[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak OV: Ważni ludzie

„Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą zostaną po nich buty i telefon głuchy tylko co nieważne jak krowa się wlecze najważniejsze tak prędkie że nagle się staje potem cisza normalna więc całkiem nieznośna” ks. Jan Twardowski.
Kadynalskie nieszpory przy grobie papieża Franciszka
Kadynalskie nieszpory przy grobie papieża Franciszka / EPA/RICCARDO ANTIMIANI Dostawca: PAP/EPA

Ważni

Z uwagi na niedawną śmierć dwóch bliskich mi ludzi, myślałam o osobach, które w przeciągu życia były dla mnie w Kościele szczególnie ważne. Na przestrzeni swojej własnej historii przypuszczalnie każdy posiada osoby, które z sposób znaczący wpłynęły na nas - pozytywnie lub negatywnie - i w pewnym sensie zostały z nami już na zawsze. Tak bliska chronologicznie śmierć papieża Franciszka i o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego OP bardzo dobitnie mi o tym przypomniały. Jednak takich ludzi w Kościele było i jest więcej, każdy z nich, otwierając się na świat, dawał z siebie coś, co żyło potem w ludziach, którzy jeszcze na ziemi pozostali. A dary te są przeróżne.

Pomyślałam, że dziś warto podziękować opatrzności i miłosierdziu Boga za stawianie na naszej drodze takich osób. I może kilka tych postaci wymienić, by w ten sposób podziękować im za to, kim dla mnie byli.

Jan Paweł II

Kiedy wiele lat temu wstąpiłam na drogę nawrócenia, jedną z osób, która miała w tym swój udział był Jan Paweł II. Moje przyjście do Kościoła poprzedzało kilka bardzo sugestywnych snów, w jednym z nich biegałam po mieście w czasie burzy i nigdzie nie mogłam się schować, byłam całkiem przemoczona, w końcu zaczęłam pukać do zamkniętych drzwi kościoła, licząc na to, że ktoś mi otworzy. I faktycznie, wpuścił mnie właśnie Papież, który nie tylko mnie przygarnął, ale też oprowadził i opowiedział o kilku istotnych sprawach. Niedługo później zdecydowałam się przeczytać kilka papieskich encyklik, które na zawsze zmieniły moje spojrzenie na rzeczywistość. Były to szczególnie encykliki: „Evangelium vitae”, „Fides et ratio” i „Redemptor hominis”. Nigdy nie poznałam go osobiście, jedynie uczestniczyłam w spotkaniach podczas papieskich pielgrzymek, jednak serce, które Papież nosił na dłoni powodowało, że jak większość ludzi i ja miałam wrażenie bliskości z tym obdarowującym sobą człowiekim.

Franciszek

Lata później na tron Piotrowy wstąpił Franciszek. Podobne do mnie osoby, które nie były wychowywane w wierze, a same ją wybrały u progu dorosłości, mają naturalną skłonność do pewnej formy trzymania się tego "co zawsze było" i lęku przed zmianami. Może nie od razu jakiegoś hiper-tradycjonalizmu, ale zachowawczości. „Posiadałam” zatem teologiczne odpowiedzi na wszystkie pytania nurtujące ludzkość w odniesieniu do Stwórcy, zgadzały mi się wszystkie rubryki i trwałam w stanie łaski, na którą trzeba zasłużyć i którą otrzymuje w określonych okolicznościach, czyli tzw. łaski administracyjnej. Rzecz jasna, świadomie teraz wyolbrzymiam, ale powiedzieć trzeba, że droga ku obrazowi Boga, który nie byłby mocno skażony, niczym odbicie w krzywym zwierciadle, trwała i trwa nadal bardzo długo. Z tego powodu zetknięcie się mojej poukładanej niczym puzzle wiary z nauczaniem Franciszka musiało stać się zderzeniem czołowym. Owocowało chaosem wewnętrznym osoby, której ktoś rozbił konstrukcję z kloców. Musiało upłynąć trochę czasu, by obraz zaczął kształtować się na nowo w znacznie mniej zrubrykowanej formie. Mam wrażenie, że to co dla mnie zrobił Franciszek, to było cierpliwe potrząsanie drzewem, z którego odpadały części obumarłe lub pasożytujące. To potrząsanie bywało bolesne, ale sądzę, że opłaciło mi się i pozwoliło za rubrykami dostrzec twarze. Tej zmiany optyki nikt już ani mnie, ani całemu Kościołowi nie odbierze.

Kard. Macharski

W czasach duszpasterstwa akademickiego, w które pod wieloma względami byłam bardzo zaangażowana, dwie postaci miały na mnie duży wpływ. Jedną był kard. Franciszek Macharski, który wpadał do nas czasem w odwiedziny, niekiedy zastawała tam dużą grupę, a kiedy indziej tylko kilka osób, ale siadał i po prostu z nami przez chwilę był. Miało się wrażenie, że jest on figurą ojca, który nie tylko kocha swoje dzieci, ale który po prostu lubi z nimi przebywać. To nie było zjawisko powszednie.

Potem, gdy zmarł Jan Paweł II, kard. Macharski potrafił przyjąć na swoje barki część ojcowskiego autorytetu Zmarłego, by pokazać ludziom, że nie jesteśmy sierotami. Było to w tamtych dniach niezwykle cenne.

Joachim Badeni OP

Innym wspaniałym człowiekiem poznanym w duszpasterstwie był o. Joachim Badeni OP - postać całkowicie nietuzinkowa, potomek najwyżej warstwy arystokracji, hrabia, ogromny właściciel ziemski, który wstąpił do dominikanów i życie poświęcił służbie Bogu i ludziom. Kiedy go poznałam był już stareńki, ale kłopoty wynikające ze starości nie powstrzymywało go przed pragnieniem kontaktów, szczególnie z młodymi. Przychodził do nas, by opowiadać o Bogu, dzielić się wspomnieniami, szczególnie tymi zabawnymi. Stukająca laseczka, niezwykłe historie i oczy mistyka były jego znakami rozpoznawczymi.

Ks. Józef Tischner

Chciałabym podziękować także kilku osobom karmiącym w sposób szczególny sferę intelektu. Pierwszą z nich jest ks. Józef Tischner ze swoim ożywczym głosem dotyczącym człowieka i filozofii. Budził mnie z letargu, czasem bawił, często w sposób prosty odpowiadał na trudne pytania. Pamiętam choćby wywiad-rzekę z ks. Tischnerem zatytułowany „Przekonać Pana Boga”, każdemu go polecam.

Ks. Arkadiusz Baron

Kolejnym człowiekiem, który odmienił moje patrzenie na świat jest zmarły w zeszłym roku ks. Arkadiusz Baron. Co prawda był moim wykładowcą patrologii, i w tej dziedzinie oddał mi wielkie zasługi prowadząc wykłady w sposób pasjonujący i błyskotliwy, ale po prawdzie najbardziej cenię go za - wyklinaną przeze mnie wówczas - naukę analizy tekstu. Sądzę, że to co zrobił dla nas, opornych studentów, niekończącym się maglowaniem rozbierania słowa pisanego na czynniki pierwsze, analizy na właściwych sobie płaszczyznach i odpowiednich aspektach jest nie do przecenienia. Bez niego cała wiedza, którą kiedykolwiek wtłaczano mi do głowy pływałaby w otchłani, w której nie rządzą żadne zasady.

Jan Andrzej Kłoczowski OP

Ostatnim, ale zdecydowanie nie najmniej ważnym człowiekiem, którego chciałabym dziś wspomnieć jest zmarły w przeddzień Niedzieli Palmowej o. Jan Andrzej Kłoczowski OP - wykładowca filozofii religii, znawca historii sztuki, duszpasterz, kaznodzieja. Słowem - człowiek orkiestra.

To, co rzuciło mi się w oczy po pierwszym z nim spotkaniu była niezwykła brawurowość prowadzenia wykładów, miałam wrażenie, że nauczając czuł się jak ryba w wodzie, człowiek wykorzystujący maksymalnie otrzymany charyzmat. Jednak mimo swej niemal gwiazdorskiej aury był to człowiek pokorny. Zauważyłam dość szybko, że bez względu na to z kim rozmawiał, stawał się dla rozmówcy kimś na jego poziomie intelektualnym, czy był to inny profesor, czy student, czy błąkający się po krużgankach człowiek bezdomny, mógł liczyć na całkowicie skupioną na sobie uwagę, serdeczność i wolność od zadęcia. A Bóg mi świadkiem, że nie każdy profesor jest obdarzony takim bukietem cech. Legendarne przygody, anegdoty, bogaty dorobek filozoficzny, niecodzienne umiejętności kaznodziejskie, barwna osobowość nie wpłynęły na jego otwartość.

Przypominają mi się dziś dwa wydarzenia, które wydołują uśmiech na mojej twarzy. Swego czasu byłam w duszpasterstwie akademickim odpowiedzialna m.in. za wyznaczanie dyżurów liturgicznych i porządkowych, zaopatrzenie etc. Jednak zdarzało się, że w ciągu tygodnia ktoś dokonał jakichś szkód i musiałam je wtedy uprzątnąć lub naprawić sama. Tak było owego dnia, gdy ktoś mocno zabrudził toaletę. Mówiąc obrazowo, rozsmarował odchody po ścianach i podłodze. Czasem się to zdarzało, gdy drzwi prowadzące do toalet nie były zamknięte i wejść mógł tam praktycznie każdy. Akurat wtedy, gdy ze łzami w oczach myłam ściany ubikacji i myślałam, że gorzej już chyba być nie może, zobaczyłam zmierzającego w moją stronę o. Kłoczowskiego, który był wtedy moim promotorem. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Stanęliśmy tak obok siebie: znany filozof wracający do domu z uczelni i toczona odruchami wymiotnymi i popłakująca kobieta ze szmatą ubabraną w czyjejś kupie. Bez zbędnego wdawania się w szczegóły, z tej sytuacji nie wyszłam wzgardzona, tylko podniesiona i doceniona. To było spotkanie prawie ewangeliczne.

Innym razem chciałam sobie dorobić i w niedzielę sprzedawałam magazyny „Znak” na dominikańskich krużgankach. Każdy z kolejnych zakonników przewodniczących Mszy św. był przeze mnie poproszony o dopisanie tej informacji do ogłoszeń duszpasterskich i generalnie coś tam się sprzedało, jednak po „dwunastce”, czyli Mszy o. Jana zrobiło się koło mojego stoiska prawdziwe oblężenie. Kolejka prawie kilometrowa. Zarobiłam sporo, bo płacono mi od liczby sprzedanych egzemplarzy, nie za godziny. Jak się chwilę później okazało, to właście o. Kłoczowski zrobił wiernym pogadankę na temat potrzeby rozwoju intelektualnego w wierze i tak dobitnie wyraził życzenie, by wykupiono z mojego stoiska wszystko, że faktycznie niewiele zostało do oddania do wydawnictwa. Na koniec wkroczył on, cały na biało, i jeszcze podżegał do zakupów. To była naprawdę zabawna chwila.

Znamienne jest, że ów dominikanin, który za życia czekał tylko na zakończenie w kalendarzu liturgicznym okresu zwykłego, by „nareszcie zrobiło się ciekawie” zmarł u progu Wielkiego Tygodnia. Widzę w tym rękę Boga, który często sprawia, że ludzie umierają w okolicy dni, za którymi kryją się prawdy wiary szczególnie dla nich ważne. Wspomnienie o. Kłoczowskiego na zawsze pozostanie zarówno w moim sercu, jak i głowie.

Można zwrócić uwagę, że te wymienione przeze mnie ważne osoby, to sami mężczyźni, ale to nie jest tak, że w Kościele nic nie zawdzięczam kobietom, po prostu są to na ogół osoby prywatne i nie chciałabym upubliczniać ich nazwisk. Jest też obecnie kilkoro ludzi, których niezwykle cenię z uwagi na ich zacięcie duszpasterskie lub geniusz teologiczny, ale dziś pozostanę przy zmarłych, bo inaczej musiałabym zmienić te krótkie wspomnienia w gruby tom.

Wdzięczność

To były moje wspomnienia i zarazem podziękowania, ale sądzę, że warto, by każdy z nas rzucił okiem na własną przeszłość i znalazł w niej tych, którym jest wdzięczny. Wdzięczność bowiem nie tylko rozwija, ale i zmiękcza serce. Wdzięczność odnawia duszę i karmi poczucie szczęścia.


 

POLECANE
Komunikat dla mieszkańców Białegostoku Wiadomości
Komunikat dla mieszkańców Białegostoku

Po kilkunastu dniach siarczystych mrozów miasto podsumowuje zimową akcję pomocową. W centrum Białystok działał specjalny autobus–ogrzewalnia, z którego każdego dnia korzystało ponad 120 osób. Teraz, wraz z poprawą pogody, inicjatywa została zakończona – ale służby wciąż apelują o czujność wobec osób zagrożonych wychłodzeniem.

Igrzyska 2026: Jeden z Polaków zachwycił na dużej skoczni z ostatniej chwili
Igrzyska 2026: Jeden z Polaków zachwycił na dużej skoczni

Kacper Tomasiak zdobył brązowy medal olimpijski w skokach narciarskich na dużym obiekcie w Predazzo. Zwyciężył Słoweniec Domen Prevc, a srebro wywalczył Japończyk Ren Nikaido.

Ten kraj coraz popularniejszy wśród Polaków. Prawie dwa razy więcej turystów Wiadomości
Ten kraj coraz popularniejszy wśród Polaków. Prawie dwa razy więcej turystów

Ruch turystyczny do Wietnamu wyraźnie rośnie, a wśród odwiedzających coraz większą grupę stanowią Polacy. Dane za styczeń 2026 roku pokazują, że kraj w Azji Południowo-Wschodniej odwiedziło 17 240 turystów z Polski. To niemal dwa razy więcej niż rok wcześniej.

Prognoza pogody. IMGW wydał komunikat na najbliższe dni Wiadomości
Prognoza pogody. IMGW wydał komunikat na najbliższe dni

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że od Atlantyku, przez Półwysep Iberyjski, centralną Europę, po północ Rosji rozciągać się będą układy wysokiego ciśnienia. Resztę kontynentu obejmą aktywne niże z układami frontów atmosferycznych. Przeważający obszar kraju będzie w zasięgu klina wyżu znad południowej Skandynawii i Bałtyku, natomiast nad południowe rejony, z południowego zachodu nasunie się zatoka niżowa wraz z pofalowanym frontem atmosferycznym, związana z niżem znad Włoch. Z północy zacznie napływać powietrze arktyczne.

Niemieccy aktywiści domagają się zamknięcia szwajcarskich elektrowni jądrowych tylko u nas
Niemieccy aktywiści domagają się zamknięcia szwajcarskich elektrowni jądrowych

W obliczu rosnącego niepokoju o bezpieczeństwo energetyki jądrowej, Niemcy coraz głośniej domagają się wyłączenia szwajcarskich elektrowni atomowych (AKW) położonych blisko granicy. Studia i raporty podkreślają ogromne zagrożenia dla Badenii-Wirtembergii i całych Południowych Niemiec w przypadku awarii.

Amerykanie ruszyli po Lewandowskiego. Konkretna oferta na stole Wiadomości
Amerykanie ruszyli po Lewandowskiego. Konkretna oferta na stole

Amerykański Chicago Fire złożył konkretną ofertę Robertowi Lewandowskiemu. Trener Gregg Berhalter poleciał do Barcelony, by osobiście spotkać się z napastnikiem, jego żoną i agentem. Klub z MLS ma też pierwszeństwo w rozmowach - dopóki negocjacje trwają, inne zespoły ligi nie mogą rozpocząć starań o transfer.

Walentynki napędziły turystykę. Zakopane przeżywa prawdziwe oblężenie Wiadomości
Walentynki napędziły turystykę. Zakopane przeżywa prawdziwe oblężenie

Zakopane przeżywa walentynkowe oblężenie. Już od rana na popularnej zakopiance panował wzmożony ruch samochodowy, a w sobotę w mieście pod Giewontem trudno znaleźć wolne miejsce parkingowe. Na ulicach panuje tłok, a Krupówki są wypełnione spacerującymi parami

Dramat znanej polskiej piosenkarki. Jej słowa chwytają za serce Wiadomości
Dramat znanej polskiej piosenkarki. Jej słowa chwytają za serce

Ewa Bem w rozmowie z mediami wróciła do trudnych chwil związanych z chorobą nowotworową i śmiercią męża, Ryszarda Sibilskiego. Artystka przyznała, że przez długi czas była przekonana, iż to ona odejdzie pierwsza.

Przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej. Zapytano Polaków z ostatniej chwili
Przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej. Zapytano Polaków

Czy Polska powinna powrócić do obowiązkowej służby wojskowej? Zapytała o to Polaków pracownia Social Changes na zlecenie Telewizji wPolsce24.

Kryptodyktatura dopadła sędziego Dariusza Łubowskiego tylko u nas
Kryptodyktatura dopadła sędziego Dariusza Łubowskiego

Wyrok w sprawie Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Marcin Romanowski wywołał burzliwą debatę o granicach niezależności sędziowskiej. Po decyzji sędziego Dariusz Łubowski i użyciu w uzasadnieniu słowa „kryptodyktatura” pojawiły się zmiany w jego obowiązkach służbowych. Czy to zwykła reorganizacja pracy sądu, czy element szerszego sporu o praworządność? Sprawa budzi pytania o relacje między władzą wykonawczą a wymiarem sprawiedliwości.

REKLAMA

[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak OV: Ważni ludzie

„Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą zostaną po nich buty i telefon głuchy tylko co nieważne jak krowa się wlecze najważniejsze tak prędkie że nagle się staje potem cisza normalna więc całkiem nieznośna” ks. Jan Twardowski.
Kadynalskie nieszpory przy grobie papieża Franciszka
Kadynalskie nieszpory przy grobie papieża Franciszka / EPA/RICCARDO ANTIMIANI Dostawca: PAP/EPA

Ważni

Z uwagi na niedawną śmierć dwóch bliskich mi ludzi, myślałam o osobach, które w przeciągu życia były dla mnie w Kościele szczególnie ważne. Na przestrzeni swojej własnej historii przypuszczalnie każdy posiada osoby, które z sposób znaczący wpłynęły na nas - pozytywnie lub negatywnie - i w pewnym sensie zostały z nami już na zawsze. Tak bliska chronologicznie śmierć papieża Franciszka i o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego OP bardzo dobitnie mi o tym przypomniały. Jednak takich ludzi w Kościele było i jest więcej, każdy z nich, otwierając się na świat, dawał z siebie coś, co żyło potem w ludziach, którzy jeszcze na ziemi pozostali. A dary te są przeróżne.

Pomyślałam, że dziś warto podziękować opatrzności i miłosierdziu Boga za stawianie na naszej drodze takich osób. I może kilka tych postaci wymienić, by w ten sposób podziękować im za to, kim dla mnie byli.

Jan Paweł II

Kiedy wiele lat temu wstąpiłam na drogę nawrócenia, jedną z osób, która miała w tym swój udział był Jan Paweł II. Moje przyjście do Kościoła poprzedzało kilka bardzo sugestywnych snów, w jednym z nich biegałam po mieście w czasie burzy i nigdzie nie mogłam się schować, byłam całkiem przemoczona, w końcu zaczęłam pukać do zamkniętych drzwi kościoła, licząc na to, że ktoś mi otworzy. I faktycznie, wpuścił mnie właśnie Papież, który nie tylko mnie przygarnął, ale też oprowadził i opowiedział o kilku istotnych sprawach. Niedługo później zdecydowałam się przeczytać kilka papieskich encyklik, które na zawsze zmieniły moje spojrzenie na rzeczywistość. Były to szczególnie encykliki: „Evangelium vitae”, „Fides et ratio” i „Redemptor hominis”. Nigdy nie poznałam go osobiście, jedynie uczestniczyłam w spotkaniach podczas papieskich pielgrzymek, jednak serce, które Papież nosił na dłoni powodowało, że jak większość ludzi i ja miałam wrażenie bliskości z tym obdarowującym sobą człowiekim.

Franciszek

Lata później na tron Piotrowy wstąpił Franciszek. Podobne do mnie osoby, które nie były wychowywane w wierze, a same ją wybrały u progu dorosłości, mają naturalną skłonność do pewnej formy trzymania się tego "co zawsze było" i lęku przed zmianami. Może nie od razu jakiegoś hiper-tradycjonalizmu, ale zachowawczości. „Posiadałam” zatem teologiczne odpowiedzi na wszystkie pytania nurtujące ludzkość w odniesieniu do Stwórcy, zgadzały mi się wszystkie rubryki i trwałam w stanie łaski, na którą trzeba zasłużyć i którą otrzymuje w określonych okolicznościach, czyli tzw. łaski administracyjnej. Rzecz jasna, świadomie teraz wyolbrzymiam, ale powiedzieć trzeba, że droga ku obrazowi Boga, który nie byłby mocno skażony, niczym odbicie w krzywym zwierciadle, trwała i trwa nadal bardzo długo. Z tego powodu zetknięcie się mojej poukładanej niczym puzzle wiary z nauczaniem Franciszka musiało stać się zderzeniem czołowym. Owocowało chaosem wewnętrznym osoby, której ktoś rozbił konstrukcję z kloców. Musiało upłynąć trochę czasu, by obraz zaczął kształtować się na nowo w znacznie mniej zrubrykowanej formie. Mam wrażenie, że to co dla mnie zrobił Franciszek, to było cierpliwe potrząsanie drzewem, z którego odpadały części obumarłe lub pasożytujące. To potrząsanie bywało bolesne, ale sądzę, że opłaciło mi się i pozwoliło za rubrykami dostrzec twarze. Tej zmiany optyki nikt już ani mnie, ani całemu Kościołowi nie odbierze.

Kard. Macharski

W czasach duszpasterstwa akademickiego, w które pod wieloma względami byłam bardzo zaangażowana, dwie postaci miały na mnie duży wpływ. Jedną był kard. Franciszek Macharski, który wpadał do nas czasem w odwiedziny, niekiedy zastawała tam dużą grupę, a kiedy indziej tylko kilka osób, ale siadał i po prostu z nami przez chwilę był. Miało się wrażenie, że jest on figurą ojca, który nie tylko kocha swoje dzieci, ale który po prostu lubi z nimi przebywać. To nie było zjawisko powszednie.

Potem, gdy zmarł Jan Paweł II, kard. Macharski potrafił przyjąć na swoje barki część ojcowskiego autorytetu Zmarłego, by pokazać ludziom, że nie jesteśmy sierotami. Było to w tamtych dniach niezwykle cenne.

Joachim Badeni OP

Innym wspaniałym człowiekiem poznanym w duszpasterstwie był o. Joachim Badeni OP - postać całkowicie nietuzinkowa, potomek najwyżej warstwy arystokracji, hrabia, ogromny właściciel ziemski, który wstąpił do dominikanów i życie poświęcił służbie Bogu i ludziom. Kiedy go poznałam był już stareńki, ale kłopoty wynikające ze starości nie powstrzymywało go przed pragnieniem kontaktów, szczególnie z młodymi. Przychodził do nas, by opowiadać o Bogu, dzielić się wspomnieniami, szczególnie tymi zabawnymi. Stukająca laseczka, niezwykłe historie i oczy mistyka były jego znakami rozpoznawczymi.

Ks. Józef Tischner

Chciałabym podziękować także kilku osobom karmiącym w sposób szczególny sferę intelektu. Pierwszą z nich jest ks. Józef Tischner ze swoim ożywczym głosem dotyczącym człowieka i filozofii. Budził mnie z letargu, czasem bawił, często w sposób prosty odpowiadał na trudne pytania. Pamiętam choćby wywiad-rzekę z ks. Tischnerem zatytułowany „Przekonać Pana Boga”, każdemu go polecam.

Ks. Arkadiusz Baron

Kolejnym człowiekiem, który odmienił moje patrzenie na świat jest zmarły w zeszłym roku ks. Arkadiusz Baron. Co prawda był moim wykładowcą patrologii, i w tej dziedzinie oddał mi wielkie zasługi prowadząc wykłady w sposób pasjonujący i błyskotliwy, ale po prawdzie najbardziej cenię go za - wyklinaną przeze mnie wówczas - naukę analizy tekstu. Sądzę, że to co zrobił dla nas, opornych studentów, niekończącym się maglowaniem rozbierania słowa pisanego na czynniki pierwsze, analizy na właściwych sobie płaszczyznach i odpowiednich aspektach jest nie do przecenienia. Bez niego cała wiedza, którą kiedykolwiek wtłaczano mi do głowy pływałaby w otchłani, w której nie rządzą żadne zasady.

Jan Andrzej Kłoczowski OP

Ostatnim, ale zdecydowanie nie najmniej ważnym człowiekiem, którego chciałabym dziś wspomnieć jest zmarły w przeddzień Niedzieli Palmowej o. Jan Andrzej Kłoczowski OP - wykładowca filozofii religii, znawca historii sztuki, duszpasterz, kaznodzieja. Słowem - człowiek orkiestra.

To, co rzuciło mi się w oczy po pierwszym z nim spotkaniu była niezwykła brawurowość prowadzenia wykładów, miałam wrażenie, że nauczając czuł się jak ryba w wodzie, człowiek wykorzystujący maksymalnie otrzymany charyzmat. Jednak mimo swej niemal gwiazdorskiej aury był to człowiek pokorny. Zauważyłam dość szybko, że bez względu na to z kim rozmawiał, stawał się dla rozmówcy kimś na jego poziomie intelektualnym, czy był to inny profesor, czy student, czy błąkający się po krużgankach człowiek bezdomny, mógł liczyć na całkowicie skupioną na sobie uwagę, serdeczność i wolność od zadęcia. A Bóg mi świadkiem, że nie każdy profesor jest obdarzony takim bukietem cech. Legendarne przygody, anegdoty, bogaty dorobek filozoficzny, niecodzienne umiejętności kaznodziejskie, barwna osobowość nie wpłynęły na jego otwartość.

Przypominają mi się dziś dwa wydarzenia, które wydołują uśmiech na mojej twarzy. Swego czasu byłam w duszpasterstwie akademickim odpowiedzialna m.in. za wyznaczanie dyżurów liturgicznych i porządkowych, zaopatrzenie etc. Jednak zdarzało się, że w ciągu tygodnia ktoś dokonał jakichś szkód i musiałam je wtedy uprzątnąć lub naprawić sama. Tak było owego dnia, gdy ktoś mocno zabrudził toaletę. Mówiąc obrazowo, rozsmarował odchody po ścianach i podłodze. Czasem się to zdarzało, gdy drzwi prowadzące do toalet nie były zamknięte i wejść mógł tam praktycznie każdy. Akurat wtedy, gdy ze łzami w oczach myłam ściany ubikacji i myślałam, że gorzej już chyba być nie może, zobaczyłam zmierzającego w moją stronę o. Kłoczowskiego, który był wtedy moim promotorem. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Stanęliśmy tak obok siebie: znany filozof wracający do domu z uczelni i toczona odruchami wymiotnymi i popłakująca kobieta ze szmatą ubabraną w czyjejś kupie. Bez zbędnego wdawania się w szczegóły, z tej sytuacji nie wyszłam wzgardzona, tylko podniesiona i doceniona. To było spotkanie prawie ewangeliczne.

Innym razem chciałam sobie dorobić i w niedzielę sprzedawałam magazyny „Znak” na dominikańskich krużgankach. Każdy z kolejnych zakonników przewodniczących Mszy św. był przeze mnie poproszony o dopisanie tej informacji do ogłoszeń duszpasterskich i generalnie coś tam się sprzedało, jednak po „dwunastce”, czyli Mszy o. Jana zrobiło się koło mojego stoiska prawdziwe oblężenie. Kolejka prawie kilometrowa. Zarobiłam sporo, bo płacono mi od liczby sprzedanych egzemplarzy, nie za godziny. Jak się chwilę później okazało, to właście o. Kłoczowski zrobił wiernym pogadankę na temat potrzeby rozwoju intelektualnego w wierze i tak dobitnie wyraził życzenie, by wykupiono z mojego stoiska wszystko, że faktycznie niewiele zostało do oddania do wydawnictwa. Na koniec wkroczył on, cały na biało, i jeszcze podżegał do zakupów. To była naprawdę zabawna chwila.

Znamienne jest, że ów dominikanin, który za życia czekał tylko na zakończenie w kalendarzu liturgicznym okresu zwykłego, by „nareszcie zrobiło się ciekawie” zmarł u progu Wielkiego Tygodnia. Widzę w tym rękę Boga, który często sprawia, że ludzie umierają w okolicy dni, za którymi kryją się prawdy wiary szczególnie dla nich ważne. Wspomnienie o. Kłoczowskiego na zawsze pozostanie zarówno w moim sercu, jak i głowie.

Można zwrócić uwagę, że te wymienione przeze mnie ważne osoby, to sami mężczyźni, ale to nie jest tak, że w Kościele nic nie zawdzięczam kobietom, po prostu są to na ogół osoby prywatne i nie chciałabym upubliczniać ich nazwisk. Jest też obecnie kilkoro ludzi, których niezwykle cenię z uwagi na ich zacięcie duszpasterskie lub geniusz teologiczny, ale dziś pozostanę przy zmarłych, bo inaczej musiałabym zmienić te krótkie wspomnienia w gruby tom.

Wdzięczność

To były moje wspomnienia i zarazem podziękowania, ale sądzę, że warto, by każdy z nas rzucił okiem na własną przeszłość i znalazł w niej tych, którym jest wdzięczny. Wdzięczność bowiem nie tylko rozwija, ale i zmiękcza serce. Wdzięczność odnawia duszę i karmi poczucie szczęścia.



 

Polecane