REKLAMA

[Tylko u nas] Jakub Pacan: Zjeść zwój Słowa i poczuć miód

W dzisiejszą niedzielę jest piękne czytanie o mocy Słowa Bożego (Mk 4, 26-34). W przypowieści Jezusa Słowo wpada do serca jak ziarenko, nieraz gdzieś mimochodem, ledwie nas muśnie, a jednak to słabe echo ma swoją moc, tak że może zawładnąć całym sercem człowieka i uróść do wielkości drzewa.
Pismo Święte [Tylko u nas] Jakub Pacan: Zjeść zwój Słowa i poczuć miód
Pismo Święte / fot. Jakub Pacan

Kto poważnie potraktuje Słowo Boże, po pewnym czasie ulegnie jego tajemniczej mocy i będzie jego czcicielem. Sposób pozwalający ze Słowa „wycisnąć” jak najwięcej, to Lectio divina, czyli „Boże czytanie”. Ta metoda modlitwy i medytacji Słowem Bożym pulsuje w kolejnych pokoleniach chrześcijan od niemal tysiąca lat. Z czasem mocno osierocona, przechowywana głównie w zakonach kontemplacyjnych, w katolickim świecie na szczęście odkrywana jest na nowo dzięki różnym kursom, rekolekcjom, warsztatom oferowanym przez domy zakonne coraz chętniej goszczące w swoich murach osoby świeckie. I właściwie już teraz można posłużyć się Słowem, by wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. Pismo Święte „podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę” (Mt 13,44). Człowiek, który osobiście odkryje skarb Biblii zostawia namiastki duchowości, przestaje eksperymentować, karmić się duchowym fast foodem i wchodzi w wewnętrzny rytm Słowa, powierza mu się i daje się uwieść, niczym Jeremiasz, „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść” (Jr 20,7).

A zaczęło się bez wielkich fanfar. Pewien mnich imieniem Guigo Kartuz napisał dziełko „Scala claustralium”. Tak naprawdę był to dłuższy list zredagowany do współbrata Gerwazego w 1150 r. „Gdy pewnego dnia, zajęty pracą ręczną zacząłem rozmyślać o ćwiczeniu się człowieka duchowego, nagle duszy rozmyślającej ukazały się cztery stopnie duchowe, a mianowicie: lectio (czytanie), meditatio (rozmyślanie), oratio (modlitwa), contemplatio (kontemplacja)” - pisał  Guigo. Poczciwy Guigo nie wiedział ilu naśladowców dzięki jego metodzie będzie czerpać zachwyt z „Bożego czytania” i odkrywać zaskakującą świeżość Biblii.

Lectio divina jest osobistym spotkaniem z Bogiem w Jego Słowie w „moim sercu”. Guigo kiedy pisał ten list był już w zażyłych relacjach z Pismem Świętym, a jako kartuz z pewnością znał tradycję Ojców Pustyni, którzy Ewangelii i psalmów uczyli się często na pamięć. Ponoć niektórzy abba byli tak wymagający, że dopuszczali do siebie tylko tych, którzy znali już 150 psalmów na pamięć. Na pewno nowi adepci recytowali Ewangelie lub ich fragmenty w całości choćby dlatego, że nie każdy potrafił czytać lub nie mógł sobie pozwolić na posiadanie własnego egzemplarza Biblii. Cześć dla Słowa Bożego częściowo wyniesiona została z tradycji judaizmu. Znajomości Tory i posługiwanie się jej cytatami w życiu codziennym było wśród Żydów czymś naturalnym. Nawrócony kilkanaście lat temu na katolicyzm francuski rabin Jean-Marie Elie Setbon sam namawia chrześcijan do uczenia się Ewangelii na pamięć. On potrafi wyrecytować i Torę i Ewangelię Św. Marka.

Na przestrzeni wieków powstało wiele tomów komentarzy i analiz każdego z punktów wskazanych przez Guigo. Wiele cennych opracowań znaleźć można u krakowskich salwatorianów czy u benedyktynów. W wielkim skrócie wygląda to tak: na początku należy się pomodlić do Ducha Świętego, bo jak mawia mądry rekolekcjonista ks. Ryszard, „Duch Święty ma prawa autorskie na święty tekst, bo pod Jego natchnieniem powstał więc trzeba Go prosić o licencję do używania Słowa w swoim życiu”. Lectio to uważne czytanie, „słuchanie” w sercu co mówi Bóg, o czym jest dany fragment. To praca mrówki jak mówi tradycja, mozolne zbieranie duchowych patyczków i ziarenek oraz zachowywanie Słowa. Meditatio z kolei to praca pszczoły, pyłek Słowa jest już zebrany, trzeba go przetrawić, jak pszczoła miód, by zakosztować w jego słodyczy. Bardzo plastycznie przedstawia to Ezechiel, „A On rzekł do mnie: «Synu człowieczy, zjedz to, co masz przed sobą. Zjedz ten zwój i idź przemawiać do Izraelitów!» Otworzyłem więc usta, a On dał mi zjeść ów zwój, mówiąc do mnie: «Synu człowieczy, nasyć żołądek i napełnij wnętrzności swoje tym zwojem, który ci podałem». Zjadłem go, a w ustach moich był słodki jak miód” (Ez 3,1-3).

Meditatio to etap, gdzie pytam już co Słowo mówi do mnie, czas prześwietlania swoich doświadczeń, triumfów, radości, ale i niepokojów czy zawodów, przez rentgen Bożego Słowa. Może tutaj dojść do „sensacyjnych odkryć”, kiedy w jednym akapicie, a czasem zdaniu nagle odnajduje się syntezę z kawałka swojego życia i poczuć ulgę, że w końcu już wiadomo po co były te trudne momenty lub lata. Może się też pojawić wewnętrzna konfrontacja, niezgoda na to, co niesie Słowo. Nie trzeba się tego bać. Słowo nie zabija, człowiek po kontakcie z Biblią zawsze wychodzi lepszy, nie gorszy. Te reakcje pojawiają się dlatego, że Biblia nie jest czymś martwym, suchym zapisem starożytnego tekstu. To Słowo żyje i ma moc stawania się. Kiedy mu pozwalamy staje się w nas na nowo. Trzeci etap to Oratio modlitwa osobista zebranym i przetrawionym Słowem. To miejsce żywej i bezpośredniej rozmowy z Bogiem. Contemplatio to już dar od Boga, człowiek sam z siebie nie jest w stanie tego wypracować, to można dostać. W contemplatio zdarzają się takie stany, kiedy ludzie „porywani przed tron Boży”, jak powiedział kiedyś o. Adam Szustak i takie doświadczenia przechowuje się jak najcenniejsze perły. To już doświadczenia mistyczne często trudne do opisania.

Trzeba się troszczyć, by Słowo za każdym razem było „do mnie”, każdorazowo na nowo stawało się „we mnie”. Pismo Święte  bardzo precyzyjnie „czyta” nasze życie. „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek” - pisze Św. Paweł (Hbr 4,12-13). To przenikanie i osądzanie pragnień i myśli serca wcale nie musi dokonywać się w dramatycznych okolicznościach, może się to odbywać w sposób łagodny. Bóg nie jest krytykiem, u Niego nie trzeba zdawać egzaminów, bo jak lekarz delikatnie odsłania ranę, by ją leczyć. I tylko na tyle, na ile Mu się pozwoli. Bóg nie jest przemocowy i zawsze pyta o zgodę. W kontakcie ze Słowem można się czuć bezpiecznie, ono mnie nie deprecjonuje. Delikatność Słowa Bożego jest czymś, co trzeba po prostu poczuć.

„Jeśli tekst jest modlitwą – módlcie się; jeśli jest wołaniem – wołajcie; jeśli jest wdzięcznością – bądźcie radośni; jeśli jest tekstem nadziei – miejcie nadzieję; jeśli wyraża strach – bądźcie pełni bojaźni” - radził św. Augustyn, który w pracy ze Słowem nie bał się wyrażać swoich stanów, odsłaniać Bogu i pozwalał Mu dotykać nim swoje wnętrze.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną ważną właściwość Słowa Bożego. W dzisiejszej patchworkowej i pokawałkowanej rzeczywistości ma ono moc syntezowania różnych momentów życia w jeden logiczny ciąg. Spinanie bożą klamrą osobistych stłuczek, wypadnięć z trasy i jazdy na jałowym biegu jest dziś bardzo potrzebne, wręcz na wagę złota, na wagę sensu lub bezsensu życia, na wagę życia w pełni lub w depresji. Przyjaźń z Pismem Świętym daje poczucie ładu i bezpieczeństwa, układa świat według jasnych, mocnych i uniwersalnych reguł. W rzeczywistości, w której wszystko ulega banalizacji, a przekaz jest coraz bardziej „pierdołowaty”, Słowo Boże przywraca równowagę i rzeczywisty opis życia.

Sami psychologowie mówią, że są takie przypadki, gdzie psychologia wszystko tłumaczy, ale niczego nie usprawiedliwia. Są takie pokaleczenia, poczucia winy lub krzywdy lub jedno i drugie, że tylko Bóg może wejść w ten gnój i go usunąć. Jedynie Bóg wie, gdzie naciąć ranę, by w końcu wypłynęła z niej ropa i człowiek zaczął wewnętrznie zdrowieć. Co więcej, te zranione miejsca, słabe momenty w ludzkiej konstrukcji, Bóg wykorzystuje jako okazję, by pokazać swoją moc. On nie tylko oczyszcza, ale robi w tym miejscu kanał swojej łaski. Jezus sam daje gwarancję, że tak jest, kiedy pokazuje w przypowieści, jak gnój z życia może stać się za Jego sprawą miejscem wzrostu. „I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: "Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?" Lecz on mu odpowiedział: "Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć"». (Łk 13, 6-9).

Św. Paweł w Liście do Koryntian wprost mówi o tym, że miejsca jego słabości są polem działania Boga. „Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny. Oszalałem, a wyście mnie do tego zmusili!”. Tak może powiedzieć tylko szaleniec Boży, który już wie, co to Boża interwencja.

Zresztą Paweł Słowo Boże przeżywał całym sobą. Widać to w jego Liście do Rzymian. „Kiedy bowiem byliście niewolnikami grzechu, byliście wolni od służby sprawiedliwości. Jakiż jednak pożytek mieliście wówczas z tych czynów, których się teraz wstydzicie?” - pisze apostoł. Dalej uczy „Wiemy przecież, że Prawo jest duchowe. A ja jestem cielesny, zaprzedany w niewolę grzechu. Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę - to właśnie czynię. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś - prawu grzechu”.

Medytacja świętego tekstu wzbudza w studiującym nieznane emocje, pomaga je poznać, zaopiekowuje je, uczy jak nimi operować, z czasem daje możliwość budowania „kultury” emocji. Słowo, jeśli będzie mu się wiernym przez wiele dni zaczyna w końcu pulsować w ciele.

Słowa Pawła to kwintesencja opisu wewnętrznych napięć emocjonalnych, które są odczuwane w ciele, mechanizmów uzależnień, złych nawyków, destrukcyjnych skryptów życiowych, nieradzenia sobie z niechcianymi emocjami i napadami frustracji. Ten urywek Pawłowego listu dosłownie rozchodzi się po ciele. Dziewiętnaście wieków później jego rodak Sigmund Freud będzie pisał o napięciach między Id i Superego.

Wysiłek włożony w poznawanie Biblii zawsze się zwraca, wynika to nie tylko z wielowiekowego doświadczenia, ale i z zapewnień samego Boga. „Zaiste, podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju, tak iż wydaje nasienie dla siewcy i chleb dla jedzącego, tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem, i nie spełni pomyślnie swego posłannictwa” (Iz 55, 10-11). Chrystus w przypowieści o siewcy zapewnia, „Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny» (Mt 13,23).

Praktyka Lectio divina wymaga cierpliwości, otwartości, systematyczności i pokory. Ta wydawałoby się prosta metoda jest drogą, której nie da się posiąść czy zawłaszczyć. Nie ma człowieka, który mógłby powiedzieć, że w Lectio Divina osiągnął już wszystko. Wymiar duchowy każdego z czterech elementów tej formy modlitwy jest nieskończony, tak jak nieskończony jest Bóg i Jego Słowo. Owoce duchowe i egzystencjalne ucznia, który zdecyduje się iść tą drogą też trudno zmierzyć. Nie da się powiedzieć „już tyle dostałem w Lectio Divina, że więcej nie udźwignę, już duchowo jestem w przedsionku raju”, bo Bóg każdego z osobna uzdalnia do poszerzania swojego wnętrza, żeby umieścić tam jeszcze więcej.

Trzeba się pilnować, by nie popaść w rutynę, szczególnie kiedy czyta się tekst, które zna się na pamięć. Trudno za każdym razem czytać Pismo ze zadziwieniem, jakby spotkało się je po raz pierwszy, a to bardzo ważne, by dawać mu się ciągle zaskakiwać. Od rutyny gorsza jest pycha duchowa. Systematyczne przebywanie ze Słowem sprawia w końcu, że duchowo rośniemy, nabywamy „pamięci biblijnej”, zaczyna żyć nie tylko w czasie „kairos”, ale i w pełnym głębi i symboli czasie „chronos”, na co kładł nacisk Św. Jan Ewangelista. Pokusa wyższości z powodu umiejętności czytania rzeczywistości przez pryzmat Logosu jest bardzo uciążliwa, a jej pokonanie dużo kosztuje. Trzeba z tym walczyć w zarodku.

„Oto rzecz, do której musisz dążyć na wszelkie sposoby: zaprawiaj się z wytrwałością w świętej lekturze, aż do osiągnięcia takiego stanu, że nieustanna medytacja nasyci gorliwością twego ducha i, by tak rzec, Pismo Święte przemieni cię na swe podobieństwo” - radzi Jan Kasjan.


Ankieta
Czy w PE powstanie nowa konserwatywna frakcja?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy w PE powstanie nowa konserwatywna frakcja?
Tygodnik

Opinie

Popkultura