Szukaj
Konto

[Felieton "TS"] Cezary Krysztopa: Zjemy wegeterrorystów

29.10.2021 22:50
[Felieton "TS"] Cezary Krysztopa: Zjemy wegeterrorystów
Źródło: Pixabay License
Komentarzy: 0
Zawsze byłem mięsny. Natomiast nie zawsze było mięso. Za komuny mieliśmy to szczęście, że moja śp. Mama była położną, więc co jakiś czas ktoś jej wciskał a to kurę, a to jakieś żeberka, może kości na zupę nie brakowało. W latach osiemdziesiątych, kiedy to do sklepu spożywczego chodziliśmy głównie po chleb i mleko, ponieważ i tak nic innego nie było, to był skarb. Natomiast nie było tego tak znów wiele, żeby zaspokoić nasze czy moje potrzeby. Standardem był mięsny posiłek raz w tygodniu. Głód mięsa był w zasadzie nieodłącznym elementem szarzyzny upadającego komunizmu.

Kiedy w latach 90. nastała Mazowiecka "demokracja" i Balcerowiczowski "kapitalizm", było tylko gorzej. Wszyscy, których dotknęła ta bieda na ówczesnej podlaskiej prowincji, wiedzą, o czym mówię. Nasz przypadek był o tyle trudniejszy, że w 1989 roku zmarła nasza Mama, a nasza rodzina uległa, mówiąc bardzo oględnie, daleko idącej destrukcji. Mięso najczęściej przytrafiało mi się na obiadach, na które zaprosili mnie rodzice kolegów, i na szkolnej stołówce, którą mnie i Siostrze finansowała gmina.

Pod koniec studiów znów uśmiechnęło się do mnie szczęście. Dostałem pracę w studenckiej knajpie, która oprócz nieustającej balangi dawała ten komfort, że mieszcząc się w tym samym budynku co studencka stołówka, zapewniała pewne znajomości z Paniami Kucharkami, którym zawsze po obiedzie zostawało coś, czym mogły się ze mną podzielić. Zarabiałem też już pierwsze pieniądze, było lepiej. I tutaj zaczął się inny problem.

Zaczęła się pogarszać jakość mięsa. Przypominam, że wychowałem się na Podlasiu, gdzie mięso nawet teraz, choć różnie już bywa, nadal znaczy mięso. To, czym "karmią" ludzi w miastach, w których mieszkam już od lat, przeróżne supermarkety i delikatesy, obraża świnie, z których zostało zrobione. Pięćdziesiąt osiem rodzajów "wędlin", które nie widziały dymu, tylko zostały posmarowane jakąś bejcą, a wszystkie tak samo obrzydliwe i tak samo mało mięsne. Uwierzycie, że ze swoją "mięsnością" prawie nie tykam tych "wędlin"? Chyba że już naprawdę muszę.

Staram się znajdować takie miejsca, gdzie można jeszcze dostać jakieś mięso z mięsa, często wcale nie są to najdroższe produkty, przeciwnie - palcówka z Białegostoku czy boczek cygański w okolicznym mięsnym mieszczą się cenowo w jakichś stanach średnich. Nie jest to łatwe, ale nawet w Warszawie, po upadku bezcennych w tym zakresie bazarów, możliwe.

No i tutaj cała na biało wchodzi nasza kochana Unia Europejska, która już jakiś czas temu stwierdziła, że "wędzenie jest niezdrowe", nastrzykiwanie mięsa jakimś ścierwem jest OK, malowanie go bejcą jest OK, ale wędzenie to nie, wędzenie jest fe. Jakby tego było mało, coraz głośniej mówi się, że "mięso musi być droższe", "bo klimat", a zapewne chodzi o konszachty Niemców z argentyńskimi producentami wołowiny. Więc teraz mało, że mięso w sklepach jest niedobre, to jeszcze będzie drogie.

Cóż, przyjdzie nam się bawić w czarny rynek jak za komuny, w hodowlę w przydomowych ogródkach, a ostatecznie zawsze możemy zjeść opętanych wegeterrorystów.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 29.10.2021 22:50
Źródło: Tygodnik Solidarność