Dziś 42. rocznica strajku w WSK Świdnik. Marian Król: „Świdnik otworzył bramę do wolności”

– W pobliżu zakładu był las i mówiono, że tam stoją Rosjanie. Tego nikt nie był w stanie zweryfikować. Trzeba było po prostu przełamać strach i tam być – mówi Marian Król, przewodniczący Zarządu Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność”, który współorganizował strajk w WSK Świdnik w 1980 roku.
/ fot. M. Żegliński

– W lipcu 1980 roku był Pan bardzo młodym człowiekiem.

– Miałem 23 lata i od niespełna czterech lat pracowałem w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Byłem więc już dosyć doświadczonym pracownikiem, miałem przetarte ścieżki. Pracowałem jako robotnik wykwalifikowany – frezer.

– Pamięta Pan atmosferę, jaka panowała na przełomie czerwca i lipca?

– Strajk w Świdniku i cały Lubelski Lipiec miały to samo podłoże, co wystąpienia w 1956 roku w Poznaniu czy w 1970 roku na Wybrzeżu. Ludzie mieli dość panującego kryzysu gospodarczego, pustych półek i po prostu zbuntowali się. Chcieli dać sygnał niezadowolenia z tego, że coraz trudniej się żyło. Chodziło przede wszystkim o poziom życia, o ceny i o to, czy jak się idzie do sklepu, to coś się na półce znajdzie, czy nie. Więc bezsprzecznie podłoże tych strajków było głównie ekonomiczne.

Z pewnością jednak fenomenem wydarzeń Lubelskiego Lipca jest to, że żadna władza nie zakładała, że strajk wybuchnie w takim mieście jak Świdnik, które miało być sztandarowym miastem socjalistycznym i było położone w regionie bardzo rolniczym, mało uprzemysłowionym.

– Jak wyglądał początek strajku?

– Pamiętam, że już 1 lipca próbowaliśmy zatrzymać zakład na drugiej zmianie. Byłem zatrudniony na dosyć licznym wydziale, gdzie pracowało ponad 300 osób. Wówczas zastrajkowało jedynie ok. 20 osób. Inni nas nie poparli. Szybko więc powróciliśmy do pracy.

Dokładnie tydzień później podniesiono ceny w barach na terenie zakładu i to one były w jakiś sposób tym głównym zapalnikiem. Ale trzeba powiedzieć, że strajk w Świdniku i Lubelski Lipiec oparły się o nieco inne zasady i wartości niż wcześniejsze wystąpienia. Ludzie buntowali się również przeciwko niesprawiedliwości. Przeciwko temu, że niektórzy byli bardziej uprzywilejowani, coś tam dostawali w bonach lub prezentach. Przeciwko temu, że żeby zapisać dziecko do żłobka, trzeba było mieć poparcie kolektywu i innych czynników społecznych. Więc jeden miał to poparcie, inny nie.

– Strajk wybuchł spontanicznie.

– 12,5-tysięczna załoga strajkowała cztery dni. Do czwartego dnia teoretycznie bez formalnego przywództwa. Władza na różne sposoby próbowała nas złamać, wykonywać prowokacje, wyprowadzić ludzi na ulice. A my powiedzieliśmy „nie, strajkujemy tam, gdzie pracujemy”. Umniejszano więc rangę strajku. Władza i dyrekcja zakładu nie nazywała tego strajkiem, tylko przestojem.

Negocjacje odbywały się w wielu miejscach, było to takie wielkie falowanie w tym dużym zakładzie pracy. Wówczas nie było to takie proste, stanąć na czele strajku. Później niektórzy opowiadali, jak to oni przewodzili. Ale to nieprawda. W jednym z zakładów pracy, które strajkowały w lipcu z 26-osobowej delegacji, którą w pierwszym dniu wybrano na rozmowy, to tylko pięć osób dotarło na umówione miejsce, bo reszta dostała rozwolnienia i wylądowała w po drodze napotkanych toaletach. Bo taki był wówczas czas.

Główne oparcie mieliśmy wówczas w nauce Kościoła, wsłuchiwaliśmy się w słowa naszego papieża Jana Pawła II i one niejako przełożyły się na życie. Bo jeżeli gdziekolwiek Duch Święty działał, to właśnie wówczas w Świdniku.

To, co zdarzyło się w Świdniku, to był fenomen. To on dał początek fali strajków na całej Lubelszczyźnie. Już dzisiaj wiemy, że strajkowano wówczas w co najmniej 170 zakładach pracy. Z dokumentów Komitetu Wojewódzkiego małego województwa lubelskiego wynika, że od pracy powstrzymywało się 50 tysięcy osób. Ale według mnie to jest nierealne. Ich musiało być co najmniej dwukrotnie więcej. W kilku dużych zakładach pracy pracowało więcej ludzi. A przecież trzeba pamiętać, że to był strajk, w którym brali udział wszyscy, niezależnie czy byli w partii, czy nie. Wszyscy generalnie w tych strajkach uczestniczyli. Bo wszyscy mieli dość ówczesnego poziomu życia i szukali rozwiązań.

– To nie w Gdańsku, a właśnie w Świdniku spisane zostało pierwsze porozumienie z ówczesną władzą.

– To bardzo ważne. Przecież Gdańsk też miał dwa etapy. Pierwsze tamtejsze porozumienie było porównywalne co do wagi i rangi, jak to nasze w Świdniku. A dopiero później nastąpił drugi etap, kiedy upomniano się o pozostałe, mniejsze zakłady pracy i powstało 21 postulatów. Nasze porozumienia także zahaczały o rozwiązania polityczne, o pewne demokratyczne rozwiązania, o prawa człowieka. Oczywiście w takiej skali, o jakiej można było w ogóle z ówczesną władzą rozmawiać.

To nie Świdnik strajkował pierwszy. Wcześniej, 24 czerwca, stanął na kilka godzin jeden wydział w Tomaszowie Lubelskim. Były też strajki w Mielcu, w Ursusie. Ale pierwszy zorganizowany strajk był właśnie w Świdniku. Model i styl samego strajku i negocjacji, który został tu wypracowany, przenoszono potem na Lubelszczyznę i całą Polskę. W taki sposób potem strajkowano. Gdyby gdziekolwiek ludzie wyszli na ulice, pewnie by się skończyło tym samym, czym się kończyło czy w Radomiu w 1976 roku, czy na Wybrzeżu w 1970 roku albo w 1968 w Warszawie. Zawsze na ulicy z uzbrojonymi bandytami przegrywaliśmy. A tutaj byliśmy w swoim miejscu pracy, nie daliśmy się wyprowadzić na ulice. Choć przychodzili do nas prowokatorzy. Trzeba wiedzieć, że na terenie strategicznego zakładu (jakim był WSK) nie tylko było na stałe dwóch przedstawicieli KGB, ale także znajdował się tzw. oddział pierwszy, czyli nasze służby, które strzegły tajemnicy zakładu. Przez cztery dni strajku próbowali w różnej formie nas sprowokować, starali się nas podzielić. Wywoływali presję, że tam już stoją przyjaciele zza wschodniej granicy, że jest już wojsko. W pobliżu zakładu był las i mówiono, że tam stoją Rosjanie. Tego nikt nie był w stanie zweryfikować. Trzeba było po prostu przełamać strach i tam być.

Niestety, strajki lubelskie załamały się ostatecznie, bo zbliżał się 22 lipca i władza wykorzystała go, dając ludziom tydzień wolnego.

Większość zakładów, które wówczas strajkowały, już dziś nie istnieje. Ale trzeba o nich wszystkich pamiętać. Był np. taki mały zakład w Lublinie, który produkował zabawki, nazywał się „Bajka”. Tam strajk trwał 9 dni, ludzie walczyli o prawa, wysuwali daleko idące postulaty. Niestety, po Świdniku w żadnym innym lubelskim zakładzie nie podpisano porozumienia. Władze PZPR-u uważały, że podpisanie porozumienia w Świdniku było błędem, bo prowadzi do eskalacji żądań w kolejnych zakładach.

Co ważne, w Świdniku nastąpiło przełamanie bariery strachu. Nawet nie uchylenie, tylko otwarcie, i to nie tylko drzwi, ale całej bramy do wolności. Próbowano w lipcu poderwać też Stocznię w Gdańsku, ale ludzie nie byli gotowi na to, by podjąć zdecydowane działania. Dopiero ten krzyk Świdnika, Lubelszczyzny sprawił, że fala strajków rozlała się na inne części kraju.

– Mimo tej znaczącej roli, strajki w Lublinie były przez lata nieco zapomniane.

– „Jedni wojują, drudzy konsumują” – tak nam rzucił kiedyś Lech Wałęsa, jak go o to zapytaliśmy. Dodał, że takie jest życie i taka była niesprawiedliwość. Prawda jest jednak taka, że gdyby nie było tak wielkiego niezadowolenia w całym kraju, to sierpniowych porozumień po prostu by nie wprowadzono. To był masowy zryw społeczny, bez precedensu na skalę światową. Trwał od lipca do praktycznie listopada 1980 roku, bo w końcu statut został zarejestrowany dopiero 10 listopada i od tego dnia mogliśmy mówić, że powstaje Solidarność, że się tworzą struktury. Wcześniej była ta wielka wrażliwość i czujność społeczna, żeby nie dać się ówczesnej władzy ograć. To ówczesne zaangażowanie ludzi było bez precedensu w XX wieku na skalę światową i dlatego odnieśliśmy sukces.

Tymczasem dla elit było wygodne, żeby stworzyć wizerunek takiego niemal nieomylnego wodza, który poprowadził ludzi, a obok prowadzić różnego rodzaju interesy, które wręcz niszczyły naszą ojczyznę.

– Przecież wszystkich uczestników tamtych wydarzeń można uznać za bohaterów.

– My nie szliśmy po to, żeby ktoś nam przypinał za to medale. Ale walczyliśmy o lepszą, sprawiedliwszą ojczyznę. Nikt zdrowy psychicznie głośno nie mówił wówczas, że oderwiemy się od Wielkiego Brata. Mieliśmy jednak fundament, umocowanie w Kościele i na nauce Kościoła pod przywództwem Jana Pawła II. Bo on zawsze mówił za nas tam, gdzie my nie mogliśmy. Przemiany w naszym kraju zaczęły się tak naprawdę od wyboru Jana Pawła II na papieża i jego pierwszej pielgrzymki do Polski. Wtedy policzyliśmy się i zobaczyliśmy, że nie jest tak, że do sąsiada to nie mogę już się odezwać, bo nie wiadomo, czy nie doniesie. Ważniejsze stały się wspólne wartości, zwiększyło się wzajemne zaufanie i to był ten początek i siła, która napędziła Lubelski Lipiec. Nie był to powiew od morza, tylko paradoksalnie powiew ze Wschodu, który przez Wybrzeże, poprzez Śląsk ogarnął cały kraj. To było to wspólne działanie.

– Od lat lubelska Solidarność stara się umacniać pamięć o Lubelskim Lipcu.

– Zarząd Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność” już od niemal 20 lat podejmuje intensywne działania informacyjno-promocyjne. Myślę, że z tą wiedzą o Lubelskim Lipcu przebiliśmy się mocno do opinii publicznej. Ostatnio wydaliśmy publikację pt. „Zobowiązujące dziedzictwo Lubelskiego Lipca 1980 roku”, która w opinii środowiska akademickiego mogłaby stać się lekturą pomocniczą w nauczaniu historii najnowszej w szkołach.

Działamy po to, by przekazać ten wielki dorobek Lubelskiego Lipca. Dla mnie to ważne nie tylko dlatego, że współorganizowałem te strajki (dwukrotnie zatrzymywałem swój wydział), ale również z powodu wagi samego wydarzenia. To tu zostały wypracowane formy protestu i negocjacji z władzami, które potem przyczyniły się do osiągnięcia sukcesu w sierpniu 1980 roku.

 


 

POLECANE
Węgierski parlament odrzucił członkostwo Ukrainy w UE z ostatniej chwili
Węgierski parlament odrzucił członkostwo Ukrainy w UE

Węgierskie Zgromadzenie Narodowe przyjęło uchwałę odrzucającą członkostwo Ukrainy w UE, dalsze finansowanie wojny i wysiłki na rzecz przekształcenia Unii Europejskiej w sojusz wojskowy. Ustawa została przyjęta 142 głosami za, przy 28 głosach przeciw i 4 wstrzymujących się – poinformował na platformie X Zoltan Kovacs, rzecznik prasowy premiera Viktora Orbana.

Ekonomiści w szoku - potężny spadek w niemieckim przemyśle tylko u nas
Ekonomiści w szoku - potężny spadek w niemieckim przemyśle

W styczniu 2026 roku niemiecki przemysł doświadczył dramatycznego spadku zamówień, co zaskoczyło ekspertów i wzbudziło obawy o kondycję gospodarki. Według danych Federalnego Urzędu Statystycznego (Destatis), nowe zamówienia w sektorze przetwórczym spadły o 11,1% w porównaniu do grudnia 2025 roku.

Bogucki: Tusk chce spłacić 365 mld zł, czyli aż 180 mld zł kosztów unijnego SAFE z ostatniej chwili
Bogucki: Tusk chce spłacić 365 mld zł, czyli aż 180 mld zł kosztów unijnego SAFE

Tusk chce spłacić 365 miliardów zł, czyli aż 180 miliardów zł kosztów unijnego SAFE – napisał na platformie X szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki odnosząc się do planów Donalda Tuska zapożyczenia Polski w ramach SAFE.

Tusk chce przyjąć unijny SAFE w drodze uchwały gorące
Tusk chce przyjąć unijny SAFE w drodze uchwały

„Jeżeli pojawi się weto prezydenta, będziemy gotowi z projektem uchwały ws. SAFE” - zapowiedział premier Donald Tusk.

Kancelaria Prezydenta ujawnia ramy programu „Polski SAFE 0%” gorące
Kancelaria Prezydenta ujawnia ramy programu „Polski SAFE 0%”

Kancelaria Prezydenta przedstawiła we wtorek ramy programu „Polski SAFE 0%”.

Jeden z najwyższych urzędników Iranu grozi Trumpowi „wyeliminowaniem” z ostatniej chwili
Jeden z najwyższych urzędników Iranu grozi Trumpowi „wyeliminowaniem”

Jeden z najwyższych urzędników Iranu ostrzegł prezydenta Donalda Trumpa, aby “uważał, aby nie zostać wyeliminowanym” podczas operacji Epic Fury, amerykańskiego zaangażowania wojskowego mającego na celu zneutralizowanie najbardziej płodnego państwa terrorystycznego na świecie – poinformował portal Breitbart.

Komunikat dla mieszkańców woj. świętokrzyskiego z ostatniej chwili
Komunikat dla mieszkańców woj. świętokrzyskiego

Ostrzeżenie w województwie świętokrzyskim. Oszuści znów polują na osoby starsze metodami "na wnuczka", "na policjanta" lub "na pracownika banku".

Wypadek z udziałem minister kultury. Prokuratura chce umorzyć sprawę z ostatniej chwili
Wypadek z udziałem minister kultury. Prokuratura chce umorzyć sprawę

Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście w Warszawie skierowała w dniu 9 marca 2026 roku do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia w Warszawie wniosek o warunkowe umorzenie postępowania ws. wymuszenia pierwszeństwa przejazdu przez Martę Cienkowską i potrącenia przez nią motocyklisty.

Glapiński po spotkaniu u prezydenta ws. SAFE: Zaprezentowałem konkretne działania z ostatniej chwili
Glapiński po spotkaniu u prezydenta ws. SAFE: Zaprezentowałem konkretne działania

„Podczas spotkania podkreśliłem, że NBP jest instytucją apolityczną i nie uczestniczy w żadnych sporach politycznych” - oświadczył prof. Adam Glapiński po spotkaniu u prezydenta ws. SAFE.

Koniec spotkania w Pałacu Prezydenckim. Tusk: Polska potrzebuje szybkich, dużych pieniędzy z ostatniej chwili
Koniec spotkania w Pałacu Prezydenckim. Tusk: "Polska potrzebuje szybkich, dużych pieniędzy"

– Nie mamy pieniędzy, mamy słowa, projekt ustawy. Polska bezwzględnie potrzebuje szybkich, dużych, będących w naszej dyspozycji pieniędzy, żeby armia była dobrze wyposażona – powiedział po spotkaniu w Pałacu Prezydenckim premier Donald Tusk.

REKLAMA

Dziś 42. rocznica strajku w WSK Świdnik. Marian Król: „Świdnik otworzył bramę do wolności”

– W pobliżu zakładu był las i mówiono, że tam stoją Rosjanie. Tego nikt nie był w stanie zweryfikować. Trzeba było po prostu przełamać strach i tam być – mówi Marian Król, przewodniczący Zarządu Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność”, który współorganizował strajk w WSK Świdnik w 1980 roku.
/ fot. M. Żegliński

– W lipcu 1980 roku był Pan bardzo młodym człowiekiem.

– Miałem 23 lata i od niespełna czterech lat pracowałem w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Świdniku. Byłem więc już dosyć doświadczonym pracownikiem, miałem przetarte ścieżki. Pracowałem jako robotnik wykwalifikowany – frezer.

– Pamięta Pan atmosferę, jaka panowała na przełomie czerwca i lipca?

– Strajk w Świdniku i cały Lubelski Lipiec miały to samo podłoże, co wystąpienia w 1956 roku w Poznaniu czy w 1970 roku na Wybrzeżu. Ludzie mieli dość panującego kryzysu gospodarczego, pustych półek i po prostu zbuntowali się. Chcieli dać sygnał niezadowolenia z tego, że coraz trudniej się żyło. Chodziło przede wszystkim o poziom życia, o ceny i o to, czy jak się idzie do sklepu, to coś się na półce znajdzie, czy nie. Więc bezsprzecznie podłoże tych strajków było głównie ekonomiczne.

Z pewnością jednak fenomenem wydarzeń Lubelskiego Lipca jest to, że żadna władza nie zakładała, że strajk wybuchnie w takim mieście jak Świdnik, które miało być sztandarowym miastem socjalistycznym i było położone w regionie bardzo rolniczym, mało uprzemysłowionym.

– Jak wyglądał początek strajku?

– Pamiętam, że już 1 lipca próbowaliśmy zatrzymać zakład na drugiej zmianie. Byłem zatrudniony na dosyć licznym wydziale, gdzie pracowało ponad 300 osób. Wówczas zastrajkowało jedynie ok. 20 osób. Inni nas nie poparli. Szybko więc powróciliśmy do pracy.

Dokładnie tydzień później podniesiono ceny w barach na terenie zakładu i to one były w jakiś sposób tym głównym zapalnikiem. Ale trzeba powiedzieć, że strajk w Świdniku i Lubelski Lipiec oparły się o nieco inne zasady i wartości niż wcześniejsze wystąpienia. Ludzie buntowali się również przeciwko niesprawiedliwości. Przeciwko temu, że niektórzy byli bardziej uprzywilejowani, coś tam dostawali w bonach lub prezentach. Przeciwko temu, że żeby zapisać dziecko do żłobka, trzeba było mieć poparcie kolektywu i innych czynników społecznych. Więc jeden miał to poparcie, inny nie.

– Strajk wybuchł spontanicznie.

– 12,5-tysięczna załoga strajkowała cztery dni. Do czwartego dnia teoretycznie bez formalnego przywództwa. Władza na różne sposoby próbowała nas złamać, wykonywać prowokacje, wyprowadzić ludzi na ulice. A my powiedzieliśmy „nie, strajkujemy tam, gdzie pracujemy”. Umniejszano więc rangę strajku. Władza i dyrekcja zakładu nie nazywała tego strajkiem, tylko przestojem.

Negocjacje odbywały się w wielu miejscach, było to takie wielkie falowanie w tym dużym zakładzie pracy. Wówczas nie było to takie proste, stanąć na czele strajku. Później niektórzy opowiadali, jak to oni przewodzili. Ale to nieprawda. W jednym z zakładów pracy, które strajkowały w lipcu z 26-osobowej delegacji, którą w pierwszym dniu wybrano na rozmowy, to tylko pięć osób dotarło na umówione miejsce, bo reszta dostała rozwolnienia i wylądowała w po drodze napotkanych toaletach. Bo taki był wówczas czas.

Główne oparcie mieliśmy wówczas w nauce Kościoła, wsłuchiwaliśmy się w słowa naszego papieża Jana Pawła II i one niejako przełożyły się na życie. Bo jeżeli gdziekolwiek Duch Święty działał, to właśnie wówczas w Świdniku.

To, co zdarzyło się w Świdniku, to był fenomen. To on dał początek fali strajków na całej Lubelszczyźnie. Już dzisiaj wiemy, że strajkowano wówczas w co najmniej 170 zakładach pracy. Z dokumentów Komitetu Wojewódzkiego małego województwa lubelskiego wynika, że od pracy powstrzymywało się 50 tysięcy osób. Ale według mnie to jest nierealne. Ich musiało być co najmniej dwukrotnie więcej. W kilku dużych zakładach pracy pracowało więcej ludzi. A przecież trzeba pamiętać, że to był strajk, w którym brali udział wszyscy, niezależnie czy byli w partii, czy nie. Wszyscy generalnie w tych strajkach uczestniczyli. Bo wszyscy mieli dość ówczesnego poziomu życia i szukali rozwiązań.

– To nie w Gdańsku, a właśnie w Świdniku spisane zostało pierwsze porozumienie z ówczesną władzą.

– To bardzo ważne. Przecież Gdańsk też miał dwa etapy. Pierwsze tamtejsze porozumienie było porównywalne co do wagi i rangi, jak to nasze w Świdniku. A dopiero później nastąpił drugi etap, kiedy upomniano się o pozostałe, mniejsze zakłady pracy i powstało 21 postulatów. Nasze porozumienia także zahaczały o rozwiązania polityczne, o pewne demokratyczne rozwiązania, o prawa człowieka. Oczywiście w takiej skali, o jakiej można było w ogóle z ówczesną władzą rozmawiać.

To nie Świdnik strajkował pierwszy. Wcześniej, 24 czerwca, stanął na kilka godzin jeden wydział w Tomaszowie Lubelskim. Były też strajki w Mielcu, w Ursusie. Ale pierwszy zorganizowany strajk był właśnie w Świdniku. Model i styl samego strajku i negocjacji, który został tu wypracowany, przenoszono potem na Lubelszczyznę i całą Polskę. W taki sposób potem strajkowano. Gdyby gdziekolwiek ludzie wyszli na ulice, pewnie by się skończyło tym samym, czym się kończyło czy w Radomiu w 1976 roku, czy na Wybrzeżu w 1970 roku albo w 1968 w Warszawie. Zawsze na ulicy z uzbrojonymi bandytami przegrywaliśmy. A tutaj byliśmy w swoim miejscu pracy, nie daliśmy się wyprowadzić na ulice. Choć przychodzili do nas prowokatorzy. Trzeba wiedzieć, że na terenie strategicznego zakładu (jakim był WSK) nie tylko było na stałe dwóch przedstawicieli KGB, ale także znajdował się tzw. oddział pierwszy, czyli nasze służby, które strzegły tajemnicy zakładu. Przez cztery dni strajku próbowali w różnej formie nas sprowokować, starali się nas podzielić. Wywoływali presję, że tam już stoją przyjaciele zza wschodniej granicy, że jest już wojsko. W pobliżu zakładu był las i mówiono, że tam stoją Rosjanie. Tego nikt nie był w stanie zweryfikować. Trzeba było po prostu przełamać strach i tam być.

Niestety, strajki lubelskie załamały się ostatecznie, bo zbliżał się 22 lipca i władza wykorzystała go, dając ludziom tydzień wolnego.

Większość zakładów, które wówczas strajkowały, już dziś nie istnieje. Ale trzeba o nich wszystkich pamiętać. Był np. taki mały zakład w Lublinie, który produkował zabawki, nazywał się „Bajka”. Tam strajk trwał 9 dni, ludzie walczyli o prawa, wysuwali daleko idące postulaty. Niestety, po Świdniku w żadnym innym lubelskim zakładzie nie podpisano porozumienia. Władze PZPR-u uważały, że podpisanie porozumienia w Świdniku było błędem, bo prowadzi do eskalacji żądań w kolejnych zakładach.

Co ważne, w Świdniku nastąpiło przełamanie bariery strachu. Nawet nie uchylenie, tylko otwarcie, i to nie tylko drzwi, ale całej bramy do wolności. Próbowano w lipcu poderwać też Stocznię w Gdańsku, ale ludzie nie byli gotowi na to, by podjąć zdecydowane działania. Dopiero ten krzyk Świdnika, Lubelszczyzny sprawił, że fala strajków rozlała się na inne części kraju.

– Mimo tej znaczącej roli, strajki w Lublinie były przez lata nieco zapomniane.

– „Jedni wojują, drudzy konsumują” – tak nam rzucił kiedyś Lech Wałęsa, jak go o to zapytaliśmy. Dodał, że takie jest życie i taka była niesprawiedliwość. Prawda jest jednak taka, że gdyby nie było tak wielkiego niezadowolenia w całym kraju, to sierpniowych porozumień po prostu by nie wprowadzono. To był masowy zryw społeczny, bez precedensu na skalę światową. Trwał od lipca do praktycznie listopada 1980 roku, bo w końcu statut został zarejestrowany dopiero 10 listopada i od tego dnia mogliśmy mówić, że powstaje Solidarność, że się tworzą struktury. Wcześniej była ta wielka wrażliwość i czujność społeczna, żeby nie dać się ówczesnej władzy ograć. To ówczesne zaangażowanie ludzi było bez precedensu w XX wieku na skalę światową i dlatego odnieśliśmy sukces.

Tymczasem dla elit było wygodne, żeby stworzyć wizerunek takiego niemal nieomylnego wodza, który poprowadził ludzi, a obok prowadzić różnego rodzaju interesy, które wręcz niszczyły naszą ojczyznę.

– Przecież wszystkich uczestników tamtych wydarzeń można uznać za bohaterów.

– My nie szliśmy po to, żeby ktoś nam przypinał za to medale. Ale walczyliśmy o lepszą, sprawiedliwszą ojczyznę. Nikt zdrowy psychicznie głośno nie mówił wówczas, że oderwiemy się od Wielkiego Brata. Mieliśmy jednak fundament, umocowanie w Kościele i na nauce Kościoła pod przywództwem Jana Pawła II. Bo on zawsze mówił za nas tam, gdzie my nie mogliśmy. Przemiany w naszym kraju zaczęły się tak naprawdę od wyboru Jana Pawła II na papieża i jego pierwszej pielgrzymki do Polski. Wtedy policzyliśmy się i zobaczyliśmy, że nie jest tak, że do sąsiada to nie mogę już się odezwać, bo nie wiadomo, czy nie doniesie. Ważniejsze stały się wspólne wartości, zwiększyło się wzajemne zaufanie i to był ten początek i siła, która napędziła Lubelski Lipiec. Nie był to powiew od morza, tylko paradoksalnie powiew ze Wschodu, który przez Wybrzeże, poprzez Śląsk ogarnął cały kraj. To było to wspólne działanie.

– Od lat lubelska Solidarność stara się umacniać pamięć o Lubelskim Lipcu.

– Zarząd Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność” już od niemal 20 lat podejmuje intensywne działania informacyjno-promocyjne. Myślę, że z tą wiedzą o Lubelskim Lipcu przebiliśmy się mocno do opinii publicznej. Ostatnio wydaliśmy publikację pt. „Zobowiązujące dziedzictwo Lubelskiego Lipca 1980 roku”, która w opinii środowiska akademickiego mogłaby stać się lekturą pomocniczą w nauczaniu historii najnowszej w szkołach.

Działamy po to, by przekazać ten wielki dorobek Lubelskiego Lipca. Dla mnie to ważne nie tylko dlatego, że współorganizowałem te strajki (dwukrotnie zatrzymywałem swój wydział), ale również z powodu wagi samego wydarzenia. To tu zostały wypracowane formy protestu i negocjacji z władzami, które potem przyczyniły się do osiągnięcia sukcesu w sierpniu 1980 roku.

 



 

Polecane