Borodaj, rosyjski obywatel, generał major FSB. Na Krymie i w Donbasie, w okresie rozbiorów, funkcjonował jako niezależny „konsultant polityczny”. Na stanowisku zastąpił go Aleksander Zacharczenko, dowódca oddziału „Opłot” (później podniesionego do rangi brygady). Zacharczenko został zabity w zamachu bombowym, w 2018 roku, w jednej z donieckich kawiarni – nomen omen – Cafe Separ („separatysta”). Właścicielem kawiarni był jeden z ochroniarzy szefa „donieckiego” rządu. Władimir Putin nie krył oburzenia atakiem, ale wszystko wskazuje na to, iż Zacharczenko zginął z poruczenia Kremla. Warto przypomnieć, iż nie chciał on rozbroić Gwardii Republikańskiej – swojej prywatnej ochrony, która rzecz jasna podlegała bezpośrednio jemu. Utrzymanie niezależności miał tłumaczyć losem Igora Płotnickiego w Ługańsku, który pozbawiony „przybocznych” wojsk został po prostu obalony przez Moskwę. Zacharczenko trzymał też rękę na zyskach z kopalń, na które łakomym kąskiem spoglądali Rosjanie. Walka o władzę na wschodniej Ukrainie ma krwawe oblicze. 

Denis Puszylin, kolejny „doniecki” premier przeżył dwa zamachy na swoje życie. Co ciekawe, po dojściu do władzy na terenach separatystów stał się gwiazdą lokalnej polityki ale gdy w 2013 roku, jeszcze przed rebelią, startował w wyborach otrzymał zaledwie 0,08 proc. poparcia. Nie ma wielkiego doświadczenia w rosyjskich służbach specjalnych za to w jego CV znajdziemy udział w reaktywowanej rosyjskiej piramidzie finansowej MMM. Jednym z nielicznych rozpoznawalnych i urodzonych w Doniecku separatystycznych polityków niebędącym rosyjskim szpionem, żołnierzem lub gangsterem jest pisarz sci-fi Fiodor Berezin. Nawet „The New Yorker” poświęcił mu wywiad zatytułowany „Rosyjski Tom Clancy pojechał na prawdziwy front”. Berezina charakteryzuje to co innych uczestników rebelii – wiernopoddańcze nastawienie do historii ZSRR. W tym gronie rywalizującym o „donbaską” władzę znaleźli się także Czeczeni, którzy z różnych pobudek trafili do Donbasu. Najczęściej na pytanie dlaczego przyjechali „na Donbas” wskazuje się „prikaz” namiestnika ich kaukaskiej ojczyzny Ramzana Kadyrowa. O ile jeńcy ukraińscy byli poniżani i torturowani przez Rosjan oraz lokalnych separatystów, tak już zbrodnie kastrowania czy obcinania rąk miały być zwłaszcza domeną czeczeńskich oddziałów wspierających rebelię. Kolejną z bulwersujących spraw jest pozbawiania ciał zamordowanych jeńców organów wewnętrznych. Różne teorie snute na ten temat wiążą to ze sprzedażą organów lub z uniemożliwieniem identyfikacji zwłok przez rodziny. W 2014 roku Czeczeni dołączyli także do wewnętrznych konfliktów w DNR aresztując separatystów rezydujących w jednym z budynków administracyjnych w Doniecku. 

Zbrodnie wojenne separatystów na wschodniej Ukrainie nie zostały osądzone, chociaż część z osób za nie odpowiedzialnych – jak w gangsterskim kinie – wzajemnie się wykończyło. Świat zapomniał o wschodniej Ukrainie, a jeśli sobie o niej przypomina to percepcja tego konfliktu jest silnie zniekształcona. „Zamrożona wojna” ma różne oblicza. Gdy jechałem „drogą życia” z Awdijiwki do Piesek ostrzeżono mnie, że poprzedni konwój humanitarny na tej drodze oberwał rakietą kierowaną wystrzeloną z zajętego przez separatystów donieckiego lotniska (a raczej jego ruin). To nie są problemy dnia codziennego zachodniej Europy, ale to jest chleb powszedni mieszkańców Donbasu. A ktoś, po separatystycznej stronie frontu, wydaje rozkazy by otwierać ogień do cywilnych transportów z pomocą. Po 2014 roku krąży pewien dowcip, który dobrze oddaje nastroje na Ukrainie. Czego uczy się obywatel Ukrainy? Pesymista – języka rosyjskiego, optymista – języka angielskiego, realista… obsługi karabinu maszynowego. 
 


Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura