REKLAMA

[Tylko u nas] Michał Bruszewski: Targowica przestrogą dla dzisiejszej klasy politycznej

Wspominamy uchwalenie Konstytucji Trzeciego Maja będącej ostatnią próbą obozu reformatorskiego na naprawę dogorywającej Rzeczpospolitej. Lekcja tamtych czasów jest uniwersalna. Spójrzmy na antybohaterów epoki, czyli konfederację targowicką. Targowica stała się dla Polaków symbolem zdrady, ale powinna być też symbolem politycznej głupoty. Błędne jest myślenie tych polityków, którzy sądzą, że ucieczka po pomoc do obcych stolic może być w zgodzie z polskim interesem narodowym. Gdy dobro wspólne, czyli Rzeczpospolita, legnie w gruzach, pogrzebie wszystkich po równo, ze zdrajcami włącznie. Tak stało się na przełomie XVIII i XIX w.
 [Tylko u nas] Michał Bruszewski: Targowica przestrogą dla dzisiejszej klasy politycznej
/ Norblin "Wieszanie zdrajców"
O Konstytucji Trzeciego Maja (tak pisali kiedyś historiografowie) powiedziano już wiele, a w coroczne jej rocznicowe święto usłyszymy sporo (także nadinterpretacji) o pierwszej nowoczesnej w Europie ustawie rządowej. Nie należę do obozu krytyków Konstytucji 1791 roku chociaż wiem, że w części konserwatywnej i – ku mojemu zdziwieniu – monarchistycznej prawicy budzi ona kontrowersje. Nie chcę jej mitologizować jak czynią to pijani euforią apologeci, którzy na każdym kroku krzyczą o „święcie demokracji”, gdy w istocie Konstytucja demokrację ograniczała i stawiała na dziedziczną monarchię. Nie mam zamiaru też doszukiwać się w niej rewolucyjnego spisku. Odwracała ona definicję reform jaką rozumieli specjaliści od gilotyn we Francji. Była ich przeciwieństwem. Porozmawiajmy o geopolityce. W Sejmie Wielkim widać uniwersalną lekcję o Polsce wciśniętej między młotem (Rosja) a kowadłem (Niemcy) w Europie Środkowej, w chwili kumulacji wszystkich czynników sprzysięgłych przeciwko Warszawie. Horror dla Polaków przełomu XVIII i XIX w. to fatalne położenie militarne, polityczne a nawet cywilizacyjne (bo w okresie nihilistycznej rewolucji Oświecenia), przy wzroście potęgi sąsiadów i po epoce obserwowania archaicznego, bezwładnego, niezreformowanego ustroju. Choć to przykład historyczny, jest on uniwersalny – historia magistra vitae. Co może się wydarzyć gdy połączymy słabość zarówno wewnętrzną (polityczną, ustrojową i cywilizacyjną) jak i zewnętrzną (militarną i dyplomatyczną). To lekcja o konsekwencjach dla państwa, gdy przez pokolenia brakuje mu ukształtowanych patriotycznie elit a sukno państwa rozrywają zorientowane na obce stolice oligarchie (magnateria). To też czas szybkiego dojrzewania i formowania się nowych narodowych elit a nawet polskiego nacjonalizmu – dla uznających to słowo za pejoratywne – wyjaśniam, rozumianego pozytywnie. Tempo przełomu wieków powodowało, że całe społeczeństwo musiał dojrzewać o wiele szybciej, a nawet bon vivant Józef Poniatowski, który jeździł konno bez ubrania po Warszawie i układano wierszyki o kolejnych jego romansach dojrzał do roli gorącego patrioty, który szedł w pierwszym szeregu ze swoimi żołnierzami. Sami targowiczanie występują w podwójnej roli szwarcharakterów, nie tylko zdrajców i opłacanych petersburskich agentów ale politycznych głupców, którzy sądzili, iż bieganie po obcych stolicach, by zgnębić własne państwo nie skończy się katastrofą – o paradoks – także dla nich. W imię wyimaginowanych politycznych oczekiwań, by obalić władzę w Warszawie, zdrajcy uroili sobie, iż Imperatorówna Katarzyna II będzie strażniczką ich poglądów. Będąc klientem byli święcie przekonani, że są politycznym partnerem. Podyskutujmy jakie aktualne lekcje dla naszego pokolenia zapisano już w maju 1791 roku. 

Wojsko narodowe w rozumieniu stałej i gotowej do obrony granic siły zbrojnej było naczelnym problemem również w czasach świetności Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jest to przykład najbardziej upokarzającej nonszalancji w historii Polski. Prywatyzacja wojen przez wojska magnackie, w połączeniu z nielicznymi (chociaż bardzo walecznymi) wojskami kwarcianymi czy królewskimi, stała się w pewnym momencie kamieniem węgielnym ustroju demokracji szlacheckiej. Z jednej strony oligarchia miał dość szabel by utrzymać swoje wpływy a król miał ich za mało by zagrozić prywatnym armiom oligarchów. Powstał układ, który suweren w postaci szlachty porzucić nie miał zamiaru (chociaż takie próby podejmowano). Ten model uzyskiwania wojskowej siły na czas wojny był z gruntu błędny i zakładał powodzenie tylko w jednej konstelacji, gdy interes oligarchii był tożsamy z interesem metropolii (Krakowa, czy później Warszawy). Dlatego właśnie ostatnim zwycięskim królem był Jan III Sobieski, ponieważ rozumiał interes narodowy, dysponował królewskimi prerogatywami ale przede wszystkim był oligarchą z prywatną armią. Połączył najważniejsze ośrodki polskiej polityki w swoich rękach. Więcej jednak w dziejach Rzeczpospolitej możemy zaobserwować rozdźwięku między kolejnymi kosmopolitycznymi rodami królów elekcyjnych, oligarchami, a nawet elitami polskimi, litewskimi i ruskimi (z której każda widziała interes Rzeczpospolitej na innym wektorze polityki). Państwo, które wiąże się w kilka wojen naraz ze względu na interesy różnych grup, nie mając przy tym stałej i licznej armii, to odmęty szaleństwa. Rozgrzesza tamto pokolenie jednak pole bitwy na którym królowała husaria (najlepsza kawaleria świata w XVII w.) i chociaż wewnętrzna słabość państwa była pieczętowana to środkowoeuropejskie imperium trwało rozdając karty w regionie. Moskwa była słaba a Prusy teoretycznie miały być pokorne wobec polskich królów. Nic nie trwa wiecznie. Ukształtowany w feudalizmie system udziału w wojnie i samo pole bitwy zaczęło się zmieniać. Prym już wiodły stałe armie piechurów, branych w kamasze na okres 15 albo 25 lat (lub dożywotnio), trenowanych do ślepego posłuszeństwa i w kulcie strachu przed własnym oficerem. Żołnierz miał się bać bardziej przełożonego niż wroga, stać w szyku „pod sznurek” i strzelać gdy zobaczy przerażone oczy przeciwnika. Polityczny absolutyzm przeniósł się na reformę armii. Karne korpusy stały się głównymi atutami dworów rozmiłowanych w wojnach. A one nabierały totalnego charakteru. Armia zawsze była kluczowym atutem w geopolityce (o czym piszę dalej) ale oświeceniowa „mądrość etapu” tylko zwiększyła jej rolę. Reformę wojska na ten wzór przeprowadził Fryderyk II (król Prus w latach 1740–1786) oraz wcześniej Piotr I (car Rosji w latach 1682-1725). Obaj mogliby dzisiaj zagrać głównego przeciwnika Jamesa Bonda w filmach o brytyjskim agencie z licencją na zabijanie. Byli szalonymi dwulicowymi satrapami ale za reformy, które przeprowadzili i wojnom, które wygrali, historia nagrodziła ich przydomkiem - „wielki”. Polski czytelnik zna głównie reformy Piotra I z publicystyki Wiktora Suworowa, który jest jego zaciekłym krytykiem. Mają, więc one często postać anegdot o goleniu brody bojarom. Piotr I usprawnił opodatkowanie państwa celem wsparcia armii, oraz wprowadził stałą służbą wojskową z poboru. Ściągnął też niemieckich ekspertów na swój dwór, przeniósł ośrodek dowodzenia państwem do przyszłego Petersburga. Wypychał fizycznie i mentalnie Rosję na zachód, oczywiście na naszą zgubę, wszystko polskim kosztem.

Zaprogramował Rosję do włączenia się w europejski koncert mocarstw opierając się jak inni władcy na licznej wyszkolonej armii będącej w dyspozycji władcy. Analogicznie dla polskiej myśli wojskowej wiek XVIII jest okresem dramatycznym. Inne armie z systemu feudalnego przechodziły na stopę zawodową – jak byśmy dzisiaj powiedzieli. Teoretycznie na papierze unia z Saksonią powinna była wyjść nam na dobre. Sasi zyskiwali najlepszą kawalerię świata a nad Wisłę miały zawitać niemieckie regimenty piechoty (niezgorsze). Ale to było tylko mentalne odcinanie kuponów od dawnych zwycięstw husarii. Cóż z tego skoro system mobilizacji był farsą, szkolenie wojskowe nie istniało (bale zamiast musztry), rozpolitykowanie wojska odciągało ją od głównego zadania. Liczebność była śmieszna. Rósł pacyfizm i brak zrozumienia dla nowoczesnego pola walki. Nasza wojskowa ewolucja chociaż z licznymi akcentami to zatrzymała się na etapie pospolitego ruszenia. Wiedziano to na Sejmie Wielkim (1788-1792) i próbowano nadrobić stracony czas. Nie możemy odmówić autorom polskiej ustawy rządowej, że nie traktowali spraw wojskowych poważnie. Znajdziemy w Konstytucji Trzeciego Maja zapis o Sile zbrojnej narodowej a nawet więcej bo o tym, że „naród winien jest sobie samemu obronę od napaści i dla przestrzegania całości swojej”. Sejm Wielki 20 października 1788 roku uchwalił „aukcję” czyli podniesienie etatu wojska i to do 100 tysięcy żołnierzy. Pomysł ostał się jedynie na papierze. Był problem przede wszystkim z pieniędzmi na utrzymanie takiej armii. Nadrabianie wiekowych zaległości w tak krótkim czasie nastręczały kwestie organizacyjne. Przestarzała formuła poboru (próbowano wdrażać system pruski) nie była efektywna.

Ostatecznie stanęło na planie awaryjnym w postaci etatu tymczasowego czyli ok. 65 tysiącach żołnierzy, którego finalnie i tak nie udało się osiągnąć. Niestety chrzest bojowy nowej zreformowanej i niedoświadczonej armii przyszedł bardzo szybko. Do wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku (zwanej też wojną w obronie Konstytucji 3 maja) wystawiono ok. 40 tysięcy żołnierzy - niedoświadczonych, słabo wyszkolonych ale patriotycznie zmotywowanych, dowodzonych przez nowe wojskowe elity, adeptów powołanej wcześniej Szkoły Rycerskiej. Był jej absolwentem Tadeusz Kościuszko, weteran amerykańskiej rewolucji. Na czele jednej z dywizji stanął bratanek króla książę Józef Poniatowski, zdobywający szlify w austriackiej kampanii przeciwko Turcji. To ciekawe, że wdrażając zagraniczne modele szkolenia, które sami poznali na własne skórze, w krótkim czasie udało im się stworzyć tak kapitalne wojskowe oddziały. Obaj byli przedstawicielami nowej jakości myślenia o państwie i wojsku, dzieci klasy średniej jakbyśmy dzisiaj powiedzieli a nie dziedzice magnaterii. Symptom nowych elit. Caryca Katarzyna II do zdławienia ruchu konstytucyjnego wysłała prawie 100-tysięczną armię (najliczniejszy był korpus Kachowskiego liczący ok. 64 tysięcy żołnierzy). I nawet mimo tej dysproporcji i doświadczenia rosyjskiej armii, gdy porównywalne siły spotykały się na polu bitwy górą byli Polacy. Dowodem jest wygrana przez polskie siły bitwa pod Zieleńcami (18 czerwca 1792 roku). Batalia miała ogromne znaczenie dla morale społeczeństwa. To na cześć tej victorii król Stanisław Poniatowski ustanowił odznaczenie Virtuti Militari, a na ulicach polskich miast skandowano „król z narodem, naród z królem”. Niedługo. Wojna jednak była przegrana a polski król z przyczyn politycznych i za zgodą swojego rządu przeszedł do obozu targowickiego. Do dzisiaj wywołuje to nie tyle dyskusję, ile awanturę wśród historyków, czy król zdradził polski interes narodowy porzucając swoją armię czy też liczył naiwnie, że odwróci sojusze i ocali tym krokiem kraj wytrącając konfederacji targowickiej legitymację, jedynego stronnika Moskwy, z ręki. Warto wyciągnąć z tego wnioski. Próba reformy wojska była spóźniona i nie miała nawet czasu zaistnieć. Co jednak gdyby reforma wojska nie pozostała tylko na papierze? Pozostaje nam gdybologia – stutysięczna armia z takim morale jak pod Zieleńcami mogłaby się stać game-changerem w regionie. Jeśli dodamy do tego obiecany Polakom pruski korpus (ok. 18 tysięcy żołnierzy) wynik wojny już nie pozostaje taki oczywisty, być może, nawet pruska neutralność by wystarczyła.

Wielu historyków uznaje takie fantazjowanie za zbrodnię na polskiej historii bo ma być nieuprawnioną analizą. Państwo polskie było już po pierwszym rozbiorze (1772 rok) i zostało okrojone z 35 proc. ludności (a zatem z części potencjalnego rekruta) – powiedzą. Dobrze odnosić się do rzeczywistych przykładów, więc na potrzeby tego artykułu zestawmy dwa państwa wstrząsane wewnętrznymi zmianami w trudnym geopolitycznym położeniu. Spójrzmy na rewolucję francuską (1789-1799) trwającą w podobnym okresie. Chociaż z ideami rewolucyjnymi a zwłaszcza jej formą wcielania w życie (Wielki Terror) ciężko sympatyzować to jest w tym całym bezmiarze szaleństwa jedno jedyne dziedzictwo na którym szkoda, że nie zdążyliśmy się wzorować. To stworzenie armii nowego typu w obliczu geopolitycznej katastrofy. Nawet nie tyle wygranie wojny ale przeniesienia jej poza własne granice, co z powodzeniem czyniły fryderykańskie Prusy szanując swoją ograniczoną terytorialnie macierz i co zrobiła właśnie rewolucyjna Francja. Jeżeli to jest niemożliwe to w jaki sposób francuscy idioci od jakobińskiego terroryzmu wygrali wówczas wojnę światową? W porównaniu do polskich elit byli podrzędnymi bandytami. Mimo to ich militarny eksperyment się powiódł. Oto w dobie rewolucji francuskiej przeciwko zmianom w Paryżu zawiązano międzynarodową koalicję. Anglia, Austria, Prusy, Holandia, Hiszpania, Portugalia stanęły ostatecznie przeciwko nowym francuskim władzom wchodzącym w szkodę europejskim monarchom (stąd napisałem o wojnie światowej). Mało tego, na francuskie porty nałożono blokadę morską. Na terytorium rozpalonego rewolucją kraju wkroczył połączony pruso-austriacki korpus ze wsparciem rojalistycznych oddziałów francuskich. Cały czas trwała antyrewolucyjna rebelia w różnych częściach kraju. Odpowiedzią na przegrane francuskie na froncie był jeszcze większy terror i pogłębianie się krachu ekonomicznemu a zatem położenie było coraz gorsze. Katastrofa, która nie miała prawa odmienić swego losu. Mimo tych przeciwności zreorganizowana nowa rewolucyjna francuska armia z masowego poboru (słowo kluczowe) obroniła francuskie granice i stała się podstawowym orężem w późniejszej kampanii Napoleona Bonaparte, który połamał sobie zęby dopiero w Moskwie, w roku 1812.

Niezależność związków armijnych wprowadzona jeszcze za życia króla, reforma artylerii, awanse dla zdolnych młodych oficerów połączone z bezwzględnym zamordystycznym poborem i wyciskanie z kantonów ostatniego dukata na rzecz armii zamieniła militarną katastrofę w zwycięski pochód. Paryż postawił na wojsko masowe, na naród pod bronią. Rzucił wszystko na jedną szalę. Warto odnotować, że jeden z głównych współautorów Konstytucji 3 maja ks. Hugo Kołłątaj również był zwolennikiem masowej mobilizacji wojska, orędownikiem tworzenia miejskich milicji. Potem Kościuszko w próbował poruszyć serca mas by chwyciły za broń. Może wyprzedza to ówczesne fakty ale to właśnie Bonaparte wypowiedział słynną maksymę: kto nie chce utrzymać własnej armii będzie karmił cudzą. Szkoda, że taką lekcję odrobiliśmy dopiero w 1791 roku. Było już za późno. Sprawa licznej, zreformowanej i masowej armii pozostaje uniwersalna. Często zestawiane są ze sobą dwie koncepcje utrzymania wojska – pobór (masowa) i armia zawodowa (mniej liczna ale lepiej wyszkolona). Żywioł liczby kosztem żywiołu jakości i na odwrót. W XVIII w. polska armia była mało liczna choć opierała się na myśleniu masowym (powołania na czas wojny), ale nawet przy tej małej liczbie wyszkolenie kulało. Inne dwory łączyły wówczas model zawodowy (stała, długoletnia służba wojskowa bazująca na wyszkoleniu) z masowością (przykładem są Prusy wyciskające z podbijanych terytoriów ostatniego rekruta). Liczba żołnierzy i okres służby stale się zwiększał nabierając w liczących się państwach charakteru totalnego, podporządkowując sobie wszystko inne. Zapóźnienie militarne może kosztować bardzo wiele. Podyskutowaliśmy o najważniejszym atucie, czyli własnym wojsko, a więc możemy przejść do międzynarodowego otoczenia. 

Geopolityka XVIII i XIX wieku była dla Polaków „próbą traw” by powiedzieć Sapkowskim. To jeden z najcięższych okresów dla naszej państwowości. W trakcie trzeciomajowych rocznic bardzo łatwo o skróty myślowe i nie sposób w jednej relacji opowiedzieć całej złożoności i teatru międzynarodowego tamtych wydarzeń. Nie jest jednak tak, że w 1792 roku wraz z wygraną Rosji i utrąceniem Konstytucji Trzeciego Maja utraciliśmy suwerenność. Polska w zależności, czytajmy: podległości polityczne wpadła już w okresie saskim, który inaczej nie można określić jak „recydową”. Dziwią mnie wciąż aktualne w świecie nauki dyskusje czy czasy saskie z polskiej perspektywy powinniśmy oceniać z większą dozą wyrozumiałości. Nad wieloma rzeczami można spekulować ale pewnością jest fakt, że bez względu na wynik wojny największym przegranym konfliktu jest państwo na którego terenie trwają walki. To właśnie dynastia Wettynów zafundowała upadającej Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Dla własnej elektorsko-saskiej rozgrywki uczyniła z Polski i Litwy poligon wojny północnej między lokalnymi potęgami. Na niemiecko-szwedzko-rosyjskiej wojnie ginęli Polacy a polska ziemia karmiła obce armie. Jest też w tym przewrotność losu bo dzisiaj niektórzy bardzo często podnoszą argument by Polska ogłosiła neutralność we współczesnej geopolityce. Otóż zrobiła tak u progu XVIII wieku ale obce armie nie wiele sobie z tego robiły. Już wtedy wojska rosyjskie stacjonowały na terenie Polski a Warszawa stała się przedmiotem targów między Sasami a Moskwą. Najdobitniej widać to po nazwie sejmu z 1717 roku, który przeszedł do historii jako „niemy”. Rzeczpospolita w XVIII w. była przedmiotem polityki międzynarodowej (przestała być podmiotem) ale wciąż posiadała oficjalne atrybuty państwa takie jak wojsko, administrację, króla (ośrodek władzy). Administracja była niewydolna, armia mała (ok. 10 tys. żołnierzy) a król malowany ale Rzeczpospolita istniała. Obok rosły, jak już pisałem, nowe potęgi militarne – Prusy i Rosja (po 200 tys. żołnierzy każda), które w końcu rzuciły sobie do gardeł. Polska pozostając poligonem europejskich potęg była świadkiem zwycięskiego marszu wojsk rosyjskich pod Berlin (1762 roku) i nie wiele brakowało a największym przegranym wojny siedmioletniej byłyby Prusy a jej wygranym caryca Elżbieta. Wszelako geopolitykę robią ludzie a nie „leje kontynentalne” czy „cieki wodne”. Elżbieta u progu zwycięstwa umarła a jej następca Piotr III (siostrzeniec Elżbiety) był zafascynowany Fryderykiem II. Nastąpił cud domu brandenburskiego, czyli Moskal zamiast bić Prusaków to do nich się po prostu przyłączył, oddał zdobyte ziemie i zaczął reorientować swoją politykę. Polska była przedmiotem wspólnych prusko-rosyjskich knowań. Piotr III został szybko zamordowany a na scenę rosyjską wkroczyła nowa imperatorka – nimfomanka i zamordystka Katarzyna II, ukształtowana na niemieckim dworze w Rosji o którym pisałem wcześniej. Katarzyna II jest główną aktorką wydarzeń, o których piszemy. To ona kładzie się cieniem na geopolityce Europy Środkowej w tym okresie. Przyszła patronka konfederacji targowickiej w roku 1764 swoje uczucia ulokowała w byłym kochanku i stolniku litewskim Stanisławie Poniatowskim i to z jej poręczeniem oraz wsparciem wpływowej familii Czartoryskich został on obrany królem. Co ciekawe, Poniatowski był w 1764 jedynym ze swojego obozu politycznego, który nie chciał by nad Wisłę ściągano rosyjskie wojsko do pomocy mu w utrzymaniu władzy. Żyjące w nim sprzeczności pojawią się jeszcze na łamach tego felietonu. Król Stanisław August był rozmiłowanym w nowych oświeceniowych trendach marzycielem i mimo świadomości fasadowości swoich rządów i faktu, że włada de facto protektoratem rosyjskim starał się tworzyć choćby pozór rozwoju państwa. Paradoksalnie nikt od niego tego nie wymagał. Jeśli oceniać ten okres tylko z perspektywy wewnętrznej dzieło Poniatowskiego było zaskakująco wielkie, wystarczy znowu odwołać się do powołanej przez niego z marszu Szkoły Rycerskiej czy Komisji Edukacji Narodowej – kuźni późniejszej myśli niepodległościowej. Poniatowski uruchomił uśpione w elitach resztek państwowości uczucie potrzeby reform i pozwolił działać tym, którzy starali się Rzeczpospolitą naprawić. Niektórzy historycy czynią mu zarzut jakoby-gdyby Rzeczpospolita „nie wierzgała” tylko przeczekała ten okres Napoleon Bonaparte wszedłby do nieokrojonego przez zaborców kraju a koło fortuny potoczyło się inaczej. Problem w tym, że w otoczeniu międzynarodowym Rzeczpospolitą za gardło trzymała caryca Katarzyna II i przy każdej próbie zmian w kraju trzęsła Polską na dowód swojej władzy. Poniatowski w zamierzeniu Moskwy i Berlina miał być słaby i podległy tą słabością. Władzę nad Wisłą miał mieć ambasador rosyjski – arcywzór najgorszego mąciciela Nikołaj Repnin a nie polski malowany król. Imperatorówna używała, więc wobec Warszawy różne formy nacisku i grała na kilka frakcji. Imperializm rosyjski z rzymskiej zasady divide et impera (dziel i rządź) wyciska ostatnie soki.

Jedną z nich było cyniczne granie „innowiercami” oraz ich rzekomym brakiem ochrony w Polsce. Moskwa i Berlin przedstawiała Warszawę jako wzór ciemnogrodu w którym prawosławie i protestantyzm jest gnębione (oczywiście Polska takiej tradycji walki z innymi wyznaniami nie miała - nazywano nas „państwem bez stosów” bo było dokładnie na odwrót). Katarzyna II specjalnie wybrała grupę „uciśnionych”, wykreowała ich na ofiary rzekomego polskiego reżimu by stawać w ich obronie. Chroniąc prawosławnych wyzyskiwała ruską część Rzeczpospolitej Obojga Narodów, protestantów – Niemców i mieszczan, prowokowała też do irredenty narodowo-katolicką część elit. Król słabł i musiał opowiedzieć się po którejś ze stron. Był jak małpa zamknięta w klatce, prowokowany kolejnymi uderzeniami. To przestroga, że „grupy uciśnionych” mogą być zręcznym obiektem manipulacji przez wrogie Polsce obce działania. Oczywiście prowokacja rosyjska była iskrą na beczkę prochu w postaci frustracji kłębiącej się wśród społeczeństwa zmęczonego okupacją. W Barze (rok 1768) zawiązano Konfederację, w zasadzie pierwsze polskie powstanie narodowe. Przez jej szeregi przewinęli się tacy wybitni Polacy jak Kazimierz Pułaski – późniejszy twórca amerykańskiej kawalerii, ksiądz Jędrzej Kitowicz, jeden z najzacieklejszych publicystów epoki czy przyszły „ambasador” w Turcji Piotr Franciszek Potocki (nie mylić ze zdrajcą Szczęsnym). Oczywiście w planach Katarzyny II polski król miał wystąpić na czele akcji pacyfikacyjnej tłumiącej powstanie konfederatów barskich i utopić kraj we krwi a na wojnie domowej zyskać miały Prusy i Carstwo Rosyjskie. Polskę uzależniono i upodlono, teraz przyszedł czas na konsumpcję do której potrzeba było stworzyć powody. Poniatowski odmówił nawet wtedy gdy konfederaci próbowali go porwać. Okrojono, więc kraj i tak już obezwładniony oraz bezbronny - w ramach I rozbioru Polski (1772 rok) podzielono ziemię miedzy Prusy i Rosję (dla umocnienia sojuszu) oraz Austrię (dla udobruchania Habsburgów). Plan był geopolitycznie dopracowany bo na zewnątrz poprzedziła go kampania oszczerstw o Polsce jako kraju niestabilnym a w sprawach wewnętrznych kreowała rewizjonizm i dążenie Polaków do odbudowy terytorium. Byliśmy zbyt słabi by uczynić to sami, aby na własną rękę odzyskać zagarnięte ziemie, więc sprytnie zaborcy reorientowali polskie myślenie, odtąd plany o akcji politycznej mają się odbywać w oparciu o ich dwory. Wszelako pojawił się w tym planie pewien wyłom, czyli zmieniły się bloki sojusznicze na światowej szachownicy. Z sojuszu dworów północnych (Berlin i Petersburg) w kontrze do dworów południowych (Wiedeń i Wielka Porta) ruszyła antyturecka operacja planowana przez Katarzynę II (1787-1792). Petersburg do swojej krucjaty skaptował Wiedeń. Z kolei Prusy tworzyły alians z Anglią zainteresowaną utrzymaniem równowagi na europejskim kontynencie, podobnie myślała Holandia. Berlin nie był wcale zainteresowany wzrostem potęgi Wiednia. Między dwoma nowymi blokami doszło, więc do impasu a między nimi znalazła się okrojona Polska. Czas grał chwilowo na korzyść króla Stanisława Augusta. Polski monarcha proponował nawet carycy plan dołączenia Polaków do antytureckiego sojuszu w zamian za rozbudowę polskiej armii (tzw. wyprawa kaniowska). Nic nie uzyskał. Na ile był to sprytny plan zbudowania wojska za rosyjskie pieniądze a na ile dowód serwilizmu możemy tylko spekulować. Na Rosję uderzyła też Szwecja, więc Katarzyna II miała związane militarnie ręce na dwóch kierunkach. Pojawił się wyłom geopolityczny, w którym zaczęto realizować plan polskich reform. W kuluarach Sejmu Czteroletniego toczyła się niebezpieczna geopolityczna rozgrywka między przedstawicielami wymienionych bloków a poszczególnymi stronnictwami. Prusy proponowały Polsce sojusz pod warunkiem przyzwolenia na kolejne rozbiory – casus oddania Gdańska nie pojawił się w naszej historii pierwszy raz w 1939 roku. Część Stronnictwa Patriotycznego (obozu reform) była skora zawrzeć sojusz z Prusami.

Tak czy inaczej w czasie geopolitycznej próżni uchwalono Konstytucję Trzeciego Maja. Wcześniej z perspektywy Polaków rozegrał się mniejszy ale znaczący dramat geopolityczny w regionie. Po drodze Katarzyna II podbiła Krym i wyrżnęła do końca niezależną kozaczyznę. „Sicz Zaporoska została zniszczona z wykluczeniem na przyszłe lata i samej nazwy zaporoskich Kozaków” – pisała. Padł, więc ostatni symboliczny bastion ukraińskiej tożsamości. Naturalnym sojusznikiem dla części obozu reform, która chciała oderwać się od Rosji nie były Prusy czy Anglia ale Turcja. Chociaż Polska była w potrzasku i przestała się liczyć na arenie międzynarodowej to jak w ulu kotłowało się wśród naszych elit wiele koncepcji geopolitycznych. Władysław Konopczyński w swej wybitnej dysertacji „Polska a Turcja 1683-1792” pisze tak o pomyśle traktatu obronnego Polski i Turcji z tego okresu. „Aż pod koniec roku wykończył swoje dzieło [ambasador Potocki – przyp.red], tzn. traktat obronny w 9 artykułach z dwoma osobnymi tajnymi artykułami, z których jeden zawierał zobowiązanie treści zaczepnej, drugi – dotyczył żeglugi i handlu. Na wzajemną obronę dostarczą sobie: Turcja 30 (w potrzebie nawet 45) tysięcy konnicy, Polska 20 tysięcy w połowie piechoty, w połowie jazdy, z odpowiednią ilością dział (...) Za napaść uznane będzie także mieszanie się w sprawy wewnętrzne Rzplitej (...) ósmy przewidywał poręczenie tego traktatu przez trójprzymierze, tj. Prusy, Anglię i Holandię”. Pomysł nie był pozbawiony racji ponieważ Turcja była głównym militarnym przeciwnikiem Rosji, zwłaszcza, że na wojnie nie szło jej najlepiej. Sprawa wschodniego sojuszu stanęła jednak w Londynie i przekupiona rosyjskimi pieniędzmi angielska opozycja zmusiła premiera Wiliama Pitta do rejterady ze wsparcia dla nowego bloku państw. Ale nawet wówczas niektórzy polscy politycy proponowali alternatywną ligę obronną polsko-szwedzko-turecką. Widzimy, że w Warszawie, u progu XIX w. już widać trzy geostrategiczne koncepcje: orientację na zachód, orientację na region-międzymorze, orientację na Rosję. 

Konfederacja targowicka wówczas pojawia się na polskiej scenie politycznej i jest to rola zdradziecka. Pecha mają mieszkańcy miejscowości (obecnie na Ukrainie) od której wzięła swoją nazwę. Targowica stała się tylko przypadkowym instrumentarium dla deklaracji promoskiewskiego stronnictwa. W rzeczywistości została podyktowana jej uczestnikom w Petersburgu 27 kwietnia 1792 roku przez dwór Katarzyny II. Natomiast by stworzyć pozory „polskości” udawano, że zebrała się w Targowicy – w dobrach głównego konfederaty Stanisława Szczęsnego Potockiego, generała artylerii i najbogatszego obywatela Rzeczypospolitej (wówczas milionera, na dzisiejsze standardy miliardera). Żeby była jasność, oszołamiająca fortuna Szczęsnego Potockiego nie była powodem by nie brał od Rosjan pieniędzy za współpracę agenturalną (na waciki). Znajdują się pod konfederacją zapisy tyleż faktyczne, co bałamutne a z perspektywy dzisiejszej, wręcz komiczne. Co zarzucono Sejmowi Wielkiemu i królowi? „Sejm dzisiejszy (...) sobie władzę prawodawczą na zawsze (...) uzurpując, połamał prawa kardynale, zmiótł wszystkie wolności szlacheckiego, a na dniu 3 maja r. 1791 w rewolucję i spisek przemieniwszy się, nową formę rządu, za pomocą mieszczan, ułanów, żołnierzy, narzuconą sukcesję tronu postanowił, królowi od przysięgi, na pacta conventa wykonanej, uwolnić się dozwolił, władzę królów rozszerzył, rzeczpospolitą w monarchię zamienił, szlachtę bez posesji od równości i wolności odepchną”. Król obalił republikę, zniszczył demokrację i odebrał wolność. I ta część Aktu Założenia Konfederacji jest zgodna z prawdą, a nawet więcej król Stanisław August przepchnął Ustawę Rządową podczas urlopu jej przeciwników co było de facto zamachem stanu. Ograniczył demokrację, by ustanowić dziedziczną monarchię i wzmocnić swoją władzę. Problem w tym, że wówczas innej sensownej drogi naprawy państwa z szansami na powodzenie nie proponowano. Jaki program polityczny dla państwa przedstawiali targowiczanie?

Milioner Potocki roił sobie Rzeczpospolitą jako zdecentralizowany twór zfederalizowanych republik magnackich. Wystąpienie targowiczan było na rękę Katarzynie II bo wojna z Turcją dobiegła końca, miała wolne ręce i można było się zająć pacyfikacją krnąbrnej Polski. Występowali, więc w obronie „wolności” i - sic! - „demokracji” ale w konstrukcji tak kuriozalnej, iż do dzisiaj zadziwiającej jak ludzie ówczesnej epoki byli naiwni. Rzewuski, Potocki i Branicki wzywali, więc najbardziej krwawą satrapię epoki w duchu (fragment): „Bracia nasi, wołamy do was! Wznosimy ręce nasze do was, za tą wspólną Ojczyzną, która ginie, a którą wy zachować możecie, nie idzie tu o nas tylko, zginiecie i wy, gdy Rzczplta ginąc będzie, pomnijcie, iż gdzie się sadowi tyrania, tam na czas zwlec zgon swój można, ale go nie uniknąć, później czy prędzej wszystko, co tchnie wolnością, pod ciężarem despotyzmu upaść musi”. Oni naprawdę w to wierzyli! Ostatni akt naprawy upadłej już Rzeczpospolitej znalazł, więc opozycję nie tylko zdradziecką ale i bezdennie głupią. Potrzebną jednak Rosji. Targowicy, ich zdaniem, pozostało: „tylko uciec się z ufnością do Wielkiej Katarzyny”. Potocki, Rzewuski i Branicki marzyli o zdobyciu Warszawy i obaleniu Ciołka (herb i przezwisko Stanisława Augusta) ale Katarzyna II miała zupełnie inne plany wobec swoich sługusów. Zaślepiła ich nienawiść do polskiego króla, wpisana niejako już w prolog ustroju I Rzeczpospolitej. Sportretował to bardzo trafnie Ignacy Krasicki w pewnej satyrze broniącej polskiego monarchy: „zawżdy siedział Tesalczyk na Likurga tronie, Greki archontów swoich od Rzymian brali, Rzymianie dyktatorów od Greków przyzwali, zgoła byle był nie swój, choćby i pobłądził, zawżdy to lepiej było kiedy cudzy rządził”. Gdy tylko wojna się zakończyła a król, ku ich rozpaczy, przystąpił do targowicy przestali być potrzebni. Konfederacja targowicka w swej nieprzebranej naiwności zaproponowała lekarstwo gorsze od choroby. Obóz zdrady był podwójnie niebezpieczny gdy za opozycję brali się wyjątkowi głupcy. Jeszcze raz odwołam się do przykładu francuskiego. Porównajmy targowicę do ministra Talleyranda, którego mistrz Łysiak ochrzcił mianem politycznego „Mefisto”. Talleyrand brał pieniądze od wszystkich i sam o sobie mówił, że jego poglądy zależą „od pogody”. Nie da się jednak ukryć, że zawsze był ministrem imperialnej Francji - gdy wygrywał (a raczej rozgrywał) u boku Napoleona i na Kongresie Wiedeńskim gdy był przedstawicielem pokonanego Paryża. Sumą jego zdrad nie było wymazanie kraju z mapy. Stanowczo należy podkreślić, iż jak na standardy epoki (zmiana dworów, wiszenie u partyjnej klamki) targowiczanie wykazali się ponadczasową polityczną prostytucją – czym innym jest powszechna wówczas zmiana chorągwi a czym innym użycie jej by zabić własny kraj. 

Zadłużenie jest elementem nacisku starym jak świat. To była też największa słabość króla Stanisława Augusta i smycz, którą doskonale przygotował Petersburg. Problemy finansowe Poniatowskiego były instancją, którą można było łatwo przywrócić go do pionu. Dlatego też był dla Rosjan i Prusaków królem wygodnym. Wojna 1792 roku się skończyła ale apetyt państw zaborczych tylko wzrastał. W XVIII wieku wbrew pozorom aneksja terytorium gdy na tronie istniał chociaż fasadowy król nie należała do najłatwiejszych. Należało to ubrać w zjadliwe dla świata szaty. Król musiał, więc przypieczętować drugi rozbiór Polski na sejmie zwołanym w Grodnie. O ile jeszcze akces do targowicy budzi dyskusje, o tyle podróż króla Poniatowskiego do Grodna nosi ewidentne znamiona zdrady. W świetle badań historycznych wiemy już dzisiaj, że przed wyprawą do Grodna gdy król bił się z myślami co uczynić odwiedzili go bankierzy oraz rosyjski ambasador. To wystarczyło. Stanisław August miał długi rzędu trzydziestu milionów złotych. Ambasador szantażował go nawet, że jak abdykuje i rozbioru nie podpisze to przyjdzie czas na spłatę. Nie jest to niestety przypadek odosobniony, że całe państwa padają przez długi swoich elit. Nie wiele osób ma świadomość, że przez zadłużenie w XVIII utraciła niepodległość także Szkocja (unia roku 1707 była efektem finansowego upadku szalonych pomysłów szkockiego bankiera Williama Patersona). Długi dworu Poniatowskiego ułatwiły zaborcom odcinanie terytoriów Rzeczpospolitej. 

Kosmopolityzm także stał za powolnym dobijaniem Rzplitej. To jest największy paradoks epoki stanisłowowskiej i zostawiłem go na koniec nie uważając wcale, iż jest on mniej istotny niż geopolityka. To idealna pointa epoki. Stanisław August był niereformowalnym synem Oświecenia, zakochanym po uszy w prądach rewolucji, wpatrzonym w zachód i gardzącym zaściankowym sarmatyzmem. Dlatego bawił się w mecenat, z okrojonego protektoratu próbował stworzyć państwo sprawiedliwsze, równiejsze i lepsze choćby szlachta-gołota miała od tej oświeceniowej myśli się udławić. Wydawał pierwszą polską gazetę Monitor w której pouczano Polaków by się westernizowali. Ciężko odmówić mu racji w tym edukacyjnym zapale problem w tym, że z pozycji typowej dla kosmopolitów „lepszych” i „mądrzejszych” zraził do siebie zwykłych ludzi. W prądach Oświecenia trzeba oddać królowi Stanisławowi Augustowi, iż i tak zachował najwięcej normalności i wstrzemięźliwości, co pewnie pozwoliło mu zachować głowę na szyi (czego nie można powiedzieć o francuskim królu) lub nie popaść w radykalizm (jak Robespierre) i tutaj także zachować głowę. Przewrotnością losu Ludwik XVI oraz Robespierre zostali zgilotynowani w zasadzie pod pozorem podobnych „zbrodni”, czyli poglądów rojalistycznych. Nie udało się jednak królowi Stanisławowi Augustowi zachować twarzy. Kolejnym paradoksem jest to, że to polska konstytucja ocaliła Francuzów. Imperia wolały finalnie pognębić Polskę oraz zaakceptować zmiany we Francji (a nie na odwrót) i zawrócić wojska nad Wisłę (jak w przypadku Prus). Jest ostatni polski król chodzącą sprzecznością w epoce dyferencji. Stanisław August pozostając wiernym dzieckiem Oświecenia był przez zachód traktowany jak bękart tej epoki. Był dla cywilizacyjnego zachodu pariasem. Przeszkodą do usunięcia. Oficjalnie szanowany i hołdowany ale jego państwo – to którym władał - było obiektem szyderstw ze strony nihilistycznych pisarzy z Wolterem (Voltair) na czele. Francuski ideolog i pamflecista nie szczędził gorzkich słów Polakom a Rzeczpospolitą radził ucywilizować choćby przemocą. Nie szczędził mu sakiew Petersburg i Berlin. Im bardziej napełniał się trzos Woltera tym wzrastała jego niechęć do wszystkiego co polskie, czyli dla niego „barbarzyńskie”. Wydawnictwo Kronos wydało kilka lat temu listy Woltera pod znamiennym tytułem „przeciwko Polakom”. Nie przez przypadek Woltera uważa się za narzędzie rosyjskiej wojny dezinformacyjnej. Sam pisarz podchodził do tej kwestii nie bez refleksji i zaczął w końcu gardzić swoimi opiniami. Po jednym z rozbiorów miał stwierdzić: „dałem się nabrać jak głupiec”. „Mędrca szkiełko i oko” sprawiły, że dostrzegł sam co uczynił. Zachwycona Konstytucją Trzeciego Maja europejska opinia publiczna musiała zostać szybko spacyfikowana przez różne płatne pióra, Polskę należało dalej zohydzać a polski sukces przedstawić jako jej upadek, kraj który sam się rządzić nie potrafi. Polakom trzeba oświeconego knuta. Dlatego dzieło, do którego Wolter namawiał, czyli cywilizowania polskich barbarzyńców przybrało po wkroczeniu targowiczan postać spisu książek zakazanych, blokowania druku gazet, kulturalnego i gospodarczego upadku Polski okupowanej przez Rosjan, zbudowania w Warszawie państwa policyjnego z nadania Katarzyny II. Oświecenie to wiek filozofów cechujący się racjonalizmem (zniszczono katolicki naród), naturalizmem (musiał umrzeć bo tako rzecze geopolityka), optymizmem (intencje Katarzyny II musiały być dobre bo tak pisał Wolter) i reformizmem (zapłata krwią za reformę okrojonego państwa). 

Wiele lekcji z XVIII i XIX w. nie traci na aktualności. Brak wojska, geopolityczne błędy, finansowa zależność i nadskakiwanie opiniom oświeconych mędrków to równia pochyła dla szanującego się państwa. Nie chcę deprecjonować czasów stanisławowskich ale to militarne i geopolityczne porażki sprawiły, iż wetujemy to sobie osiągnięciami na polu kultury i mecenatu (bezsprzecznie wielkimi). Prusy były państwem tak ohydnym, że nawet Fryderyk II próbował za młodu z niego uciec. Rosja carska w XVIII w. tylko ograniczała nieliczne pozostałe w niej wolności, co oczywiście brzmi jak żart, gdy o tych wolnościach wspominamy. Wszelako lekcja Oświecenia pokazała bezlitosny prymat realnej siły w polityce nad słusznością poglądów. To oni mieli najeżone bagnetami wojsko a nie Polska. 

Michał Bruszewski
 

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?

 

POLECANE
Wydarzenia

Związek

Ankieta
Czy Polska powinna budować mur na granicy?
Tygodnik

Opinie

Popkultura