REKLAMA

[Tylko u nas] Michał Bruszewski: Donald Trump? Kliknijmy „delete” i po problemie

Wbrew tytułowi to nie będzie felieton o samym Trumpie ale o zakręcie historii, na którym znalazła się cywilizacja Zachodu. Jeżeli będziemy mieli pecha i akurat złośliwy kronikarz zabierze się za badanie naszych „szalonych lat dwudziestych” to pierwszy rozdział zatytułuje – od nietoperza w Wuhan do człowieka-bizona. A to tylko przecież jeden rok. Echa odbijające się od ścian Kongresu USA sprawiają wrażenie jakby rok kalendarzowy się zawiesił. Niczym błąd „save’a” rodem z Cyberpunka 2077 nie pozwolono na wczytanie nowej epoki, bo jak inaczej interpretować najpierw „amen” i „awoman” odczytane przez pastora, a następnie zdobycie senackiej mównicy przez blogera przebranego za indiańskiego szamana-trapera. Czy rok 2020 był czasem pandemii wirusa? Nie, to był rok pandemii wirusów (liczba mnoga), bo poza COVID-19 szalał także wirus politycznej poprawności oraz inne zagrożenia.
delete [Tylko u nas] Michał Bruszewski: Donald Trump? Kliknijmy „delete” i po problemie
delete / EPA/SASCHA STEINBACH *** Local Caption *** 55853606 Dostawca: PAP/EPA

Podczas wizyty Trumpa w Polsce, Andrzej Duda spotkał się z nim na Zamku Królewskim w Warszawie. Obaj przystanęli przed obrazem mistrza Matejki, na którym Reytan w akcie desperacji rozdziera koszulę i blokuje wyjście uczestnikom sejmu rozbiorowego. Matejko był dla swojej epoki tym kim dzisiaj są hollywoodzcy reżyserzy. Pomieszał i poplątał wątki, istny groch z kapustą, aby przede wszystkim coś swoim dziełem przekazać. Na obrazie widzimy upadające imperium, na zakręcie historii i szaleńca, który w patriotycznym uniesieniu próbuje osłonić kraj własną piersią. Dla jednych skończony wariat, dla innych symbol patriotyzmu. Desperat. Z tej chwili, z tego spotkania na Zamku, zachowało się pamiętne zdjęcie. Nie wiemy czy Trump patrząc w oczy Reytana ziewał czy też obraz go zaciekawił. Na sfotografowanym ujęciu widać, że skupiony prezydent Duda, bardzo zaangażowany, opowiada historię, pewnie pokazaną na obrazie. Trump odchyla się w jego stronę. Wygląda jakby miał za chwilę o coś zapytać. Być może już poznał odpowiedź. 

Gdy zadaję sobie pytanie co jest nie tak z naszymi czasami, dźwięczą mi w uszach słowa Jana Pawła II: „Demokracja bez wartości zamieni się w totalitaryzm”. Papież-Polak był nie tylko wybitnym teologiem, co jest częste u Papieży – w końcu taki „zawód”, ale był także gigantem politologii. To wielkie dziedzictwo skremówkowano, a nasz wspaniały rodak występuje już tylko na archiwalnych nagraniach, gdzie wiwatujący tłum trochę traktuje go jak kapelmajstra disco-polo. Inni z kolei w ogóle najchętniej wymazaliby go z historii. Ale zadajmy sobie pytanie – czy politolog Karol Wojtyła nie miał racji? Szeroko pojęta cywilizacja Zachodu przechodzi poważny kryzys, ponieważ porzuciła chrześcijaństwo. Porzuciła wartości, które ją ufundowały.

Światowa lewica (w tym polski ruch kawiarniano-kabaretowy) grzmi nieświętym ateistycznym oburzeniem oglądając plądrowanie Kongresu USA. Walą pięściami w stół, gdy słyszą, że w pierwszych sondażach społecznych – 45 proc. sympatyków Republikanów akceptuje takie protesty, a 30 proc. uznaje protestujących za „patriotów”. Skandal, prawda? Tyle, że w czasie najgorętszej bandyterki związanej z manifestacjami ruchu Black Lives Matter w analogicznych sondażach – 55 proc. badanych Amerykanów deklarowało wsparcie dla lewicowych protestów. Dla osoby bez politycznych klapek na oczach wniosek jest tylko jeden – polityczny impas jest gorący jak lawa. I społeczeństwo to „łyka”. Ulica parzy, rozgrzana do czerwoności. Liderka Strajku Kobiet Marta Lempart nazwała „białymi terrorystami z biblią pod pachą” tych, którzy wkroczyli na Kapitol. Szkoda, że nie była tak stanowczą obrończynią ładu i praworządności, gdy zwolennicy OSK dewastowali kościoły. Lewica przez cały okres trwania zamieszek w USA pod sztandarem BLM dolewała oliwy do ognia. W najlepszym razie umywała ręce, w najgorszym pochwalała przemoc, grabienie sklepików, podpalenia i bicie po gębach. Chciała zdelegalizować policję, której dzisiaj bije brawo bo „strzela do faszysty-łachudry”. 

Pierwszą śmiertelną ofiarą awantury na Kapitolu była kobieta - Ashli Babbit. Zabita w zamieszkach, wcześniej przez 14 lat służyła w Amerykańskich Siłach Powietrznych, stacjonowała także w Afganistanie i w Iraku. Utytułowana „superwoman” – wydawałoby się wzór cnót dla feministek. Okazało się jednak, że nowoczesne Wandy Wasilewskie nie pochowają jej w złotej trumnie. Miała pech popierać Trumpa, bo gdyby z kolei popierała lewicę to wtedy będąc nawet szowinistyczną męską świnią z wyrokami za przystawianie ciężarnej kobiecie pistoletu do głowy stała by się nieświętą męczenniczką marksistowskiej krucjaty. Politycznie poprawny mainstream grzmiał w wieczór zamieszek, ale wcześniej z zachwytem wąchał zapach płonących ulic „o poranku”. 

Ludzkość znalazła się na zakręcie, nie ukrywajmy że jest inaczej. Czy ten atak na Kapitol, nas – w sensie mierzących puls Zachodu publicystów – zaskoczył? Mam nieodparte wrażenie jakby miało prędzej czy później do czegoś podobnego dojść. USA nie straciły nagle legitymacji do eksportu demokracji bo „splądrowano Kapitol”. W jeden wieczór. Inflacja wartości trwa nie tylko lata, dekady, ale pokolenia. Pomijając fakt komu ta cała awantura była na rękę i to, że zagadkowo Kongres USA był słabo zabezpieczony – to tylko pewne symboliczne zakończenie nieszczęsnego rozdziału. Gdy Donald Trump nagrał odezwę do protestujących by się uspokoili i poszli do domu – social media ją bezczelnie zdjęły, cenzurując – było nie było – urzędującego Prezydenta. Gdyby chciano Pax Americana – odezwa „idźcie do domu” byłaby puszczana wszędzie. Nie była. Polityk jest dzisiaj tylko petentem dla korpo-CEO z Doliny Krzemowej. Może go wyłączyć pstrykając palcem w klawiaturę. „Nie ma Cię, zniknąłeś”. Dzisiaj oglądaliśmy blogera przebranego za szamana-trapera, który wszedł na senacką mównicę. Protestującego, który wyciągnął nogi na biurku Nancy Pelosi, czy ludzi wspinających się na mury. Czy nie jest prawdopodobne, że w miejsce tego nieszczęsnego szamana kreowanego dzisiaj na twarz prawicy na tę mównicę nie wkroczyłby bojówkarz BLM? Wystarczyło by Mike Pence podjął próbę blokowania certyfikacji elekcji Joe Bidena, by Partia Republikańska stanęła murem za Trumpem a to nie alt-right plądrowałby Kapitol, a radykalna lewica. Przy czym wtedy protestujący nie szliby gęsiego między szpalerem czerwonych linek dla turystów, tylko zrywali historyczne obrazy ze ścian i obalali popiersia Jefersonów, Hamlinów i Mortonów, jak było wcześniej z podobnymi pomnikami na ulicach. Do tego doprowadzono wyrywając z istoty państwowości pierwiastki, które gwarantowały międzyludzką solidarność. Akcja-reakcja. Cios za cios. Dzisiaj grabią Ci, a jutro Tamci.   

Umysły naukowców od wieków rozpala analiza mocarstw. Najbardziej spektakularny jest ich upadek, a więc w nauce znajdziemy wiele teorii dlaczego dany hegemon się zdegenerował i jak to się stało, że jedno pokolenie obserwuje wzrost potęgi, gdy inne widzi walące się ruiny. Na szczęście piszę ten felieton z polskiej perspektywy, a Polacy nie wsadzają ochoczo głowy w imadło lewicowej inżynierii społecznej. A nawet jeśli ta głowa jest już lekko pochylona, to przynajmniej ściany imadła nie zacisnęły się tak silnie jak w przypadku Francuzów, Niemców, Hiszpanów czy Amerykanów. Teoretyzowanie po które sięgam w tym felietonie nie musi nas wcale dotyczyć. Ale może. Prawdopodobnie świat nauki będzie musiał się przeprosić z dziedzictwem Williama Straussa i Neila Howe’a. Otóż, obaj naukowcy – tak bardzo wyśmiewani przez swoich kolegów z uczelni – próbowali analizować wzloty i upadki amerykańskiej mocarstwowości. Na tej bazie stworzyli „teorię pokoleń” (znaną jako teoria Straussa-Howe’a). Wynika z niej, że różne pokolenia – akurat badali Amerykanów – charakteryzują się odrębną specyfiką, a czasy tego pokolenia poszczególnymi trendami: i tak są „cykle potęgi” oraz „cykle milenijne”, „faza wyżu” i „faza kryzysu”, „pokolenie obywatelskie” i „pokolenie adaptacyjne”. Ciekawe w tej teorii jest to, iż pozwala ona ująć w popularnonaukowe ramy to co podskórnie czują wszyscy badacze historii, że „toczy się ona kołem”. W telegraficznym skrócie – ekhem, ekhem, a raczej „sms-owym skrócie” – trudne czasy tworzą wielkie pokolenie, które tworzy bezpieczne czasy, a one z kolei tworzą trudne pokolenie. Cykl żywotności imperium zazwyczaj szacuje się na ok. 200 lat lub 7-8 pokoleń po którym – jak teoretyzowali myśliciele pokroju Straussa z Howe’m – następuje przesilenie w postaci np. zmiany ustroju. I widzimy, że taka koncepcja odpowiada nie tylko historii USA, ale ma empiryczny dowód w postaci dziejów Rzeczpospolitej Obojga Narodów, która wchodząc na tory „demokracji szlacheckiej” w wieku XVI, w wieku XVIII umierała w konwulsjach, a obóz reformatorski przy pomocy Konstytucji Trzeciego Maja nie tylko próbował ocalić kraj, ale z prawnego punktu widzenia – zmienić jego ustrój. USA to Rzeczpospolita Obojga Narodów, której się udało, więc analogia wcale nie jest chybiona. Dlatego to zdjęcie Trumpa pod obrazem Reytana jest więcej niż symboliczne. Jeżeli amerykański Kapitol jest współczesną emanacją starożytnego Rzymu (o tej analogii pisałem w jednym z poprzednich felietonów) to jego złupienie jest pewnym wydarzeniem podkreślającym, że ten krąg czasu poszczególnych pokoleń odhaczył moment fazy krytycznej. I to nie jest fatalizm, dziejowy determinizm, bo nad tą przepaść zaprowadziło Amerykanów oraz cały Zachód kilka pokoleń błędów. Dokonanych przez ludzi. 

Szalone lata dwudzieste, hmmm. XXI wiekowi, który miał być światłym przeciwieństwem mrocznego XX w. stuknął „na karku” 20 krzyżyk, umówmy się sto lat tam, w 1920 roku, też wesoło nie było. Wyraźnie widać, iż ten fukuyamowski „koniec historii”, który tak od lat piętnuję, okazał się kolejnym zakrętem historii. Fukuyama widział go jako drzwi do liberalnego raju, gdy trzeźwo myślący eksperci bili nerwowo palcami o blat stołu oczekując najgorszego. Pandemia koronawirusa pod kątem psychologicznym wdarła się do domów zwykłych ludzi i odarła ich z poczucia bezpieczeństwa. Ale bądźmy szczerzy – koronawirus nie był jedyną plagą zeszłego roku. Wirus politycznej poprawności zrobił z umysłami szeroko pojętej cywilizacji Zachodu to co z płucami robi COVID-19. Dziurę podkopanego bezpieczeństwa pogłębiło zagrożenie islamskim terroryzmem. 
W takich chwilach, w czasach kryzysu przydają się autorytety, które wbrew trendom otwierają ludziom oczy. Kimś takim był Jan Paweł II. Nie wiem czy tylko ja mam taką refleksję, iż od jego śmierci polityka generalnie się skundliła. Każda epoka obfitowała w politykierstwo, zdrady, cykutę i korupcję, ale zawsze pozostawały wyższe wartości do których najbardziej poszkodowani mogli się odwołać. Byli ludzie, którzy o tych wartościach mówili. A nagle okazuje się, że autorytety od których byśmy właśnie tego oczekiwali są awangardą zmian. Pastor prowadzący modlitwę dla Kongresu USA, nadskakując lewicowej nowomowie, stworzył potworka słownego „awoman”, po wypowiedzeniu świętego dla chrześcijan „Amen”. W jego inwokacji roiło się od politycznej poprawności, ale to słowo było przekroczeniem kolejnej granicy po której pojawiły się nawet zarzuty, iż nie powiedział „achildren too”. Jeśli pamiętacie księdza Piotra Skargę, z płótna przywoływanego przez mnie Jana Matejki, to wiecie, że kapłanowi nie tylko wolno było kiedyś iść na przekór politycznym trendom ale mógł podczas kazania wyglądać tak jakby miał królowi zaraz dać przez łeb. Królowi wybranemu w demokratycznych wyborach a zarazem pomazańcowi Bożemu, a nie gościowi wybranemu na zaledwie kilkuletnią kadencję. Pastor Cleaver, odpowiadający za tego słownego potworka – jest członkiem Partii Demokratycznej. 

Jak historycy opiszą naszą epokę? Jak nazwą nasze czasy? Wieki Infokracji? Celebrytowiecze? To, że średniowiecze było średniowieczem wiedziano dopiero gdy się zakończyło. Człowiek średniowieczny nie miał pojęcia, że nim był, tak jak przysłowiowy człowiek renesansu tak o sobie nie mówił. Raczej utyskiwał na klepanie renesansowej biedy. Wieki średnie, choć bogate w wynalazki pragmatyczne (żagiel skośny, okulary, zegar, nowoczesne rolnictwo, wodociągi), naukowe (początki biogenetyki) i filozoficzne (pojęcie państwowości z którego korzystamy do dzisiaj) ktoś uznał za ciemnogród i zaszufladkował właśnie jako „średnie”. Chociaż na to nie zasługiwały. Tak jak cała średniowieczna cywilizacja łacińska była okresem wspomnianego rozwoju w wynalazkach zwieńczonych wielkimi odkryciami geograficznymi dzisiaj jest naczelnym chłopcem (może właściwiej „giermkiem”?) do bicia salonowej lewicy. Już samo to, że epoka trwająca bez mała od V do XV wieku została zamknięta w jednym worku nie świadczy najlepiej o jakości tych etykiet. Potomni oceniają poprzednią epoką a dla uproszczenia określeń dają danym ileśset-leciom różne etykiety. Czy przypadnie nam kiedyś rola średniowiecznego ciemnogrodu czy światłych ludzi renesansu?

Wprowadzeniem do nauczania o danej epoce jest historia architektury. Zawsze bardziej pociągała mnie wojskowość, ale z biegiem czasu nabrałem szacunku do takiego podejścia do sprawy. Nudne, ale w punkt. Porównajmy sobie gotycką katedrę z dzisiejszym morzem szkła i stali gospodarującym jak najwięcej biur na jak najmniejszej działce zreprywatyzowanej od 140-latka. Czy są to te „szklane domy” o których śnił Seweryn Baryka? Szczerze, wątpię. Podobno z wykorzystaniem współczesnej zaawansowanej wiedzy architektonicznej dzisiaj nie dałoby się odbudować tego co budowano w starożytności lub w średniowieczu. Jak świadczy to o naszych czasach? Dzisiaj katedry Notre Dame mogą więc tylko płonąć na naszych oczach bo nikt już tak ich nie zbuduje jak zrobił to „ciemny lud” średniowiecza. Jeżeli historycy będą uczyli w szkołach o naszej epoce i zaczną uczniom mówić o architekturze będą mogli zachwalać „capacity” ale piękna szukać w tym pod świecą – a może trafniej – pod energooszczędną certyfikowaną przez Brukselę żarówką. 

O czym śnił młody chłopiec w wiekach średnich i nie-średnich? Zazwyczaj zarówno starożytną, średniowieczną jak i każdą młodzież pod każdą szerokością geograficzną pociągały przygody: sport, wojaczka, podróże. Czy średniowieczny chłopiec marzył o byciu giermkiem czy o byciu dworskim błaznem? Odpowiedź jest oczywista. Dzisiaj jest odwrotnie. Zawód aktora był w starożytnym Rzymie pogardzany do tego stopnia, że lokowano go w drabinie społecznej gdzieś między nierządem a czyszczeniem wychodka. W sztukach grali niewolnicy. Słowo „sława” kojarzyło się z wojną, z olimpiadami, odkryciami, mówiło się nawet „zdobył laur zwycięstwa”. Czy ściągnięcie majtek i nabicie milion odsłon na youtube wypełnia definicję tego określenia? Powiecie o kimś takim - „a tak znam jej pranki, niezły tyłek, zdobyła nimi laur zwycięstwa”? Zapewne odbiorą to za kolejny „prank”. Tymczasem dzisiaj aktor jest wszystkim, centrum świata, celebrytą. To też zawód atrakcyjny z punktu widzenia medycznego bo pozwalający się zaszczepić przed lekarzami, ratownikami medycznymi czy nauczycielami. Aktorstwo tworzy swoje nowe definicje. Ostatnio czytałem o kobiecie która postanowiła żyć z nagrywania filmików premium w których udaje psa. Stwierdziła, że z tego „biznesu” wyciągnie tyle w miesiąc ile w rok, gdy pracowała w hamburgerowni. Młodzi ludzie czytają o tych zarobkach i pogardzają normalną pracą. Czy historycy będą pisali o blogerze-szamanie, jak pisali o Alaryku, przywódcy Wizygotów, który złupił Rzym? Z pewnością, świat pozbawiony wartości wychował „kryzysowe pokolenie”, które dorasta widząc zakręt historii na własne oczy. A jeżeli badacze naszych dziejów będą jeszcze w to wątpili, to puszczą sobie archiwalne nagranie kreskówki dla dzieci, w której niesforne przyrodzenia gościa kradnie rodzinom karkówkę z grilla, a on sam na tym przyrodzeniu podskakuje jak na trampolinie. Westchną i powiedzą: „to były szalone lata dwudzieste”. Chyba, że powiedzą coś o wiele gorszego. 
 


Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura